Amanda Seyfried na co dzień mieszka na farmie w regionie Catskills w stanie Nowy Jork. To właśnie tam spędza najwięcej czasu wraz ze swoim mężem i dwójką dzieci. Nic dziwnego, że pytając o wiarę, mówi przede wszystkim o naturze. Jako dziecko śpiewała w kościele, pierwsze zawodowe kroki stawiała jako modelka, a dzisiaj jest cenioną i nagradzaną aktorką.
Wokalny talent pokazała już w 2008 roku, w musicalu "Mamma Mia!", gdzie wystąpiła u boku Meryl Streep. Największe sukcesy przyszły jednak stosunkowo niedawno. W 2020 roku za rolę w filmie "Mank" Davida Finchera otrzymała nominację do Oscara, a dwa lata później uhonorowana została nagrodą Emmy dla najlepszej aktorki za kreację w serialu "Zepsuta krew". Jest na fali, o czym przekonał ostatni rok, w trakcie którego wzięła udział w dwóch głośnych produkcjach.
Na ekrany polskich kin trafił niedawno "Testament Ann Lee" w reżyserii Mony Fastvold. To utrzymana w formule musicalu opowieść o angielskiej reformatorce religijnej, uznawanej przez swoich zwolenników za kobiecą wersję Chrystusa. O śpiewie, łączeniu roli matki i aktorki, pewności siebie oraz o tym, dlaczego Biblia jest świetną książką, z Amandą Seyfried rozmawia Kuba Armata.
Kuba Armata: Ostatni rok był dla ciebie bardzo pracowity, ale również pełen sukcesów. Zaczęło się od mocnego thrillera "Pomoc domowa" w reżyserii Paula Feiga, który cieszył się dużą popularnością. Teraz "Testament Ann Lee" Mony Fastvold pokazywany na festiwalach w Wenecji i Berlinie.
Amanda Seyfried: - Kolejne role, którą gram, to dla mnie kamienie milowe - kroki na drodze do czegoś większego. Każda postać uczy mnie czegoś nowego o sobie. Myślę, że sukces "Pomocy domowej" wynikał także z faktu, że film oparty jest na bestsellerowej książce Freidy McFadden. Mam wrażenie, że wszyscy ją przeczytali i oczekiwali w zniecierpliwieniu na adaptację. Do tego mieliśmy naprawdę dobrą promocję, o co zadbało studio Lionsgate. W ogóle czuję, że po pandemii wracamy do kin coraz chętniej. COVID sprawił, że poczuliśmy się samotni. Kino to niesamowite, wspólne doświadczenie - chcemy razem się śmiać, płakać, czuć bliskość drugiego człowieka.
- "Testament Ann Lee" to kolejny film, który najlepiej odbierać w grupie. Zbiorowa energia wzmacnia kinowe przeżycie. Prawdę mówiąc, nie planowałam, że oba filmy pojawią się w kinach niemal jednocześnie. Tak się po prostu złożyło. "Pomoc domową" realizowaliśmy zaraz po filmie Mony. Czuję, że te projekty dobrze się uzupełniają. "Testament Ann Lee" mnie odblokował, a to niełatwe doświadczenie otworzyło we mnie coś zupełnie nowego.
Co ta rola dała ci nie tylko na poziomie zawodowym, ale i osobistym? Przekonywałaś w jednym z wywiadów, że przyszła w idealnym momencie twojego życia.
- Ta rola dodała mi dużo pewności siebie. Początkowo, kiedy dostałam propozycję od Mony, miałam poczucie, że sama myśl o tym mnie wyczerpuje. Jednak po przeczytaniu scenariusza odbyłyśmy rozmowę, w której… przykleiłam się do niej jak rzep. Mona wyciągnęła rękę, a ja ją złapałam. To był mój świadomy wybór i nigdy nie obejrzałam się za siebie. Czasem właśnie tak trzeba podejść do trudnych rzeczy, zwłaszcza gdy spotykasz kogoś o takiej klarownej wizji i niezwykłym talencie opowiadania historii.
Poczułaś się bezpiecznie?
- Przy Monie czułam się pewnie. Pomyślałam, że potrafię robić trudne rzeczy. Może i jestem trochę leniwa, ale kiedy coś wiele dla mnie znaczy, jestem gotowa, by włożyć w to całą siebie. To doświadczenie było dla mnie niezwykle ważne i popchnęło mnie dalej na mojej artystycznej drodze. Czułam, że zrozumiałam wszystkie wyzwania i komplikacje związane z tym filmem, przeszłam przez to, a po zakończeniu zdjęć stałam się silniejsza. Uświadomiłam sobie też, że moja wartość nie leży wyłącznie w byciu aktorką. Jestem także matką. Przez pryzmat Ann Lee odkryłam piękną mieszankę silnych, życzliwych, współczujących kobiet, które potrafią być jednocześnie artystkami i matkami. W dodatku umieją zachować w tym wszystkim harmonię. Kocham oba te aspekty siebie. Oczywiście dzieci są najważniejsze, ale jednocześnie bycie aktorką to duża część mojego życia. One kiedyś wybiorą własną drogę i mam nadzieję, że będą kochać to, co robią tak bardzo, jak ja kocham swoją pasję.
Czy duchowość była ważnym elementem pracy nad tym filmem, zwłaszcza w kontekście głównej bohaterki?
- Cały proces kręcenia tego filmu miał w sobie coś głęboko duchowego. Mona Fastvold potrafi stworzyć na planie przestrzeń, w której prawdziwe życie naturalnie przenika do fikcji. Pracowaliśmy w sposób bardzo organiczny, a jednocześnie bezpieczny. Najbardziej zapadły mi w pamięć zdjęcia w Hancock Shaker Village - autentycznym miejscu, gdzie szejkersi naprawdę żyli i pracowali. Znajdowaliśmy się w historycznym budynku, który oni sami wznieśli własnymi rękami. To była nieskazitelna, czysta, niemal święta przestrzeń. W ten sposób oddawaliśmy hołd dziedzictwu, które rzadko ma szansę być tak uhonorowane na ekranie. Być tam, stać dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ponad dwieście lat temu stała Ann Lee, modliła się i budowała wspólnotę. To było poruszające na poziomie, którego nie da się opisać słowami. Czułam duchy przeszłości w najpiękniejszy, najbardziej łagodny sposób. Kiedy opowiadasz historię prawdziwych ludzi, przywołujesz ich. Oni wracają - nie jako widma, ale jako cicha, żywa obecność, która towarzyszy ci na każdym kroku.
W napisach końcowych pojawia się informacja, że wspólnota stworzona przez Ann Lee liczy obecnie tylko dwie osoby.
- W zasadzie to trzy. Sporo pisały o tym media. W sierpniu 2025 roku dołączyła niespełna sześćdziesięcioletnia April Baxter, która wcześniej mieszkała w klasztorze episkopalnym. W efekcie podniosło to liczbę aktywnych szejkersów żyjących w miasteczku Sabbathday Lake Shaker Village w Maine z dwóch do trzech.
Czy ta rola dała ci inne zrozumienie religii?
- Szanuję wszystkie religie i rozumiem, że istnieją różne perspektywy. Ludzie czytają Biblię na różne sposoby. To tworzy wspaniałą wspólnotę. Religia daje ludziom strukturę, poczucie przynależności, bycia częścią czegoś większego - i to jest piękne. Jako dziecko uwielbiałam śpiewać w kościele. Kochałam tę wspólnotę, harmonię głosów, poczucie jedności. Dla mnie jednak to, co naprawdę łączy mnie z czymś większym, to natura - energia ziemi, lasy, woda. Poczucie, że istnieje coś transcendentnego, co nas otacza. Moja "religia" jest bardziej zakorzeniona w tym, co naturalne i żywe. Tradycyjna wiara niekoniecznie jest dla mnie. Chodziłam do kościoła w dzieciństwie, ale wtedy byłam dość zagubiona. Mimo to naprawdę kochałam śpiewanie hymnów. Czytałam Pismo Święte ze wszystkimi tymi niesamowitymi historiami. W ogóle uważam, że Biblia to naprawdę świata książka.
Twoja partia wokalna w filmie jest zupełnie inna od wszystkiego, co robiłaś wcześniej. Jest w niej coś awangardowego, eksperymentalnego, wręcz pierwotnego. To inny rodzaj śpiewu niż w klasycznych musicalach, jak "Mamma Mia!". Być może dlatego, że Ann Lee traktowała swój głos jako dar od Boga - coś, co napędzało ją przez całe życie. Jak to doświadczenie wpłynęło na ciebie jako artystkę i kobietę?
- Hymny szejkersów były dla mnie rodzajem osobistej podróży. Początkowo miałam poczucie, że te surowe, proste, wręcz minimalistyczne melodie były aż za proste. Przypominały mi dzieciństwo i wizyty w kościele, których wtedy nie znosiłam. Same teksty były piękne, głębokie, ale nie wiedziałam, jak sprawić, żeby stały się czymś, co da mi prawdziwą radość śpiewania. Zależało mi na tym, żeby nawiązać z tymi utworami prawdziwą więź. Śpiew to dla mnie coś więcej niż samo odtwarzanie. To głębokie wyrażanie siebie, ucieleśnianie czegoś fizycznie i emocjonalnie. Kocham śpiewać bez względu na wszystko, ale muszę przyznać, że te hymny stały się dla mnie prawdziwym wyzwaniem.
Jak sobie z nim poradziłaś?
- Autor muzyki do filmu Daniel Blumberg zaczął budować z tych elementów coś niesamowitego, transcendentnego. Zresztą Mona Fastvold ma według mnie niezwykły dar do dobierania ludzi, artystów o unikalnej wrażliwości. Daniel jest jedną z nich, dzięki czemu wejście w tę muzykę stało się czymś magicznym. Nie tylko wzbogaciło mój śpiew, ale całkowicie też zmieniło postrzeganie i zrozumienie postaci Ann Lee. Ona za pomocą śpiewu oddawała część, chciała poczuć połączenie z czymś większym, nie dbając specjalnie o to, czy brzmi ładnie. Wyśpiewując te hymny, dotarłam do czegoś pierwotnego, głęboko osadzonego we mnie. Nie chodziło o technikę czy piękno samego dźwięku, a raczej o odczuwanie, o bycie w pełni obecną. Jako aktorka i performerka właśnie tego szukałam - daru doświadczania śpiewu w zupełnie nowy sposób. Pozwoliło mi to zbliżyć się do tego, co Ann Lee przeżywała każdego dnia. To doświadczenie na zawsze zmieniło mój stosunek do muzyki i do siebie samej.
Co chcieliście powiedzieć tym filmem o dzisiejszej Ameryce?
- Gdyby spojrzeć na to z historycznego punktu widzenia, nie różnimy się tak bardzo od tego, jacy byliśmy trzysta lat temu. Wtedy ludzie potrzebowali i pragnęli dokładnie tych samych rzeczy, jakich my szukamy dzisiaj. To właśnie próbuję sobie uświadamiać i pamiętać. Istnieje nieustanny cykl, gdzie rozkładamy poszczególne rzeczy na części, a potem składamy je na nowo. Ann Lee żyła w takich czasach, kiedy czuła, że musi przesuwać granice i burzyć bariery - zarówno dla siebie, jak i dla całej swojej społeczności. To przypomina, że zmiany nie przychodzą same. Trzeba działać, być aktywnym, czasem wręcz rozrywać rzeczy na strzępy - zwłaszcza w Ameryce - by stworzyć przestrzeń, w której ludzie znowu poczują się bezpiecznie i będą mogli razem żyć.
- W "Testamencie Ann Lee" jest tyle warstw, tyle do wchłonięcia. To nie jest film z wyraźnym przekazem czy prostą wiadomością. To po prostu piękna, głęboka historia opowiedziana i pokazana z ogromną wrażliwością. Ann Lee dokonała czegoś naprawdę trudnego - i my musimy to kontynuować każdego dnia. Stawiać czoła wyzwaniom, zadawać niewygodne pytania, być może wygłaszać niepopularne tezy.








!["Willow i tajemniczy las" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO6U21JOQQIAV-C401.webp)
!["Niesamowita historia Mumbo Jumbo" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO6RYGCBJRA5W-C401.webp)
!["Jutro będę odważny" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO652KON89J0D-C401.webp)


