Michał Koterski: Moje powołanie

Zawodowe wzloty i upadki nauczyły go pokory. Dziś Michał Koterski znów jest na szczycie, ale woda sodowa nie uderza mu do głowy. Bo, jak mówi, to początek nowych wyzwań.

Ze szczytu spadłem na dno. Myślałem, że moja kariera aktorska jest skończona - wspomina Michał Koterski

Kiedyś był głównie postrzegany jako syn sławnego ojca, reżysera Marka Koterskiego, i celebryta. Teraz sam pracuje na swoje nazwisko, a w filmie ojca "7 uczuć" (uhonorowanym Nagrodą Specjalną Jury na festiwalu w Gdyni) zagrał najważniejszą rolę w życiu.

Jeszcze niedawno aktorstwo traktowałeś jak przygodę. A teraz?

Michał Koterski: - Przez większość swojego życia nie wiedziałem, co chcę robić. Wydawało mi się, że prawdziwe i ciekawe życie to codziennie fajerwerki. Nie było we mnie zgody na prozę życia: trzeba wstać, umyć zęby i iść do pracy. Nuda była dla mnie nie do przyjęcia, a każda praca mnie odrzucała. Wszystkie moje przygody filmowe i telewizyjne działy się tak szybko. Tu występowałem u Wojewódzkiego, tam prowadziłem koncerty w Sopocie. Nie miałem czasu, żeby do końca siebie zrozumieć.

Kiedy to się zmieniło?

- W pewnym momencie byłem na medialnym topie. Wyskakiwałem z każdej lodówki i wydawało mi się, że jestem nie wiadomo jaką gwiazdą. A potem nagle przyszedł kryzys i zaczęły się przede mną zamykać drzwi. Ze szczytu spadłem na dno. Myślałem, że moja kariera aktorska jest skończona. Spotkałem się wtedy z ojcem i do dzisiaj pamiętam, jak mi powiedział: "Z tego doświadczenia będziesz korzystał przez całe życie". Wściekłem się wtedy na niego, bo pomyślałem, że łatwo tak mówić, gdy jest się kultowym i spełnionym reżyserem. A ja? Nikt ze mną nie chciał pracować.

Reklama

Co wtedy zrobiłeś?

- To doświadczenie pomogło mi nabrać pokory. Zaakceptowałem to, co powtarzał mi ojciec: "Prawdziwy aktor powinien zacząć od teatru". I tak właśnie zrobiłem. Uporządkowałem swoje życie osobiste i emocjonalne. Zacząłem rozwijać się zawodowo, pracować nad emisją głosu, aż w końcu przyszła do mnie pierwsza rola w teatrze.

Twoi fani pewnie byli zaskoczeni?

- Nawet bardzo. Jakbyś zapytał obcą osobę, totalnego laika na ulicy, co o tym sądzi, to też by uznał "Miśka" w teatrze za niedorzeczność. Ale ja do tego dążyłem w myśl zasady: "Będziesz gotów, to cię spotka". We wrocławskim Teatrze Komedia szansę dał mi Wojciech Dąbrowski. Wkrótce zacząłem otrzymywać kolejne propozycje. Dostałem główną rolę w spektaklu "Mayday 2", a marzyłem o tym, odkąd w teatrze Jandy obejrzałem Stanleya w wykonaniu Artura Barcisia. Zakochałem się w tym zawodzie. W wieku trzydziestu kilku lat dopiero dowiedziałem się, co chcę w życiu robić.

Zwątpienie minęło?

- Wciąż pojawiają się takie momenty w moim życiu. Czasem mi się bardzo nie chce wkuwać tekstów na pamięć, ale w życiu bez ciężkiej pracy nie ma efektów. Teraz wiem, że aktorstwo to jest moje powołanie i nie potrafiłbym robić w życiu niczego innego.

Dorastanie wśród znanych aktorów było chyba niezwykłe?

- Kiedy byłem dzieckiem, Piotr Fronczewski był dla mnie Panem Kleksem, a Bogusław Linda - Franzem Maurerem. Zawsze zastanawiałem się, kim jest mój tato, że ich zna. Wtedy nie do końca rozumiałem, kto to jest reżyser, a aktorzy byli dla mnie odgrywanymi przez siebie postaciami. Było w tym coś magicznego. Z czasem zacząłem sam grać w filmach. Wszedłem w świat show-biznesu. Kiedy poznałem ich osobiście, magia zniknęła, ale pozostał podziw. Gdzieś w głębi duszy marzyłem, że może kiedyś z nimi wszystkimi zagram i to marzenie w końcu się spełniło. Choć nie ukrywam, że jest jeszcze kilku wybitnych aktorów, z którymi chciałbym spotkać się na planie.

A teraz grasz w filmie ojca, "7 uczuć". Myślisz, że jest z ciebie dumny?

- Tego nie wiem... Znaczy wiem, bo mi to cały czas powtarza. Najtrudniej przyjmuje się komplementy od najbliższych. Gdy chwalą mnie narzeczona (Marcela Leszczak, przyp. red.) lub ojciec, myślę sobie: "Kurde, mówią tak dlatego, żeby mi nie sprawić przykrości". Jak mówię Marceli, że jest piękna, to też mi nie wierzy, a jest przecież piękna. Myśli, że jej kit wciskam. Ale jak pochwali obcy człowiek, od razu czujemy się docenieni.
 
Długo czekałeś, aby ojciec zaproponował ci główną rolę w swoim filmie.

- Pamiętam dzień, kiedy to zrobił. Zagrałem w teatrze główną rolę w "Historii żołnierza", a on po spektaklu powiedział: "Chciałbym tobie, Michałowi Koterskiemu, zaproponować główną rolę w moim filmie". Byłem w szoku. Czekałem na to całe życie, a jak przestałem o tym myśleć, to nagle otrzymałem wymarzoną rolę. Poczułem radość i lęk. Musiałem przestać myśleć, że film robi mój ojciec i jaki ta rola niesie ciężar. Tylu wspaniałych aktorów wcielało się w Adasia. Weź się teraz z tym wszystkim zmierz.

Jak myślisz, dlaczego zdecydował się na to akurat teraz?

- Ojciec długo nie wiedział, kogo obsadzić w roli Adasia. Zawsze z góry ma zaplanowane, kto zagra w w jego filmach, ale z główną rolą za każdym razem ma rozterki. Tak samo było z Cezarym Pazurą w "Nic śmiesznego" i Adamem Woronowiczem w "Baby są jakieś inne". Nawet Marek Kondrat nie był pierwszym wyborem, bo tata sobie początkowo upodobał Bogusława Lindę do tej roli. Dojrzewa do tej decyzji, a w pewnym momencie spływa na niego jakaś łaska i już wie, że to ma być właśnie ten aktor. Ale nie dał mi głównej roli dlatego, że jestem jego synem.

Wcześniej występowałeś jako syn Miauczyńskiego, Sylwuś.

- To zupełnie inne role. Do roli Adasia przygotowywałem się bardzo długo. Chodziłem na lekcje do szkoły do dwunastolatków i podpatrywałem zachowania dzieciaków. Przez pół roku omawialiśmy tekst z aktorami i reżyserem. Duży wpływ na moją rolę miało też to, że przez lata obserwowałem wszystkich aktorów, którzy odgrywali Adasia. Ta postać automatycznie weszła mi pod skórę, a ja nawet nie do końca miałem tego świadomość. A kiedy pierwszy raz obejrzałem film, to poczułem euforię. Bardzo mnie zaskoczyło, że przez trzy czwarte filmu ludzie płakali ze... śmiechu. Podczas oglądania zastanawiałem się też, czy dałem radę udźwignąć ciężar tej roli. Tylko moja Marcela wie, jak bardzo się denerwowałem i ile mnie to kosztowało.

Marcela zagrała też epizod w "7 uczuciach".

- W filmie jest scena, gdy jako mały chłopiec całuję kobietę po nagich pośladkach. Ćwiczyłem z Marcelą wieczorami tekst. Któregoś dnia doszliśmy do tego fragmentu. Zapytała, kogo będę całować. Była zła, a wiadomo, że nie wolno denerwować kobiety w ciąży. Poszedłem do ojca i zapytałem, kto zagra tę kobietę. Opowiedziałem mu o wcześniejszej sytuacji i wtedy ojciec wpadł na pomysł, żeby to właśnie Marcela zagrała. Cieszę się, że tak się stało. Marcela była wtedy w piątym miesiącu ciąży i można powiedzieć, że debiut filmowy w brzuszku zaliczył mój synek Fryderyk.

Od prawie roku jesteście rodzicami. Jak się odnajdujesz w roli ojca?

- W naszym związku to Marcela jest rodzicem z chłodną głową. Zawsze wie, co trzeba zrobić. Pewnie wynika to trochę z faktu, że jako kobieta ma intuicję, której nam, mężczyznom, czasem brakuje. Swoje dokłada też osobowość. Marcela jest bardziej zrównoważona emocjonalnie ode mnie. Ja jestem człowiekiem ekspresyjnym i niecierpliwym. Chciałabym, aby mojemu synkowi już wyszły zęby, żeby umiał chodzić. Widzę inne dzieci, które w tym wieku mają zęby, i od razu zaczynam się martwić, czy to nie jakaś choroba. Cieszę się, że Marcela ma w sobie cierpliwość i spokój.

 Chcesz być ojcem idealnym?

- Nie da się być idealnym rodzicem. Nie ma jednego przepisu na wychowywanie dziecka. Teraz pozwalam Fryderykowi wyrażać emocje, ale z drugiej strony nie może się to skończyć tym, że będzie nas terroryzował. Trzeba znaleźć złoty środek, ale to praca na całe życie. Bez przerwy się uczę. Tak samo jest z własnymi uczuciami i pracą zawodową. Nie wolno stać w miejscu. Nie mogę za bardzo uwierzyć, że jak zagrałem w "7 uczuciach", mogę już spocząć na laurach. To dopiero początek poszukiwania nowych wyzwań.

Rozmawiał Tomasz Gardziński

Dowiedz się więcej na temat: Michał Koterski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje