Olivia Wilde o filmie "Zaproszenie": konfrontacja dwóch zupełnie różnych modeli związku
Akcja filmu "Zaproszenie" rozgrywa się podczas jednego wieczoru w mieszkaniu w San Francisco. Angela i Joe, małżonkowie z kilkunastoletnim stażem, zapraszają na kolację swoich sąsiadów, Piñę i Hawka, mających dość swobodne podejście do relacji. Spotkanie stopniowo przeradza się w coraz bardziej dwuznaczną, intymną i nieprzewidywalną konfrontację dwóch zupełnie różnych modeli związku. Wraz z kolejnymi kieliszkami wina na jaw wychodzą skrywane frustracje, pragnienia i pytania, których gospodarze od dawna nie mieli odwagi sobie zadać.
W głównych rolach występują: Olivia Wilde jako Angela, Seth Rogen jako Joe, Penélope Cruz jako Piña oraz Edward Norton jako Hawk. Czworo aktorów tworzy precyzyjny zespół, w którym komediowa swoboda stopniowo ustępuje miejsca emocjonalnemu napięciu. Wilde wykorzystuje jedno mieszkanie i jedną kolację, by opowiedzieć o wygasającej bliskości, erotycznej ciekawości i odpowiedzialności za własne szczęście.
Film, który od 3 lipca można oglądać w polskich kinach, bywa porównywany do tradycji kameralnych dramatów małżeńskich, przede wszystkim "Kto się boi Virginii Woolf?". Tytuł pozostaje przy tym współczesną, znacznie lżejszą w tonie opowieścią o dwóch parach, które w ciągu jednej nocy zostają zmuszone do ponownego zdefiniowania swoich relacji.
Punktem wyjścia dla "Zaproszenia" był hiszpański film "Sentimental" Césca Gaya, będący adaptacją sztuki teatralnej. Wilde przyznaje, że zanim przeczytała amerykańską wersję scenariusza autorstwa Rashidy Jones i Willa McCormacka, najpierw obejrzała oryginał.
- Chciałam zrozumieć źródło tej historii. Wiedziałam, że była już adaptowana w wielu krajach i pomyślałam: co jest w tej opowieści tak uniwersalnego, że działa w tylu różnych kulturach? Musi istnieć w niej jakieś bardzo autentyczne jądro - mówi Wilde, kiedy w grupie dziennikarzy rozmawiamy z nią na Zoomie.
Odpowiedź znalazła szybko. - Chodziło o niezwykle prosty pomysł, który jest jednocześnie niewiarygodnie podatny na kolejne interpretacje - przekonuje.
To właśnie prostota konstrukcji pozwoliła Wilde zrealizować marzenie o pracy, jaką przez lata podziwiała u Sidneya Lumeta czy Mike'a Nicholsa.
- Od dawna marzyłam o realizacji projektu, który można długo próbować z aktorami, kręcić chronologicznie, pozwalać historii oddychać i zmieniać się pod wpływem improwizacji. Ten scenariusz idealnie się do tego nadawał - mówi z uśmiechem.
"To nie jest film o seksie. To film o relacjach"
W filmie pojawia się cytat Oscara Wilde'a: "Powinno się być zawsze zakochanym. Dlatego nigdy nie należy brać ślubu". Reżyserka przyznaje, że umieściła go dopiero na etapie montażu.
- Chciałam, żeby ten cytat nadał filmowi odpowiedni kontekst. Mam jednak nadzieję, że po seansie widzowie spojrzą na niego zupełnie inaczej - tłumaczy.
Nie ukrywa, że realizacja filmu zmieniła także jej własne spojrzenie na miłość.
- Podczas pracy bardzo dużo rozmawialiśmy z Esther Perel o tym, że jeden związek może zawierać w sobie wiele różnych związków. Być może każda relacja kiedyś się kończy, ale można rozpocząć nową i to z tą samą osobą. Ta idea całkowicie mną wstrząsnęła - wyznaje.
Jak przyznaje, wcześniej znacznie bardziej sceptycznie patrzyła na długotrwałe związki.
- Praca nad filmem sprawiła, że stałam się dużo mniej cyniczna wobec małżeństwa. Bardzo spodobała mi się myśl, że partnerzy mogą nieustannie odkrywać siebie na nowo, rozwijać się indywidualnie i jednocześnie rozwijać swoją relację - deklaruje.
Jeszcze większe wrażenie zrobiły na niej reakcje publiczności.
- Najbardziej poruszyło mnie to, że ludzie po seansach mówili: "Muszę obejrzeć ten film jeszcze raz, tym razem z moim partnerem". Jeśli ten film choć kilku osobom pomoże spojrzeć na swój związek z większą czułością albo uratuje relację będącą na krawędzi, to będzie największa nagroda, jaką mogłam sobie wyobrazić - twierdzi.
Choć "Zaproszenie" opowiada o seksualności, zdradzie i pożądaniu, Wilde stanowczo sprzeciwia się sprowadzaniu filmu wyłącznie do tych tematów.
- To nie jest film o seksie. To film o relacjach. Seks jest ich ważną częścią, ale przede wszystkim interesowała mnie odwaga rozmawiania z partnerem o tym, jak się zmieniamy i kim chcemy się stać - mówi stanowczo.
Reżyserka zwraca uwagę, że wiele par myli bliskość z całkowitym stopieniem się w jedność.
- Fascynuje mnie sytuacja, w której dwoje ludzi formalnie pozostaje w związku, ale tak naprawdę są już dla siebie obcymi osobami. Przestali dostrzegać swoją indywidualność i odpowiedzialność za własne szczęście - mówi.
"Zaproszenie": nietypowy sposób realizacji
Jednym z docenianych elementów "Zaproszenia" jest sposób, w jaki film został zrealizowany. Choć powstał niemal w całości w jednym mieszkaniu, Wilde ani przez chwilę nie chciała, by przypominał teatralną adaptację.
- Za każdym razem, kiedy przenosi się sztukę na ekran, trzeba zadać sobie jedno pytanie: dlaczego ten materiał w ogóle powinien stać się filmem? Jeśli nie ma na to dobrej odpowiedzi, nie ma sensu robić adaptacji - przekonuje.
Inspiracji szukała u Mike'a Nicholsa, Roberta Altmana czy Sidneya Lumeta, czyli twórców, którzy w genialny sposób potrafili zamienić język teatru na język kina, ale jednocześnie zależało jej na stworzeniu czegoś własnego.
- Największą przewagą kina nad teatrem jest możliwość pokazania emocji z bliska. Kamera potrafi uchwycić zachowania, których nie da się zapisać w scenariuszu. Dlatego pozwalaliśmy aktorom improwizować, a kamera podążała za nimi - tłumaczy.
Improwizacja była możliwa tylko dlatego, że cały film został niezwykle precyzyjnie przygotowany.
- To było dla mnie pierwsze doświadczenie, kiedy naprawdę zrozumiałam, że najlepsze efekty daje połączenie perfekcyjnego przygotowania z całkowitą wolnością na planie. Wiesz dokładnie, dokąd zmierzasz, ale pozostajesz otwarty na wszystko, co wydarzy się po drodze - zapewnia Wilde. I zwraca uwagę, że ogromną rolę odegrała również scenografia. Mieszkanie, w którym rozgrywa się akcja, zostało zaprojektowane specjalnie na potrzeby filmu.
- Od początku wiedzieliśmy, że przestrzeń musi stać się kolejnym bohaterem. Chciałam stworzyć coś w rodzaju labiryntu, miejsca, które daje poczucie bliskości, ale jednocześnie pozwala bohaterom ukrywać się przed sobą - wyjaśnia.
W trakcie prób aktorzy zaczęli spontanicznie rozdzielać się na mniejsze grupy i wykorzystywać kolejne pomieszczenia.
- To w ogóle nie było zapisane w scenariuszu. Powstało podczas prób i spodobało nam się tak bardzo, że całkowicie przebudowaliśmy film. Nagle każda para mogła stać się inną wersją siebie, kiedy zostawała sama - cieszy się.
Wilde z dumą opowiada o drobnych pomysłach, które narodziły się już na planie - od kostiumów stapiających się z kolorem ścian po scenę rozmowy o odcieniach farby, zaczerpniętą z prawdziwej dyskusji z jej scenografką.
Taśma 35 mm i praca z gwiazdami
Jednym z najbardziej zaskakujących wyborów było nakręcenie filmu na taśmie 35 mm. W czasach, gdy nawet wysokobudżetowe produkcje coraz częściej korzystają wyłącznie z kamer cyfrowych, Wilde postanowiła pójść pod prąd.
- Jestem wielką zwolenniczką kręcenia na taśmie. To pierwszy film, który sama wyreżyserowałam w ten sposób. Pół mojego aktorskiego życia spędziłam na planach, gdzie używano taśmy i bardzo brakowało mi tej faktury obrazu - mówi z nostalgią.
Taka decyzja miała wymiar finansowy, bo znacząco podniosła koszty produkcji.
- Tak bardzo zależało mi na 35 mm, że sama zapłaciłam za taśmę. Powiedziałam sobie, że nie zrobię tego filmu inaczej. Dopiero kiedy film kupiło A24, studio zwróciło mi te pieniądze - przyznaje.
Zdaniem reżyserki taśma zmienia nie tylko obraz, ale i atmosferę pracy.
- Kiedy kamera zaczyna pracować, słychać charakterystyczny dźwięk przesuwającej się taśmy. Na planie zapada wtedy zupełnie inna cisza. To niemal hipnotyczne. Aktorzy odrywają się od rzeczywistości, cała ekipa zaczyna funkcjonować jak jeden organizm - mówi z pasją.
Równie dużo emocji wzbudziła współpraca z Penélope Cruz i Sethem Rogenem.
O Sethie Rogenie Wilde mówi bez wahania:
- W trakcie zdjęć do mojego odcinka "The Studio" nagle zrozumiałam, że to właśnie Seth musi zagrać Joe. To był moment olśnienia. Potrzebowałam aktora, którego jednocześnie się kocha i współczuje i na którego można się złościć. Seth ma niezwykłą umiejętność budowania takiej relacji z widzem - podsumowuje.
- W Ameryce często obsadza się ją jako obiekt pożądania, ale w hiszpańskich filmach pokazuje, jak genialną jest aktorką komediową. Od pierwszego dnia szukała w swojej bohaterce wszystkiego, co czyni ją mniej doskonałą: niezręczności, śmieszności, złości. Dzięki temu Pina stała się prawdziwym człowiekiem - mówi z kolei o Penélope Cruz.
Większość scen Penélope współtworzyła samodzielnie.
- Scena uwodzenia Setha przy muzyce Sade? To był jej pomysł. Wspólne palenie skręta? Jej improwizacja. Finałowa kłótnia? Również. DNA Penélope jest dosłownie wszędzie w tym filmie! - zachwyca się Wilde.

"Zaproszenie": sami wybieramy życie, które prowadzimy
Czego ją samą nauczył ten film?
- Tego, że zapominamy, że sami wybieramy życie, które prowadzimy. Wszystkie nasze relacje są efektem decyzji, które podjęliśmy. Ten film zachęca, żeby zadać sobie pytanie: czy naprawdę jestem zadowolony z tych wyborów? A jeśli nie, to nie mogę obwiniać partnera. Muszę wziąć odpowiedzialność za własne szczęście - przyznaje aktorka i reżyserka.
Choć "Zaproszenie" opowiada o kryzysie małżeństwa, Olivia Wilde nie postrzega swojego filmu jako historii o rozpadzie związku. Wręcz przeciwnie - wierzy, że może stać się początkiem rozmowy, której wiele par od dawna unikało.
- Jeśli ten film sprawi, że choć kilka osób stanie się mniej cynicznych wobec miłości albo pomoże naprawić relację będącą na krawędzi, będę najszczęśliwszą reżyserką na świecie - wyznaje.
Film "Zaproszenie" na ekranach polskich kin od 3 lipca.














