"Lalka": miliony Polaków czekają na premierę. Hollywoodzki rozmach
Wielkimi krokami zbliża się premiera filmu "Lalka" w reżyserii Macieja Kawalskiego. Nowa kinowa ekranizacja powieści Bolesława Prusa może pochwalić się imponującą obsadą. W Stanisława Wokulskiego wciela się Marcin Dorociński, Izabelę Łęcką gra Kamila Urzędowska, a Ignacego Rzeckiego Marek Kondrat. Zagrają również: Andrzej Seweryn jako Tomasz Łęcki, Maria Dębska jako Kazimiera Wąsowska, Mateusz Damięcki jako Kazimierz Starski, a także Krystyna Janda, Maja Komorowska, Agata Kulesza, Karolina Gruszka, Borys Szyc, Maja Ostaszewska, Cezary Żak, Filip Pławiak, Dawid Ogrodnik i Maciej Musiałowski.
Jak zapowiada dystrybutor, "Lalka" to film zrealizowany z hollywoodzkim rozmachem. Przygotowania do realizacji zajęły 2 lata. Do filmu zaangażowano czołowych polskich twórców, aktorów i ponad 3000 statystów, a prace na planie trwały 5 miesięcy.
Projektowanie i budowa scenografii wymagały wielomiesięcznych przygotowań obejmujących analizę dawnych rycin, obrazów i historycznych dokumentów na temat XIX-wiecznej Warszawy. Na potrzeby filmu zgromadzono i przygotowano również tysiące elementów dekoracji oraz rekwizytów. Taka superprodukcja w polskim kinie zdarza się raz na kilka dekad.
Maciej Kawalski dla Interii. Obsada "Lalki" jest spełnieniem marzeń
Reżyser wyczekiwanego filmu, Maciej Kawalski, podczas rozmowy z Interią opowiedział nieco więcej o wyjątkowej obsadzie. Okazuje się, że wraz z producentem i reżyserką castingu długo tworzyli listę wymarzonych aktorów. Większość z nich udało się zaprosić do projektu.
"Tak, mieliśmy wymarzone nazwiska od samego początku. Nad obsadą pracowaliśmy z producentem Radkiem Drabikiem oraz reżyserką castingu Nadią Lebik i rzeczywiście stworzyliśmy taką listę. Udało nam się to osiągnąć z bardzo małymi wyjątkami, gdyż w niektórych przypadkach nie zgrały nam się terminy. Ta obsada jest naszym absolutnym spełnieniem marzeń, więc ogromna wdzięczność za to" - mówił Kawalski, dodając, że głównym pomysłodawcą nowej adaptacji był przede wszystkim producent.

"Dołączyłem na etapie, kiedy na papierze nie było ani jednego zdania napisanego. [...] Jest to wszystko bardzo bliskie mojemu sercu i osobiste. Przeżywam to w jakiś specjalny sposób, bo ta adaptacja jest naprawdę bliska powieści w takim sensie, że nie dopisuje postaci, których tam nie ma. Nie zmieniamy też tonacji w jakiś drastyczny sposób, ale jednocześnie traktujemy całość z uczciwością, gdyż chcę, żeby każda linijka tekstu mnie osobiście poruszała, a każda sekunda filmu angażowała. Udało się zrobić tak, żeby wszyscy twórcy w ten sposób do podeszli do sprawy, w tym operator, każdy z aktorów. Nie było czegoś w stylu: 'no dobra, jest okej, niech im się spodoba'. Tu nie ma jakichś metaforycznych 'ich', na których można patrzeć z góry. Wręcz przeciwnie. W każdy moment filmu wkładaliśmy pełne zaangażowanie, atencję i ten utwór nas niósł do przodu. Codziennie na planie było takie uczucie, że staje się mądrzejszy od nas" - tłumaczył w wywiadzie dla Interii.
"Każdego dnia czuło się iskrę świeżości". Praca na planie przypominała jam session
Kawalski przyznał, że ekipa filmowa starała się nie zatracić radości z realizacji produkcji, nieustannie poszukując nowych rozwiązań i pomysłów. Niekiedy bywały momenty, że praca na planie przypominała jam session, bazując na wspólnym improwizowaniu i dostosowywaniu się do sytuacji:
"Praca nad filmem to są miliony małych decyzji. Ona jest często benedyktyńska, żmudna. Miesiące przygotowań, miesiące szycia kostiumów, szukania lokacji, projektowania tych lokacji, przepisywania tekstu, prób. Potem zdjęć, dziesiątki dubli, powtórzeń. [...] Ten proces jest często taką chińską torturą tysiąca cięć i rzecz w tym, żeby nigdy nie stracić dziecięcej przyjemności odkrywania tego świata na nowo. Jestem ogromnie wdzięczny całemu zespołowi, że to się udało, że każdego dnia zdjęć czuło się taką iskrę świeżości. Że znajdywaliśmy coś nowego, mimo dokładnego planu, jak to zostanie nakręcone. Nagle zapalają się lampy, jest scenografia, są kostiumy, są ci aktorzy, jest pomysł na scenę, jest ruch kamery - i dzieje się coś magicznego, jakby każdy z nas trochę zapomniał, jakie było założenie. Praca stawała się jam session w najlepszym tego słowa w znaczeniu. Zapominaliśmy o nutach i od jakiego motywu wyszliśmy. To było spontaniczne tworzenie i podążanie za tym, gdzie prowadzi nas scena".
Marek Kondrat wraca po latach emerytury. "Włożył w tę rolę całego siebie"
Reżyser opowiedział nam również o kulisach współpracy z Markiem Kondratem. Przypomnijmy, że dla roli Ignacego Rzeckiego w filmowej adaptacji "Lalki" zdecydował się na powrót z trwającej od lat aktorskiej emerytury.
"Marek Kondrat i Radek Drabik znają się i przyjaźnią już od lat. Marzyliśmy o tym, by rozważył zagranie Rzeckiego. Propozycja okazała się dla niego bardzo intrygująca, ale jednocześnie podchodził do niej bardzo ostrożnie. Mieliśmy wiele rozmów, kilkukrotnie przepisywałem cały scenariusz i przebieg wątku Rzeckiego po rozmowach z Markiem, który zachęcił mnie do spojrzenia z innej strony, w sposób głębszy, co było dla mnie szalenie inspirujące, bardzo satysfakcjonujące. Na plus była także osobista historia; jego ojciec zagrał postać Szlangbauma w pierwszej adaptacji 'Lalki'. Tak więc złożyło się tu bardzo dużo elementów i myślę, że włożył w projekt coś niesamowicie cennego - włożył w tę rolę całego siebie i jest bardzo prusowski Rzecki, ale jednocześnie czuć w nim osobowość Marka" - wyjawił reżyser.
Zapraszamy do obejrzenia wywiadu!
Zobacz też:
Ujawnił kulisy pracy nad "Lalką". Jego bohater nie ma żadnych skrupułów












