Guillaume Marbeck dla Interii o filmie "Nowa Fala"
Justyna Miś, Interia: Jak wyglądał proces wcielania się w postać Jean-Luca Godarda w "Nowej Fali"?
Guillaume Marbeck: - Na początku czułem się onieśmielony. Godard był wielką ikoną. Zmarł w 2022 roku, więc nie mogłem się dowiedzieć od niego samego, czy dobrze wykonałem swoją pracę, a tylko on mógłby to uczciwie ocenić. Zrobiłem wszystko, żeby zebrać jak najwięcej wywiadów, materiałów i biografii, a także dotarłem do tych nielicznych momentów, kiedy pojawiał się w filmach krótkometrażowych swoich przyjaciół. Chciałem zrozumieć, jaki był w tamtym okresie. Swoje poszukiwania zakończyłem na 1959 roku, żeby nie zaburzyć tego obrazu wiedzą o jego późniejszym życiu. To zresztą trochę przypominało jego metodę pracy. Chciał, żeby aktorzy nie wiedzieli, co wydarzy się w następnej scenie, dlatego nie dawał im scenariusza dzień wcześniej. Ja również nie chciałem wiedzieć, co wydarzyło się później w jego życiu.
Czy grając taką postać, jest przestrzeń, by dodać do niej coś od siebie?
- Przede wszystkim chciałem jak najlepiej uchwycić, kim naprawdę był. Być może jest w niej coś bardziej mojego niż jego, ale sam nie potrafię tego ocenić. Na pewno lepiej widzą to ludzie, którzy go znali. Mówili mi jednak, że mieli wrażenie, jakby znowu go spotkali. Nie wskazywali więc na elementy, które były bardziej moje niż jego. Bardzo mnie to cieszy.
Gdybyś mógł, o czym chciałbyś z nim porozmawiać?
- Z pewnością chciałbym poznać jego spojrzenie na kino. Chciałbym go także zapytać, czy żałuje, że nie dożył czasów sztucznej inteligencji. On zawsze uwielbiał eksperymentować. Za każdym razem, gdy pojawiała się nowa technologia, chciał sprawdzić, czy otworzy przed kinem nowe możliwości. Uważał, że kino będzie żywe, dopóki nie odkryjemy wszystkiego, co można za jego pomocą zrobić. W pewnym momencie swojego życia uznał jednak, że kino umarło. A teraz mamy AI, więc kto wie, dokąd to wszystko zmierza.
Czy dowiedziałeś się czegoś o Godardzie, co szczególnie cię zaskoczyło?
- Tak. Na przykład, że miał rodzeństwo. Zawsze myślimy o Godardzie jako o kimś samotnym, kto nie ma rodziny. Tymczasem miał braci i siostry. Stracił matkę, gdy był młody, miał wtedy około dwudziestu kilku lat. Jechała rowerem w dół wzgórza, kiedy potrącił ją samochód i zginęła. Nie mógł się z nią pożegnać, ponieważ rodzina jego matki nie lubiła Godarda. Uważali, że kradł książki swojej babci. Mówili więc: "To czarna owca. Nie chcemy, żeby pożegnał się z matką". Myślę, że dorastanie bez matki, a do tego brak możliwości pożegnania się z nią, mogło wpłynąć na jego relacje z ludźmi i wykształcić w nim pewien dystans. Przed rozpoczęciem zdjęć do "Do utraty tchu" był w związku z dziewczyną, która zostawiła go tuż przed rozpoczęciem produkcji.
To z pewnością musiało mieć na niego wpływ.
- Tak, myślę, że tak. Właśnie dlatego nie był pewien, jak zakończyć swój film. Z jednej strony chciał uchwycić rzeczywistość, ale z drugiej nie wiedział, czy jego ówczesna dziewczyna do niego wróci. Gdyby tak się stało, być może zdecydowałby się na happy end.

W jednej ze scen filmu mówi, że "życie jest krótkie, a sztuka trwa". Zastanawiałam się, czy myślisz o swoim dziedzictwie i o tym, że to, co osiągniesz w swojej karierze, może przetrwać na zawsze. To może być trochę przytłaczająca perspektywa.
- W dzieciństwie przez pewien czas chciałem stworzyć coś, co pozostawi po mnie ślad. Z czasem jednak zrozumiałem, że nie ma to już dla mnie większego znaczenia. Kiedy ludzkość wyginie, zniknie też cała sztuka, którą stworzyliśmy. Każdy gatunek kiedyś wymiera, więc w końcu nadejdzie moment, gdy ludzkość również zniknie. Dlatego nie widzę sensu w dążeniu do pozostawienia po sobie dziedzictwa na zawsze. Jeśli jednak możemy zostawić coś kolejnym pokoleniom, co pomoże im próbować uczynić świat lepszym, a nie gorszym, to ma sens. Myślę, że dziedzictwo na ograniczony czas jest czymś dobrym.
Jakie były najważniejsze cechy charakteru i stylu Godarda, które chciałeś pokazać? Na przykład w "Nowej fali" właściwie nie widzimy twoich oczu, ponieważ on zawsze nosił okulary przeciwsłoneczne.
To trochę jak wcielanie się w superbohatera. Jeśli jesteś Supermanem, musisz mieć "S" na piersi. Jeśli jesteś Spider-Manem, potrzebujesz maski i musisz umieć robić te wszystkie pajęcze rzeczy. A jeśli grasz Godarda, musisz mieć papierosa, okulary przeciwsłoneczne, fajną marynarkę i cofającą się linię włosów. Dlatego każdego ranka musieli mi przycinać włosy. W czasie zdjęć wypaliłem około 900 papierosów. Musiałem też nauczyć się chodzić na rękach. Nauczyłem się jego szwajcarskiego akcentu, który jest bardzo charakterystyczny. Musiałem również grać okularami przeciwsłonecznymi, a przecież aktorstwo w dużej mierze opiera się na oczach. Musiałem więc znaleźć inne sposoby na przekazywanie emocji. Zauważyłem też, że Godard poruszał się trochę jak nożyczki - bardzo ostro, zdecydowanie, po linii prostej. A zanim coś przetnie, pojawia się moment zawahania. U niego również można było dostrzec takie zawahanie, a potem nagle następowała zdecydowana reakcja.
- Kolejnym wyzwaniem było wierne oddanie sposobu mówienia z 1959 roku. W każdym kraju język z czasem się zmienia. Nie używamy już tych samych słów ani tej samej intonacji. Musieliśmy więc bardzo nad tym pracować, by wszystko zaczęło brzmieć naturalnie, a nie jak wyuczone. Przygotowania były bardzo długie, trwały ponad sześć miesięcy. Później przez miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć robiliśmy próby. Każdą scenę ćwiczyliśmy najpierw po angielsku, a potem po francusku, żeby upewnić się, że to, co mówimy, odpowiada temu, co Richard [Linklater] miał w głowie. W tłumaczeniu niektóre słowa mogą mieć inne znaczenia, dlatego musieliśmy zadbać o to, żeby każda kwestia oddawała dokładnie myśl Richarda.
Jak układała się wasza współpraca z Richardem Linklaterem? To przecież amerykański reżyser, który opowiada historię francuskiego filmowca. Jak wyglądała praca z nim? Czy jego spojrzenie z zewnątrz było pomocne, czy może niekoniecznie?
- Richard nie podchodził do Godarda z nabożnym podziwem, jak do jakiejś nietykalnej ikony. Nie był częścią tej historii. To trochę jak w rodzinie - kiedy masz jakiś problem z ojcem, możesz później nieświadomie powtórzyć ten schemat w relacji ze swoim dzieckiem. Perspektywa Richarda była ważna, ponieważ pozwalała spojrzeć na wszystko w prostszy sposób, konfrontując się z rzeczywistością, zamiast próbować budować wokół Godarda jakiś określony wizerunek. Ciekawe jest też to, że Godard był wielkim fanem amerykańskich filmów gangsterskich i właśnie dlatego nakręcił "Do utraty tchu". A teraz amerykański reżyser, który interesuje się francuską Nową Falą, nakręcił "Nową Falę". To jak dialog. Czuję, że w pewnym sensie wpisuje się w dziedzictwo, o którym rozmawialiśmy na początku.
- Godard był krytykiem. Należał do pokolenia, które mogło obejrzeć właściwie każdy film, jaki wówczas powstał. Później stało się to niemożliwe, bo tych filmów było już po prostu zbyt wiele. Godard zaczął robić własne filmy. Potem Richard Linklater w latach 80. oglądał filmy francuskiej Nowej Fali i czerpał z nich inspirację, tworząc własne kino. Następnie ja w latach 2000. oglądałem filmy Linklatera i Godarda. A teraz Richard zatrudnił mnie, żebym w pewnym sensie kontynuował tę historię kina. Pomyślałem więc: "OK, powierzono mi coś ważnego". Nie mogę tego zepsuć.

Godard był krytykiem filmowym, zanim stał się tak ikonicznym reżyserem. Jaki jest twój stosunek do krytyków filmowych? Niektórzy artyści nie czytają recenzji. Jak jest w twoim przypadku?
- Kiedy oglądam film, lubię go oceniać, na przykład w skali od zera do dziesięciu. Dzięki temu mam pewne wyobrażenie o tym, co może dać widzowie. Oczywiście trzeba dostosować tę ocenę do gatunku, bo komedie zazwyczaj dostają niższe noty, a mimo to mogą sprawiać ogromną frajdę. Trzeba więc brać to wszystko pod uwagę. Może wynika to z tego, że pracowałem przy dystrybucji i dlatego mam w głowie taki system oceniania. Zazwyczaj interesuje mnie, jak film zostanie odebrany. Rozumiem, że krytycy mają do wykonania pewną pracę. Muszą przetrawić to, co zostało stworzone, żeby widzowie mogli łatwiej zdecydować, co chcą obejrzeć. To trochę jak próba napisania historii, zanim ta historia się wydarzy. Ostatecznie to jednak czas decyduje, co pozostanie. Ludzie wracają do pewnych filmów, przywiązują się do nich, a później polecają je kolejnym pokoleniom. To jest prawdziwe dziedzictwo. Krytyk próbuje natomiast uchwycić to dziedzictwo wcześniej, a także zwrócić uwagę na filmy, które być może za kilka lat zostaną zapomniane, ale które są ważne tu i teraz.

A co ty osobiście sądzisz o filmach Godarda? Masz swój ulubiony?
- Moim ulubionym jest "Szalony Piotruś", ponieważ to film, który mógłby powstać tylko w tej formie. Jest w nim coś niezwykłego. To, co podoba mi się w kinie Jeana-Luca Godarda, to jego podejście. Był jak naukowiec, który za każdym razem próbował znaleźć nowy sposób na robienie filmów. Za każdym razem, kiedy kończył film, zostawiał go w przeszłości. Nie potrafił już go oglądać. Zacząłem się nad tym zastanawiać i pomyślałem: jak żyjemy dzisiaj? Oglądamy mnóstwo treści w internecie, czytamy artykuły i wszystko to jest udokumentowane. Staje się czymś, co już się wydarzyło. Coraz bardziej żyjemy więc wśród duchów tego, co było, a coraz mniej wśród rzeczywistości i tego, co dzieje się na naszych oczach. Warto o tym pamiętać. Oglądanie i czytanie jest dobre, ale trzeba też doświadczać rzeczy w prawdziwym życiu. Myślę, że ten film można by nazwać "Dziewczyna, kamera i pistolet". Chodzi w nim o prostą ideę: bierzesz kamerę, wychodzisz na ulicę - na swoją ulicę, do swojego miasta, do swojego mieszkania - i próbujesz opowiedzieć historię, która jest dla ciebie ważna tu i teraz. Opowiedzieć o swoim życiu w tym konkretnym momencie. To właśnie pokazuje, czym jest człowieczeństwo i co znaczy być człowiekiem tu i teraz. To jest bardzo cenne.











