Mascha Schiliński swoim "Wpatrując się w słońce" zachwyciła canneńskie jury. Jej dogłębnie poruszająca saga rodzinna, skupiona przede wszystkim na traumach kobiet przenoszonych z pokolenia na pokolenie, ma w sobie również polską nutę.
W jednej z drugoplanowych ról zobaczymy Ninel Geiger - Polkę na stałe mieszkającą w Niemczech, która zadebiutowała na Lazurowym Wybrzeżu w wieku zaledwie 18 lat. Jak wspomina w wywiadzie dla serwisu Interia Film, doświadczenie to uświadomiło jej, jak bardzo pragnie rozwijać swoją aktorską ścieżkę - być może również na polskim rynku filmowym.
Mary Kosiarz, Interia: Twoja przygoda z aktorstwem zaczęła się dość wcześnie, bo kiedy miałaś zaledwie kilka lat. Można by przypuszczać, że do bycia przed kamerą ciągnęło cię od samego początku.
Ninel Geiger: - Też bym tak powiedziała. Pochodzę z bardzo artystycznej rodziny. Rodzice szyją, ojciec też dużo fotografuje. Od zawsze zachęcali mnie, żebym robiła coś kreatywnego, malowała, fotografowała. Nie zmuszali mnie do tego, czułam wolność tworzenia.
Z twojej perspektywy, kiedy tak naprawdę zaczęła się twoja aktorska przygoda?
- Pierwszy film kręciłam, kiedy miałam 11 czy 12 lat. To był debiut reżyserski Kathariny Rivilis, wtedy jeszcze studentki w Berlinie. W ten sposób przeszłam od reklam do kariery filmowej.
To dosyć duży skok - z projektów niszowych, niezależnych, do "Wpatrując się w słońce", który w Cannes odniósł tak ogromny sukces. W jaki sposób ten projekt wpadł w twoje ręce?
- Słabo pamiętam sam proces castingowy. Miałam 15 lat, kiedy zaczynaliśmy kręcić, więc już jakiś czas temu. Na pewno zadziało się to przez moją agencję. To jest film niskobudżetowy, nikt stamtąd nie robił wcześniej dużych produkcji. To było niewiarygodne, że dostaliśmy się do Cannes. A już sam fakt, że był brany pod uwagę jako kandydat do Oscara, jest dla mnie niewyobrażalny. Brakuje mi słów, żeby to opisać.

To tylko dowód na to, jak bardzo niezależne kino przenika w dzisiejszych czasach do szerszej świadomości. A dzięki temu, jako osiemnastolatka, miałaś okazję pojechać na festiwal i zobaczyć siebie na wielkim ekranie. Co to było za uczucie?
- Byłam bardzo podekscytowana, ale jednocześnie zagubiona. Nie znałam tam nikogo oprócz Maschy (Schilinski - red.) i aktorów, z którymi grałam w mojej części filmu. Było to na pewno bardzo przytłaczające. Zobaczenie filmu w Cannes było niesamowite. Wcześniej nie wiedziałam, w jaki sposób te fabuły połączą się ze sobą w finale, bo nie znałam bohaterów poprzednich części.
"Wpatrując się w słońce" to kompilacja wielu pokoleń, które łączy doświadczenie rodzinnej traumy, zapisanej w ciele, w psychice, a nawet w samym budynku, w którym żyją. O czym on jest dla ciebie osobiście?
- Długo myślałam o odpowiedzi na to pytanie. Chyba nie do końca da się streścić jego przesłanie. Wyjątkową cechą tego filmu jest to, że to nie jest historia, która płynie przez film jednym ciągiem. Jest nielinearny, porusza mnóstwo wątków. Jego najważniejszym tematem jest czas. Czas i przeszłość, która zawsze jest z nami: w ciele, w budynkach, w których się poruszamy. Wszystko co kiedyś ma zapisaną historię, która formuje nasze teraz.
Mascha w jednym z wywiadów powiedziała, że kiedy wybierała lokacje do kręcenia filmu, to tak naprawdę od razu poczuła, że ten dom będzie właściwy. Że jest to miejsce, od którego poczuła niesamowitą energię. Czy ty też odczuwasz, że twoja rodzina, miejsce, z którego pochodzisz, bardzo odznacza się w twojej tożsamości?
- Myślę, że tak. To bardziej uczucie niż coś, co mogłabym złapać i to wytłumaczyć. Jako Polka w Niemczech czuję, że mam w sobie coś innego niż ludzie mieszkający tam od zawsze. Dawno już nie mam tego połączenia z Polską, bo po prostu nie ma mnie tu zbyt często. Ale wciąż interesuje mnie to, co się tu dzieje.
Tak naprawdę tylko garstka polskich aktorów miała szansę zaprezentować się na festiwalu w Cannes. Ty już zaliczasz się do tego wąskiego grona. Jest to dla ciebie motywacją do pójścia w stronę aktorstwa?
- To jest i poczucie sukcesu, i powód do dalszej motywacji. Jestem bardzo dumna z tego, że mogłam tam być, że nasz film się tam dostał, chociaż nie postrzegam tego jako mój osobisty sukces, ale jako pracę zespołową. Oczywiście, bardzo bym chciała kiedyś znowu polecieć do Cannes i czuć się tam jakbym naprawdę była częścią tej społeczności.
Część dzieciństwa spędziłaś w Warszawie, w Gdyni, a później wyjechałaś do Berlina. Jak dziś wygląda twoja relacja z Polską? Co czujesz, kiedy tu wracasz?
- Bardzo lubię przyjeżdżać do Warszawy, w zeszłym roku byłam tu dosyć często. Moje babcie tutaj mieszkają, wielu przyjaciół moich i moich rodziców. Wciąż czuję to miasto, wiem jak się po nim poruszać, to mój drugi dom. Myślę, że mogłabym w nim znowu zamieszkać.
Twoje życie jest podzielone na dwa kraje, dwa języki, dwie tożsamości. Czy z tej polskiej strony masz swoich ulubionych artystów, którzy wpłynęli na twoje życie? Albo polskie filmy, które kojarzysz z dzieciństwa?
- Oglądam zdecydowanie za mało filmów (śmiech). Mam tu trochę wyrzutów sumienia. Za to kiedy byłam dzieckiem oglądaliśmy dużo polskich filmów, a najbardziej z tym okresem kojarzy mi się "Dziewczyna i chłopak", który oglądaliśmy mnóstwo razy.
Masz dopiero 18 lat, jesteś właściwie na początku swojej drogi. Chciałabyś kontynuować przygodę aktorską na studiach?
- Ta decyzja jeszcze przede mną. Za rok zdaję maturę, więc mam jeszcze trochę czasu, żeby o tym pomyśleć. Studia aktorskie w Berlinie są mocno skupione na teatrze. Dużo osób mówi mi, że powinnam zdawać na aktorstwo do Łodzi. Ale interesują mnie też inne strony tworzenia filmu, jak kostiumy czy scenografia. To wywodzi się oczywiście z mojego dzieciństwa. Zobaczymy, co z tego ostatecznie wyjdzie.
Polscy widzowie z pewnością będą chcieli oglądać cię częściej. Jak zachęciłabyś ich do seansu "Wpatrując się w słońce"?
- Myślę, że to jest film jak żaden inny. Opowiada o rzeczach, o których zazwyczaj się nie opowiada. O czymś, co każdy z nas czuje bardzo głęboko i trudno się o tym rozmawia. Warto go zobaczyć, bo może okazać się motywacją do zajrzenia w głąb siebie i poznania swoich rodzinnych powiązań.












