Reklama

Mieczysław Hryniewicz: Śmiała scena erotyczna w "Na Wspólnej"

Mieczysław Hryniewicz jest wielkim szczęściarzem. Od lat gra w serialu, który sprawia mu ogromną radość. Mimo że aktor jest już na emeryturze, nie planuje robić sobie przerwy w graniu, ponieważ nadal ma w sobie ogromny zapał do działania. Przyznaje też, że w nadchodzących odcinkach "Na Wspólnej" widzowie zobaczą go w śmiałej scenie erotycznej.

Mieczysław Hryniewicz: Uważam się za wielkiego szczęściarza (...) bo przez 18 lat nie musiałem szukać pracy

Na planie "Na Wspólnej" spędził pan już 18 lat, nie czuje pan jeszcze znużenia?

Mieczysław Hryniewicz: - Atmosfera na planie "Na Wspólnej" jest nadal cudowna, a nowi aktorzy, którzy do nas przychodzą, są zachwyceni. Każdy jest życzliwy i chce wykonać swoją pracę dobrze. Zawsze mówię, że "Na Wspólnej" to serial misyjny. Problemy, które w nim poruszamy są ważne, może czasem jest za dużo elementów kryminalnych, ale to podoba się widzom.

Reklama

- Ten serial daje wiele możliwości także członkom ekipy filmowej. Są osoby, które zaczynały od noszenia kabli, a teraz stoją za kamerą. Bardzo zaimponował mi Łukasz Konopka. Do serialu przyszedł tylko na chwilkę, żeby zagrać jakiś czarny charakter, ale okazało się, że świetnie gra, a teraz zaczyna również reżyserować.

Pan za to niezmiennie występuje w roli męża Marii, Włodka. Co będzie się działo u Ziębów w nowych odcinkach?

- U Ziębów cały czas się coś dzieje! Maria i Włodek wciąż bardzo się kochają, czego dowodem będzie scena erotyczna. Jak na nasz wiek to nawet zbyt śmiała.

- Wczoraj widziałam też zamontowaną scenę reżyserowaną przez Jarka Sypniewskiego, w której jedna z bohaterek biła się z myślami, byłem zachwycony! Choć "Na Wspólnej" jest serialem, to znajdują się tam takie ujęcia i sceny, które można pokazywać studentom w szkole filmowej.

Zdarza się panu oglądać w telewizji efekty swojej pracy?

- Przede wszystkim czytam scenariusze w całości. Uważam się za wielkiego szczęściarza i każdemu tego życzę, bo przez 18 lat nie musiałem szukać pracy. Hollywood to nie jest, ale mam dobrą emeryturę, więc nie narzekam i korzystam. Później będzie korzystała z tego moja żona, która nawet 15 minut nie pracowała na etacie.

Bożena Dykiel w jednym z wywiadów powiedziała, że jest pan jednym z niewielu facetów, którzy są pozytywnie nastawieni do życia, a poza tym jest w Panu spokój, który na planie udziela się innym.

- Na planie zdarza mi się też wywołać awanturę, bo mówię, że trzeba tworzyć w konflikcie, a wtedy wszyscy patrzą na mnie jak na wariata. Zaczynając w 2003 roku "Na Wspólnej", spotkałem się z Bożeną po bardzo długim okresie niewidzenia, ale ta przerwa niczego nie zmieniła. Poza tym męża Bożenki znam dłużej niż ona sama, więc wiem do kogo się udać, gdybym popadł w jej niełaskę. Gdy tak siedzimy na planie, czasem zdarza nam się wspominać nasze dawne spektakle. W "Balladynie" jeździliśmy motorami nad głowami widzów - Wiktor Zborowski, ja jako Skierka, a Bożena jako Goplana. To było straszne! Nie lubię motorów, nadal nie mam prawa jazdy na motor.

Skąd u pana się bierze ten spokój i zadowolenie?

- Mam w sobie radość z życia i trochę z dziecka. Czasami bagatelizuję trudniejsze sprawy. Bardzo często, gdy coś kończy się niepowodzeniem, mówię, że jest to jakiś znak, którego teraz nie rozumiemy, ale w przyszłości się wyjaśni. Jak nie zostałem dyrektorem teatru, to też wziąłem to za znak, choć moi koledzy byli zmartwieni. Teraz mam piękne, wygodne życie, robię to, co lubię i kocham. Moja praca jest stosunkowo mało stresująca, bo ujęcie zawsze można powtórzyć. Moja wnuczka w ubiegłym roku napisała, że dziękuje mi, że nauczyłem ją nieustającego poczucia humoru. Humorem można bardzo wiele załatwić i dać komuś czas na przemyślenia. Kiedyś wziąłem udział w programie TVN "Kulisy sławy". Podobno był to najsympatyczniejszy odcinek roku, dlatego został powtórzony. Było to dla mnie bardzo miłe. Kończyłem go stwierdzeniem, że mam w sobie wirusa szczęścia, który jest zaraźliwy i wszystkim go posyłam, ale wtedy jeszcze nie było pandemii.

Z tego, co pan mówi i co widać, patrząc na pana filmografię, bardzo pracowity z pana człowiek.

- Tych dużych filmów z moim udziałem - "Zapis zbrodni" czy "Opadły liście z drzew" - już nikt nie pamięta. Bardzo dobrze zaczynałem. Po technikum budowlanym dostałem się do szkoły teatralnej, a potem do Teatru Narodowego. Do Warszawy przyjechałem po raz pierwszy po maturze, na egzamin do szkoły teatralnej. Wziąłem gitarę, krawat na gumce i wsiadłem do pociągu. Będąc młodym chłopakiem w czasie wakacji zawsze pracowałem. Czasami wstydziłem się powiedzieć ojcu, ile zarabiam, bo bywało, że zarabiałem więcej od niego. Pracowałem na targach w Poznaniu, a gdy uczyłem się w technikum, też na budowach. Całe moje życie składa się na ładną opowieść. Nawet na milicyjną pałkę nigdy się nie załapałem, bo miałem dobre tenisówki i dość szybko biegałem.

Barbara Skrodzka

AKPA

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mieczysław Hryniewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje