Monika Frajczyk dała się poznać widzom zarówno na scenie teatralnej, jak i w kinie oraz serialach. Ukończyła krakowską PWST. W latach 2015-17 występowała w Starym Teatrze w Krakowie. Od roku 2018 jest aktorką Teatru Rozmaitości w Warszawie.
Widzowie mogą kojarzyć ją z takich produkcji jak "Zielona granica", "Udar", "Aniela".
Monika Frajczyk o roli w filmie "Dobry chłopiec"
"Dobry chłopiec" to kolejny międzynarodowy film w reżyserii Jana Komasy. W rolach głównych wystąpili m.in. Stephen Graham, Anson Boon oraz Andrea Riseborough. O czym jest?
Dziewiętnastoletni Tommy lubi swoje beztroskie, pełne używek i lekkomyślnej przemocy życie. Pewnej nocy zostaje porwany przez nieznajomego, Chrisa. Budząc się w piwnicy położonego na uboczu domu, chłopak trafia w sam środek dysfunkcyjnej rodzinnej dynamiki. Chris i jego tajemnicza żona Kathryn próbują uczynić z niego "dobrego chłopca" poprzez specyficzną resocjalizację. Ta przewrotna opowieść o wolności i kontroli pokazuje, jak Tommy zmuszony do czytania książek i uczenia się manier, myśli tylko o jednym: jak stamtąd uciec.

W filmie "Dobry chłopiec" Monika Frajczyk wciela się w Rinę - nielegalną imigrantkę z Macedonii pracującą jako pomoc domowa, która staje się jedną z kluczowych obserwatorek wydarzeń rozgrywających się w domu głównych bohaterów.
W rozmowie z Interią podczas Mastercard OFF CAMERA opowiedziała o roli oraz podzieliła się refleksjami na temat zawodu aktora.
Justyna Miś: Jesteśmy w Krakowie, mieście bardzo ci bliskim. Jakie uczucia ci towarzyszą, gdy tu wracasz?
Monika Frajczyk: - Jestem tu w podwójnej roli i to jest dla mnie dosyć dziwne, dlatego że w Krakowie mieszkam właściwie od osiemnastego roku życia. Od ośmiu lat wciąż krążymy z mężem pomiędzy Krakowem a Warszawą. To już będzie osiemnaście lat. Tutaj studiowałam - najpierw na Uniwersytecie Jagiellońskim i na ówczesnym Uniwersytecie Pedagogicznym, zanim dostałam się do szkoły teatralnej, co udało mi się dopiero za trzecim razem. Skończyłam tutaj Akademię Sztuk Teatralnych, potem pracowałam w Starym Teatrze, więc to jest taki mój matecznik. Mam stąd też bardzo dużo przyjaźni i relacji, dlatego czuję się tak, jakbym była jedną nogą w domu, a jednocześnie nagle funkcjonowała tu w trochę innej formule. To bardzo sympatyczne doświadczenie.
Ostatnio w Starym Teatrze po 11 latach pożegnano się ze spektaklem "Wróg ludu". Jakie to uczucie mieć świadomość, że po tylu latach już właściwie nigdy nie zagra się tego spektaklu, tej roli?
- Myślałam o tym ostatnio. Trochę spodziewałam się, że może mnie to aż tak nie obejdzie, ale jednak wracają do mnie różne wspomnienia. Myślę sobie: "kurczę, już nigdy nie zagram na tamtej scenie tej roli". Jednak przez jedenaście lat człowiek potrafi się do czegoś przywiązać. Nigdy też nie myślałam, że będę w takim miejscu, żeby mówić: "dziesięć lat temu zaczęłam coś grać", że będę obchodzić takie jubileusze. A nagle to się po prostu wydarza. Lata lecą, człowiek wchodzi do zawodu i okazuje się, że spędził w nim już dekadę, ma jakieś okrągłe daty do świętowania. W ogóle to jest ewenement, że nam się to udało, bo spektakle mają to do siebie, że ich życie jest krótkie. Trwają kilka sezonów. Teatr jest ulotny - jest istotny, kiedy coś mówi nam o rzeczywistości, stanowi komentarz na dany moment, a potem dosyć szybko się dezaktualizuje. W przypadku tego przedstawienia było inaczej. Ono miało drugie życie, potem trzecie. Przetrwało kilku dyrektorów, różne zmiany w naszych życiach prywatnych, więc to wzruszające, że można do czegoś wracać. Wracać do pracy nad czymś, co robiło się jako kompletnie inny człowiek, bo przez te jedenaście lat naprawdę bardzo dużo się w nas zmieniło. Jestem więc bardzo wdzięczna za tę przygodę i cieszę się, że miałam okazję czegoś takiego doświadczyć. Jedenaście lat na scenie z jedną rolą... Skutecznie się przy niej odmładzałam, bo grałam bardzo młodą dziewczynę. No ale przyszedł czas, żeby się z tym pożegnać.
A jak patrzysz z perspektywy czasu na siebie sprzed dziesięciu lat? Na tę drogę i moment, w którym jesteś dzisiaj?
- Myślę, że na początku byłam bardzo uparta i zdeterminowana. Kiedy kończyłam szkołę, miałam w sobie ogromną energię do walki, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak potoczy się moja droga zawodowa. Cały czas nas straszono, że pracy nie będzie i że ten zawód jest bardzo trudny. Jestem z artystycznej rodziny, więc na własnej skórze mogłam doświadczyć, jak kapryśne bywają zawody związane z twórczością i co właściwie znaczy bycie artystą. Moi rodzice są animatorami, rysowali filmy animowane, między innymi "Bolka i Lolka", a mój brat jest muzykiem. Te wszystkie niepokoje i lęki zawsze mi więc towarzyszyły. Byłam bardzo zdeterminowana, gotowa do poświęceń.
- Dalej jestem zdeterminowana, ale dziś pojawił się już inny aspekt - dojrzałość. Przez te jedenaście lat wydarzyło się naprawdę bardzo dużo. Faktycznie włożyłam ogrom pracy w to, żeby być w miejscu, w którym jestem teraz. Wiązało się to też z ryzykownymi decyzjami: odejściem z Krakowa, ze Starego Teatru, i przeprowadzką do Warszawy, gdzie od ośmiu lat jestem aktorką Teatru Rozmaitości. Bardzo sobie to cenię, ale to były skoki na głęboką wodę. Tamta dziewczyna jawi mi się jako bardzo zdeterminowana, pełna energii i mocno wierząca w ideały. Ta wiara trochę mi się niestety nadszarpnęła - wiara w ludzi, w jakieś kolektywne pospolite ruszenie. Ale, jak widać, czasami ona wraca. Choćby przy okazji wielkiej zbiórki Łatwoganga. Okazuje się, że jednak potrafimy się jednoczyć, więc może dzięki temu wróci do mnie także trochę tej młodzieńczej energii.
Przechodząc do "Dobrego chłopca" Jana Komasy. Jak trafiłaś na plan?
- Trafiłam tam dosyć klasyczną drogą, czyli brałam udział w kolejnych etapach castingów. Reżyserką castingu była Paulina Krajnik. Tym, co było dosyć niespotykane w całym tym procesie, był fakt, że reżysera nie było osobiście, bo Jan wtedy kończył kręcić "Rocznicę" w Stanach i uczestniczył w castingu zdalnie. Ja więc w ogóle się z nim nie spotkałam - Paulina była takim łącznikiem pomiędzy osobami castingowanymi a nim. Po prostu dostałam zaproszenie na casting. Najpierw było nagranie, potem kolejny etap na żywo i tak to się dalej toczyło. Człowiek zdaje taki egzamin tyle razy w roku, a potem te wszystkie lata składają się w jedną wielką śnieżną kulę i czasami nawet trudno ogarnąć, gdzie się coś wysłało. Gdyby policzyć liczbę tych wszystkich rozczarowań, porażek czy pożegnań - jakkolwiek to nazwać - to jest ich naprawdę ogrom. W tym przypadku też po prostu poszłam, zrobiłam najlepiej, jak potrafiłam, i pomyślałam: "Dobra, pewnie mam to już z głowy". A tu nagle okazało się, że przechodzę do kolejnego etapu, a potem dostałam tę rolę. Telefon odebrałam w Krakowie. Byłam wtedy z mężem, szliśmy do kina na jakiś film, ale kompletnie nie pamiętam jaki, bo tuż przed wejściem na salę dostałam tę wiadomość. Przez cały seans siedziałam i myślałam: "Co ja teraz zrobię? Będę grać w międzynarodowej produkcji u Janka Komasy".
Czy miałaś jakieś obawy związane z tym, że będziesz jedyną Polką w międzynarodowej obsadzie, w której znaleźli się m.in. Stephen Graham czy Anson Boon? Jakie myśli ci towarzyszyły, zanim weszłaś na plan?
- Tak, miałam trochę stresu i niepokoju, co zresztą nie było niczym zaskakującym, bo to była moja pierwsza międzynarodowa produkcja. Tych barier do przejścia było bardzo dużo - od bariery językowej po lęk, że nagle okaże się, że pracujemy w dwóch zupełnie różnych technikach. Że oni grają coś zupełnie innego, a my tutaj żyjemy w jakimś innym świecie i tak naprawdę nic nie umiemy. Wiadomo, różne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy. Nie miałam też za dużo informacji przed rozpoczęciem pracy, bo byłam ostatnią osobą, która dołączyła do obsady. Od momentu, kiedy dowiedziałam się, że będę w tym projekcie, minęły może dwa, maksymalnie trzy tygodnie i już musiałam wejść na plan. Nie miałam więc czasu, żeby te wszystkie wyobrażenia i projekcje zdążyły urosnąć, jak to zwykle bywa, kiedy człowiek zna jakiś deadline.
- Nie wiedziałam też dokładnie, z kim będę pracować. Wiedziałam, że będzie Anson, ale o tym, że zagra Stephen Graham, dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy wszedł na próbę, dwa dni przed zdjęciami. Pamiętam, że strasznie się spięłam i zestresowałam, kiedy zobaczyłam, jak wchodzi przez drzwi. Mieliśmy wtedy jedyną próbę czytaną przy stoliku, a potem jechałam grać spektakl "Czarodziejska góra" w TR Warszawa. Miałam tak zdrętwiałe ręce ze stresu, że nie mogłam nawet obsłużyć telefonu.
Na szczęście ten niepokój bardzo szybko się rozpuścił dzięki całej obsadzie i oczywiście przede wszystkim dzięki Jankowi. To naprawdę wspaniała osoba, świetny reżyser i bardzo ciekawy lider procesu. Ma ogromną czułość do aktorów, naprawdę nas widzi, a to jest coś wyjątkowego. Nie musi być liderem, który coś udowadnia albo odreagowuje swoje sprawy na planie. Jest bardzo partnerski i daje poczucie bezpieczeństwa.
Jakie są twoje wrażenia po pracy ze wspomnianymi aktorami?
- Bardzo się bałam, że będzie tam przebiegać jakaś granica. Że my jesteśmy z innych światów. W końcu to są gwiazdy, więc obawiałam się, że pojawi się jakiś dystans, jakiś pryzmat, przez który trzeba będzie przejść albo którego nie da się przebić. Myślałam, że oni będą budować wokół siebie pewnego rodzaju barierę. A okazało się, że to są po prostu prawdziwi artyści - ludzie będący w procesie, którzy chcą jak najlepiej zrobić to, co mają do zrobienia. Widzieli mnie jako część tego procesu. Byli ciekawi tego, co mam do powiedzenia, co myślę o scenie, jakie mam pomysły, co mi się podoba, a co nie. Tak naprawdę oni mnie oswoili. Zaprosili mnie do swojego świata i to było bardzo wzruszające, bo naprawdę o mnie zadbali. Wiedzieli, że jestem jedyną osobą z Polski w głównej obsadzie, a ich było więcej, więc równie dobrze mogli zamknąć się we własnym gronie i po prostu robić swoje. Tymczasem ja czułam się naprawdę włączona.
- To było niesamowite. Nie wiem nawet, jak to nazwać. Czy to skromność, czy pokora, czy po prostu potrzeba skupienia się na pracy i celu. Ale właśnie to pozwalało im funkcjonować w tak piękny, ludzki sposób wobec wszystkich na planie. Oni naprawdę widzieli ludzi. Byli uprzejmi, obecni, nie siedzieli ciągle w telefonach, tylko byli ciekawi drugiego człowieka, tego, co myśli, skąd pochodzi. Relacje z nimi były naprawdę wspaniałe. Oczywiście po zakończeniu projektu te więzi siłą rzeczy się rozluźniają, bo trudno utrzymywać stały kontakt, ale wciąż wiemy o swoim istnieniu i czasem gdzieś ten kontakt się pojawia. To i tak jest niezwykłe. Kiedy człowiek ogląda potem ich zdjęcia z rozdania Złotych Globów czy innych wielkich wydarzeń, myśli sobie: "To pewnie ktoś, z kim nie da się normalnie porozmawiać". A to są totalnie myślący ludzie, bardzo zanurzeni w europejskim sposobie myślenia - krytycznym patrzeniu na systemy, na to, w jakim miejscu geopolitycznie się znajdujemy. Można było z nimi rozmawiać o bardzo wielu rzeczach, ale przede wszystkim dlatego, że oni naprawdę chcieli tych rozmów i byli otwarci. To było dla mnie bardzo zaskakujące, oswajające i po prostu wspaniałe doświadczenie. Dostałam od nich ogromny kapitał, z którego korzystam do dziś.
Zdjęcia odbywały się w większości w Warszawie, prawda?
- Tak i to było świetne, bo kręciliśmy właściwie w studiu. My byliśmy w jednej hali, a w drugiej koledzy nagrywali "Na Wspólnej". Siedzieliśmy w Sękocinie i po prostu wszyscy - Stephen Graham, cała obsada - jeździliśmy razem windą. Tak to wyglądało. Plan był podzielony dlatego, że w Polsce kręciliśmy wnętrza. Wszystko, co działo się w środku domu, zostało wybudowane w hali w Sękocinie. Dopiero później pojechaliśmy do Wielkiej Brytanii, gdzie realizowaliśmy wszystkie sceny z zewnątrz. Trzeba więc było to idealnie zsynchronizować. Wszystko za oknem, otwieranie drzwi, światło, atmosfera. Żeby widz miał poczucie, że to jedna i ta sama przestrzeń.
Magia kina. Chciałam jeszcze porozmawiać o wolności, która jest poruszana w tym filmie. Bohater grany przez Stephena Grahama kontroluje wolność postaci granej przez Ansona Boona, ale także twoja bohaterka ma tę wolność mocno ograniczoną. Czy według ciebie ten film opowiada właśnie o takich niuansach związanych z kontrolą i wolnością?
- Na pewno jest to film o jakimś aspekcie wolności, ale też o różnych zależnościach i uzależnieniach, które posiadamy - zarówno systemowych, jak i relacyjnych czy grupowych. Każdy z bohaterów, tak samo jak my w życiu, jest w coś uwikłany i niesie ze sobą jakąś historię. W zależności od tego, gdzie się znajduje i co go spotkało, jest zależny od czegoś albo od kogoś. W przypadku mojej bohaterki takim doświadczeniem jest emigracja. Osoba, która żyje nie do końca legalnie na emigracji, jak ona, znajduje się w absolutnie trudnej sytuacji. Nie wiemy dokładnie, co się wydarzyło: czy odebrano jej pozwolenie na pobyt, czy nigdy go nie miała. Film tego nie wyjaśnia, bo to nie jest jego sedno. Ale sam ten fakt stawia człowieka w pozycji ogromnej zależności od innych ludzi. Nie masz wtedy dziesięciu możliwości wyboru pracy. Bierzesz to, co przyjdzie. A jeśli trafisz na osobę, która niekoniecznie chce dla ciebie dobrze, i tak często musisz za tym pójść.
- Dla Riny ograniczeniem wolności jest właśnie doświadczenie emigracji. Jesteś kompletnie sama, nie masz do kogo się zwrócić, system cię nie chroni, nikt się tobą specjalnie nie interesuje. To bardzo samotna pozycja. Oczywiście emigracja nie zawsze taka jest, bo czasem dotyczy całych grup ludzi, ale w jej przypadku właśnie tak to wygląda. To powoduje, że nie ma ona realnej możliwości ruchu i musi podejmować decyzje, których w sytuacji bezpieczeństwa czy stabilizacji nigdy nie musiałaby podejmować. Każdy z nas jest zresztą w coś uwikłany. W filmie te uwikłania są po prostu bardziej brutalne, ale przecież wszyscy mierzymy się z różnymi aspektami wolności - ekonomicznej, zawodowej, osobistej. Być na etacie albo nie być, pracować na zleceniach albo próbować inaczej układać sobie życie? Tych zależności jest bardzo dużo, szczególnie w kapitalistycznym świecie. Niby tę wolność mamy, ale czy naprawdę?

Twoja bohaterka już w jednej z pierwszych scen musi podjąć decyzję po tym, jak widzi, co dzieje się w piwnicy. A właściwie - kto tam jest. Jak ty prywatnie zareagowałabyś w takiej sytuacji? Bo ona właściwie jest bez wyjścia.
- Trudno rozmawiać o tym, co by było gdyby, bo możemy sobie mnożyć scenariusze i wyobrażać siebie jako bohaterów, którzy od razu wybierają tę dobrą stronę i robią wszystko jak należy. Ale prawda jest taka, że bardzo trudno przewidzieć, jak człowiek zachowa się w sytuacji granicznej, dopóki naprawdę się w niej nie znajdzie. To jest też smutna prawda o nas. Bardzo łatwo oceniamy cudze decyzje i postępowanie, ale kiedy sytuacja zaczyna dotyczyć nas samych, nagle okazuje się, że wszystko przestaje być czarno-białe. Dlatego czasem myślę, że zajęcia z aktorstwa powinny istnieć w szkołach aż do matury. Żeby ludzie mogli przećwiczyć różne trudne sytuacje, moralne dylematy, konieczność podejmowania decyzji, których nie chce się podejmować. Mam wrażenie, że wiele osób dzięki temu inaczej patrzyłoby potem na innych i mniej pochopnie ich oceniało.
- Jeśli chodzi o mnie, to mam też taki problem, że często pakuję się w sytuacje, w których czuję, że trzeba coś nazwać, powiedzieć, zareagować. Taka postawa obywatelska jest dla mnie bardzo ważna. Myślę, że zjadłoby mnie od środka, gdybym czegoś nie mogła ujawnić albo przemilczała coś istotnego. Musiałabym mieć naprawdę bardzo poważny powód. Wydaje mi się więc, że próbowałabym zrobić wszystko, żeby tę sytuację z piwnicy jakoś otworzyć i komuś pomóc. Mam za sobą wiele lat działań aktywistycznych i ta postawa jest dla mnie ważna - żeby jednak robić coś, nie bać się. Bo odwaga cywilna naprawdę może później ratować życie. To nie jest proste. Czasami człowiek nie ma już siły i musi się schować albo przekazać coś komuś innemu, kiedy kończą się zasoby. To też jest ludzkie. Nikt nie jest idealny ani pozbawiony rys. Ale warto o tym rozmawiać i wzajemnie się stymulować do tego, żeby mieć w sobie więcej odwagi.
Wydaje mi się, że siłą tego filmu jest właśnie to, że nie narzuca nam oceny zachowania bohaterów. Ja podczas seansu na początku pomyślałam: "Ja bym to zgłosiła", ale potem zaczęłam zastanawiać się nad tym głębiej i rozumieć pewne sytuacje.
- Tak, wszystko jest proste, kiedy myślimy tylko o sobie. Ale kiedy człowiek jest już odpowiedzialny za kogoś, kiedy myśli o swoich bliskich, wtedy te dylematy mają zupełnie inny ciężar. Jeśli myślę o swojej rodzinie, to pewne wybory przestają być oczywiste. To jest trochę tak jak z ofiarami przemocy i pytaniami, które im się często zadaje: "Dlaczego nikt nic nie powiedział?", "Dlaczego ktoś nie odszedł?". Gdyby to było takie proste, to przecież by się wydarzyło. Ale komuś, kto tego nie przeżył, bardzo łatwo jest oceniać.
Wcześniej dotknęłaś też tematu rozczarowań w pracy aktora. Jak radzić sobie z emocjami związanymi z ciągłym wysyłaniem zgłoszeń, self tape'ów, z odpowiedziami albo ich brakiem? Jak nie tracić siły i dalej próbować?
- Każdy ma pewnie swój sposób i są lepsze oraz gorsze okresy. Są momenty, kiedy człowiek jest w lepszej formie, ma więcej siły, ma wokół siebie bliskich ludzi i wtedy wszystko trochę łatwiej się rozprasza, bo ta praca nie staje się całym światem. Ale kiedy trzeba zarobić pieniądze albo bardzo potrzebuje się pracy, a ona nie przychodzi, wtedy właśnie na tym gruncie zaczynają wyrastać frustracje. Dlatego myślę, że bardzo ważne jest, żeby ten stół stał na kilku nogach - żeby mieć w życiu inne przestrzenie, w których człowiek coś robi, sprawdza się, realizuje. Żeby nie być wyłącznie swoją pracą.
W tym zawodzie wszystko filtruje się przez ciebie, bo pracujesz sobą. Jeśli czegoś nie dostajesz, łatwo pomyśleć: "Co jest ze mną nie tak?". To nie jest odrzucenie produktu czy dzieła, tylko ciebie jako osoby. Dlatego bardzo ważni są bliscy ludzie, rodzina i jakieś inne przestrzenie życia. Ja na przykład prowadzę zajęcia teatralne z młodzieżą i to jest dla mnie ogromne wybawienie. Uwielbiam to, bo mam poczucie, że tam karmię się zupełnie innymi rzeczami, których czasem brakuje mi w naszym bardzo drapieżnym środowisku.
- Samo chodzenie na castingi akurat polubiłam. Lubię spotykać innych aktorów, pograć, potraktować to trochę jak trening. Ale nagrywanie self tape'ów… to już coś zupełnie innego. Czasem wysyła się godziny nagrań, które trafiają w próżnię. Nie dostajesz feedbacku, nie wiesz, co zrobiłaś źle, dlaczego po raz kolejny nie dostałaś pracy. A czasami to w ogóle nie ma związku z tym, czy zrobiłaś coś dobrze czy źle. Po prostu pasujesz albo nie pasujesz. Albo projekt jest komercyjny i potrzebują osoby z dużą rozpoznawalnością, która przyciągnie widzów. I wtedy nie ma żadnej dyskusji.
- To jest bardzo trudne i ciężko wytłumaczyć komuś spoza tego środowiska, jak trudna bywa walka o poczucie własnej wartości i jak dziwny jest ten zawód. Naprawdę tylko niewielki procent ludzi ma komfort ciągłości projektów. Większość z nas to artyści, którzy próbują to wszystko jakoś połączyć i po prostu dotrwać od jednego projektu do drugiego. Jak uda się coś zrobić, jest spokój na kilka miesięcy, a potem znowu trzeba czegoś szukać. To trudne zajęcie, ale jednak tylko zajęcie. I trzeba pamiętać, że praca nie jest całym życiem. To tylko kawałek tortu. Jeśli pamięta się, że poza nią istnieją jeszcze inne rzeczy, trochę łatwiej przełknąć różne trudności. Ostatnio pomyślałam nawet, że bardzo chciałabym zrobić projekt złożony ze wszystkich odrzuconych self tape'ów. Ze wszystkich tych nagrań robionych w kuchniach, przebieranek, pomysłów. Myślę, że wyszedłby z tego świetny film.
A ty zatrzymujesz swoje taśmy? Wracasz do nich czasami?
- Nie wracam, bo naprawdę nie chciałabym oglądać siebie sprzed roku i myśleć: "Serio uważałam, że to było dobre?". Ale te nagrania i tak gdzieś zostają, bo wysyłamy je przez YouTube albo Vimeo. Ostatnio coś mi się nie chciało załadować na YouTubie i nagle wyświetliła mi się cała lista tych nagrań. To był nagle jakiś przegląd życia. Ale też przypomniało mi to, ile pracy wykonujemy kompletnie za darmo. Bo możesz w końcu coś dostać, może się uda, ale równie dobrze może się nie udać.












