Można by pomyśleć, że hollywoodzkie sukcesy szybko uderzą mu do głowy. Nic bardziej mylnego. Po premierze "Rocznicy" z Diane Lane i Kyle'em Chandlerem oraz "Dobrego chłopca" ze Stephenem Grahamem i Andreą Riseborough, Jan Komasa powraca do rodzinnych stron.
Jeden z najbardziej cenionych polskich reżyserów XXI wieku już teraz ma w planach kolejne ambitne projekty. Po cichu mówi się o reinterpretacji "Balladyny" Juliusza Słowackiego czy opowieści osadzonej w świecie polskiej siatkówki. Komasa nie chce jednak zdradzać, czego konkretnie możemy się spodziewać po jego nowym filmie. Chętnie opowiada za to o swojej zagranicznej przygodzie i wszystkim tym, co do niej doprowadziło. Nic w tym dziwnego - sukcesy w wielkim świecie wywróżył mu niegdyś sam Steven Spielberg.
Mary Kosiarz, Interia Film: Pamiętasz moment, w którym już wiedziałeś, że będziesz reżyserem?
Jan Komasa: - Były w moim życiu dwa takie zdarzenia. Jedno, gdy mój tata [aktor Wiesław Komasa - przyp. red.] zagrał w "Liście Schindlera" i byliśmy ja oraz mój brat Szymon z nim na planie. To było wielkie wydarzenie. Do Polski przyjechał hollywoodzki reżyser i robił wielki film. Ja uwielbiałem zresztą produkcje Stevena Spielberga - "E.T.", "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", "Indianę Jonesa". Obserwowaliśmy z bratem z otwartymi ustami to wszystko, co działo się na planie. Pamiętam moment, jedną jedyną szansę, żeby podejść do reżysera i zrobić sobie z nim zdjęcie - mam ten polaroid do dzisiaj. Powiedziałem mu łamanym angielskim, że chciałbym kiedyś zostać reżyserem, takim jak on. A on odpowiedział, że któregoś dnia nim będę.
- Drugi punkt zwrotny nadszedł, kiedy zostałem ojcem w wieku zaledwie 19 lat. Miałem wtedy trochę inne plany, chciałem zdawać na psychologię, ale poczułem, że mając dziecko już teraz, muszę zdawać do Filmówki i mieć zawód. Zdałem do szkoły, gdy byliśmy z młodą rodziną w Łodzi i w zasadzie natychmiast zacząłem pracę w zawodzie. Do dzisiaj nie wiem, co by się stało, gdybym odkładał reżyserię na później. Wtedy bardzo szybko zabrałem się za tworzenie, za pierwsze etiudy filmowe. "Fajnie, że jesteś", która dostała się do Cannes i tam też zdobyła nagrodę, wystrzeliła mnie dalej i od tej chwili każda następna rzecz, jaką zrobiłem, była większa od poprzedniej. Ostatecznie nakręciłem "Dobrego chłopca" i ciągnę to jeszcze dalej. Przechodzę przez te wszystkie stopnie.
Rodzina pełni dla ciebie ważną rolę w życiu prywatnym i zawodowym. Artystyczne korzenie pchnęły cię do tego, co robisz dzisiaj?
- Pochodzę z bardzo silnej rodziny. U Komasów każdy jest bardzo silną osobowością. Wyraźnie zaznaczamy swoje terytorium, zawsze byliśmy do tego zachęcani. Moi rodzice są bardzo niezależnymi jednostkami. Każde z nich opuściło swój dom rodzinny, żeby realizować swoje marzenia. Uruchomili we mnie i w moim rodzeństwie pokłady pewnej artystycznej ambicji i skończyło się to tak, że dzisiaj wszyscy tworzymy. Ja sam zacząłem od muzyki, w szkole muzycznej grałem na pianinie, głównie w kierunku jazzu. Ale film łączył w sobie te wszystkie dziedziny, które uwielbiałem. Staram się czerpać ze wszystkiego, co mogę: z dźwięku, z muzyki, emocji, tematu, komentarza społecznego. Każdej z tych rzeczy kiedyś już próbowałem.
Twoje filmy wyrastają z pewnych skrajności, paradoksów, dylematów moralnych osadzonych w fikcyjnych, a jednak tak bardzo korelujących z naszą rzeczywistością. Skąd wzięła się u ciebie ta fascynacja dystopią?
- Ze strachu. Na Dwóch Brzegach mam swoją retrospektywę, więc siłą rzeczy przeprowadzam introspekcję. Z bliskimi też wróciliśmy do wspomnień odnośnie do tego, kiedy zaczęła się u mnie ta afiliacja w kierunku mroku. W domu mamy cały karton moich komiksów, rysunków, opowiadań, z których bardzo duża część jest przepełniona grozą, agresją i krwią. Fascynacja strachem zaczęła się u mnie już kiedy byłem dzieckiem. W przedszkolu podczas leżakowania nigdy nie potrafiłem zasnąć, więc kiedy inni zasypiali, ja wkładałem rękę do kosza na śmieci pełnego papierów. Wywoływałem szelest, którego bały się opiekunki. Fascynowało mnie, że coś, co robię, jest w stanie pobudzić wszystkich wokół.
- Reżyser to jest właśnie taka osoba, która coś robi i z wyczekiwaniem patrzy, jak inni na to zareagują. Jest w tym coś dziwacznego i wyjątkowego zarazem. Przez parę lat robiłem też graffiti i do dzisiaj pamiętam, kiedy przejechałem tramwajem obok miejsca, w którym malowałem, wszyscy wgapiali się w moje bohomazy, ale tylko ja znałem ich autora i jego zamiary. Wydaje mi się, że strach jest bardzo ciekawą emocją do wywołania w widzu. Fascynuje mnie, jak działa. Może też dlatego, że sam jestem na niego bardzo podatny.
W kinie nie jest ci po drodze z happy endami. Lubisz włożyć kij w mrowisko i stawiać widza w niewygodnej pozycji. Dziś coraz rzadziej zdarza się to wśród artystów: dominuje konformizm, niechęć do jakiegokolwiek sprzeciwu i manifestu. Jak myślisz, z czego to wynika?
- Może z tego, że rynek filmowy idzie głównie za tym, co się sprzedaje, czyli za zastrzykiem dopaminy. Z rolki w mediach społecznościowych, czy z filmu, który koniecznie musisz zobaczyć, bo wywoła w tobie dopaminę. "Odyseja" jest tutaj dobrym przykładem widowiskowego kina, o którym mówią wszyscy chcący być częścią "czegoś większego". Ludzie będą kupować na to bilety, a rynek wyciągnie z tego wniosek i za chwilę pojawi się np. film z Billie Eilish w roli głównej. Kino nie musi mieć już komentarza, nie musi nieść ze sobą przekazu, jeśli wywołuje dopaminę i się sprzedaje.
- "Rocznica" mogłaby wejść do kin jako zwykły thriller czy horror. Tak ją zresztą sprzedawałem, próbując uzyskać 11 milionów dolarów od hollywoodzkiego studia. Ten film miałby swoją widownię, być może łatwiej byłoby go wypromować. Ale dla mnie było to trochę za mało. Zawsze cieszę się, mogąc wpleść w formę komercyjną pewien gorzki komentarz.
- "Dobry chłopiec" mógłby być survival horrorem o gościu, który próbuje uciec od rodziny, która trzyma go na łańcuchu. Ale najlepsze jest to, kiedy widz przez cały film myśli, że ogląda jedną rzecz, a pod koniec zadaje sobie pytanie, czy na pewno o to chodziło. Dostaje jednocześnie wiele punktów zaczepienia, a mnie to kręci: dbanie o to, by widz był zaciekawiony, bardziej niż nakierowany na konkretną odpowiedź. Oczywiście ja też lubię dopaminę w kinie, ale wtedy, kiedy jest ona częścią pewnej refleksji.
Poszukiwanie nowych sposobów ujścia dopaminy zmotywowało cię do pracy za granicą?
- Ja od zawsze byłem zanurzony w wielokulturowości. Od dziecka interesowałem się komiksem, hip-hopem, muzyką. Uwielbiałem 2Paca, Nirvanę i Wu Tang Clan. Żyłem tymi tekstami, mój mózg podróżował między różnymi światami. Jestem z pokolenia MTV, więc poszukiwałem siebie też w teledyskach, reklamach, w filmach hollywoodzkich i filmach klasy B. Jednocześnie było to zmieszane z filmem artystycznym, głównie dzięki mojemu tacie, który kocha kino włoskie, Felliniego i Antonioniego, szkołę neorealizmu. Sztuka wysoka zawsze przeplatała się u nas ze sztuką jarmarczną. Z tego względu dziś wiem, że "Sala samobójców" mogłaby równie dobrze dziać się poza Polską. Ten film nie ma jakiegoś szczególnie polskiego DNA. Właściwie tylko scena poloneza na studniówce łączy go z polskością.
- Nigdy nie interesowała mnie wiwisekcja polskiej duszy. Nawet w "Bożym Ciele" polskie są tylko niektóre cechy, które są dla mnie ciekawe i fascynujące. Dużo bardziej wolę to, że nawet opowiadając o małym polskim miasteczku, którego mieszkańcy wierzą w fałszywego księdza, to wciąż jest film przede wszystkim o wspólnotach, społecznościach i wykluczaniu siebie nawzajem. To się mogło równie dobrze wydarzyć w Teksasie.
- Mój mózg stara się nie mieć narodowości. Jednocześnie bardzo kręci mnie jednak od paru lat promowanie Polski na świecie i w tym kontekście staram się udzielać jako artysta-obywatel, bo odkryłem, że jest w tym coś według mnie potrzebnego. Obywatel, który jest dumny z tego, że może reprezentować swój kraj, robić film hollywoodzki, przez który przeprowadza polską myśl. Zacząłem nad tym pracować, żeby wraz z innymi krajami w Europie i w Stanach Zjednoczonych rozwijać projekty, które mieszają nasze DNA. Całe szczęście nie jestem w tym jedyny. Mnóstwo reżyserów i reżyserek w Polsce i na świecie idzie tym tropem. Może się to nie spodobać ludziom, którzy lubią klasyfikować kino, ale obrazuje też, jak mocno świat się zglobalizował.
- W tym roku zobaczymy to na przykładzie Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, który jest przecież festiwalem stricte polskim. Porównajmy jego program z tym sprzed 20 lat, kiedy dominowały filmy i tematy polskie. Dziś nagle są tam filmy w języku angielskim, "Ojczyzna" Pawła Pawlikowskiego jest całkowicie po niemiecku. Ta uniwersalność pojawia się nie tylko w Polsce. I to jest coś, co uważam, powinniśmy jako filmowcy badać.
Rozmowa odbyła się podczas 20. edycji Festiwalu Filmu i Sztuki BNP Paribas Dwa Brzegi.













