Reklama

Mateusz Pacewicz: Musiałem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę

Mateusz Pacewicz na spotkaniu z twórcami filmu "Boże Ciało" w kinie Iluzjon w Warszawie (29 stycznia 2020)

Trudno też nazwać finał filmu happy endem.

Reklama

- To jest główna różnica między "Bożym Ciałem" a "Hejterem". "Boże Ciało" to film z katharsis. Wszystkie negatywne emocje czy akty przemocy prowadzą tam do oczyszczenia. Finał daje nam ulgę, nawet jeśli nas smuci czy szokuje. Z kolei "Sala samobójców. Hejter" nie ma tego oczyszczenia. Dzieje się przemoc, jest zamach terrorystyczny, ale jednocześnie nie mamy wrażenia, że ktoś się z kimś godzi lub coś zaczyna rozumieć. To było najtrudniejsze. Musiałem się pogodzić z tym, że poświęcam wiele lat pracy, by napisać historię, która odbiera nadzieję. Teraz świadomie podjąłem decyzję, by iść za projektami, które mają to katharsis. Wolę takie historie, które nawet jeśli są trudne i ciężkie, niosą też szansę na oczyszczenie.

Czy przy nich też będziesz współpracował z Jankiem Komasą? Wasz duet jak na razie sprawdza się świetnie!

- Tajemnica jest prosta: bardzo obaj siebie potrzebowaliśmy. Janek nie czuł się scenarzystą. Czuł się reżyserem, choć pisał we współpracy z innymi twórcami swoje poprzednie scenariusze. Bardzo wcześnie uznał, że warto mi zaufać. Dla przykładu - zapraszał mnie na pokazy kolejnych wersji montażowych "Bożego Ciała" nawet przed producentami. To duża klasa. Dopiero niedawno zrozumiałem, wymieniając się doświadczeniami z innymi scenarzystami, jakie miałem niezwykłe szczęście. Janek to reżyser akuszer, wyzwalacz, położny - pomaga wszystkim twórcom wokół urodzić to filmowe dziecko. Nigdy nie narzucał mi nic, nie mówił, co jest lepsze, a co gorsze, ale jednocześnie dzielił się swoimi emocjami, obrazami, które pojawiały mu się w głowie pod wpływem lektury. Szczególnie wyraźne było to przy "Bożym Ciele", gdzie Janek swoją żywiołową reakcją na pierwszą wersję scenariusza całkowicie odmienił moje myślenie o tym filmie.

- No i drugi sekret: my się w zasadzie ani razu nie pokłóciliśmy. Janek potrafi też wprost komunikować swoją niepewność. A wielu reżyserów ma takie poczucie, że skoro jest reżyserem, to musi wiedzieć wszystko, nakrzyczeć na kogoś, przeforsować swoją wizję. On mówił wprost, że jeszcze szuka. I ja zrozumiałem, że w ten sposób jest większa szansa, by znaleźć jakieś świetne rozwiązanie. Dzięki temu przy Bożym Ciele zmieniałem z dnia na dzień scenariusz, pisałem na kolanie kolejne dialogi, a one na ekranie się sprawdzały. Wszystkim twórcom życzę znalezienia takiego twórczego partnera jak Janek. Oczywiście, dalej ze sobą współpracujemy i nie mogę się doczekać, gdy za jakiś rok, może dwa znów siądę do scenariusza, który Janek będzie chciał wyreżyserować. Bardzo wiele się od niego nauczyłem.

Obecnie pracujesz jednak nad... kolejnym debiutem - 30-minutowym filmem, który nie tylko napisałeś, ale i wyreżyserujesz. Jak ci się podoba ta zmiana?

- Niesamowicie! Choć obecna sytuacja sprawiła, że dużo rzeczy odbywało się inaczej, czytania scenariusza przeprowadzaliśmy na przykład poprzez wideo-rozmowę. Film nosi tytuł "Team Building" i jest to czarna, surrealistyczna komedia. To całkiem inne kino, niż "Boże Ciało" i "Sala samobójców. Hejter". Opowiada o miłość romantycznej, cynicznym podejściu do świata i kapitalizmie, a bohaterką jest 40-letnia kobieta. Dużą inspiracją było dla mnie kino Charliego Kaufmana czy Luisa Bunuela. I nieco popuściłem wodze fantazji. Mamy sporo wyzwań scenograficznych i produkcyjnych, w tym scenę 30-osobowej orgii, którą musimy zrealizować z ograniczeniami koronawirusowymi (śmiech).

- Otoczyłem się jednak naprawdę wybitnymi współtwórcami. To taki "dream team" złożony z ekip "Bożego Ciała" i "Hejtera". Współpracuję między innymi z operatorem Radkiem Ładczukiem oraz Katarzyną Sobańską i Marcelem Sławińskim - scenografami "Zimnej wojny". Czasem się śmieję, że otoczyłem się ludźmi, którzy sprawią, że nawet jak ja coś zawalę, to i tak dalej będzie to dobry film. Przyzwyczaiłem się już do tego, że pracuję z ludźmi, którzy są lepsi i bardziej doświadczeni ode mnie, ponieważ mnie to motywuje. Szybciej się dzięki temu uczę. I już nie mogę się doczekać startu zdjęć!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Pacewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje