Reklama

Mateusz Pacewicz: Musiałem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę

Mateusz Pacewicz na spotkaniu z twórcami filmu "Boże Ciało" w kinie Iluzjon w Warszawie (29 stycznia 2020)

To się udało. Z filmem mogą utożsamić się zarówno osoby wierzące, jak i niewierzące.

Reklama

- Nie miał to być kolejny film antagonizujący widzów. Nie chcieliśmy też pokazać, że społeczność z prowincji jest idealna, ale zasugerować różne perspektywy. Wszystko wskoczyło na właściwe miejsce w momencie, w którym pojawił się temat wypadku i społeczności podzielonej tym wypadkiem. To dało mi możliwość, by z każdą z postaci się utożsamić, nawet z graną rewelacyjnie przez Aleksandrą Konieczną Kościelną, która jest dla mnie osobiście postacią bardzo odległą. To jest właśnie niesamowite w kinie, że możesz poznać i zrozumieć kogoś, z kim w realnym świecie nie byłbyś w stanie znaleźć wspólnego języka.

Czy jakaś reakcja na "Boże Ciało" cię zaskoczyła?

- Ciekawe dla mnie było to, że po projekcjach podchodziły do mnie osoby o skrajnie różnych poglądach, by podziękować mi za ten film. Pamiętam sytuację, gdy w Kanadzie podeszła do mnie najpierw kobieta z Teksasu mówiąc, że dziękuje za żarliwą obronę chrześcijaństwa przed liberalnym atakiem. Była przekonana, że "Boże Ciało" to obrona Jezusa Chrystusa. Czułem się przez ten moment bardzo nieswojo. Po czym podszedł do mnie Polak mieszkający w Kanadzie i przedstawił się jako członek społeczności LGBTQ. Powiedział, że mieszka w Kanadzie, bo ma dość polskiej katolickiej zaściankowości i dziękuje, że ten film tak obnaża, jaka ta Polska jest pełna hipokryzji, a katolicyzm wykluczający. Zachował się dokładnie, jak ta kobieta przed nim, ale w całkiem innym kierunku. Poczułem się z tym równie źle.

- To absolutnie nie miał być film, który miałby atakować którąkolwiek stronę. Wydaje mi się, że nawet jeśli jako twórca chcesz wbić szpilę, to nie po to, by zaatakować. Często robisz to z miłości. Jeśli kochasz swój kraj, to powinieneś go najsurowiej krytykować. To moim zdaniem obowiązek twórcy - jeżeli kocha jakieś aspekty swojej tożsamości, powinien patrzeć na nie najbardziej krytycznie. Dopiero gdy po tej projekcji wróciłem do mojego airbnb, poczułem prawdziwą euforię, że udało nam się zrobić film, który nie ma jasnego przekazu. Widzowie wychodzą z niego z kompletnie innymi pomysłami dotyczącymi naszych intencji. To jest super. Jeżeli chcesz opowiedzieć jakąś historię, to idealnym rezultatem jest film, który nie zajmuje strony.

Przy "Sali samobójców. Hejterze" zmierzyłeś się z równie dużym, jeśli nie większym wyzwaniem. To brutalny, przerażający film, która pozostawia widza w kiepskim stanie. Czy dla ciebie pisanie scenariusza było równie trudne?

- Zdaję sobie sprawę, że mam fantastyczną pracę i nie powinienem narzekać, ale faktycznie było to spore obciążenie. Często myśli się o pisaniu scenariusza w kategoriach rzemieślniczych, że jest to po prostu rozpisanie historii. To jednak dużo bardziej skomplikowana sprawa - między scenarzystą, a opowiadaną historią tworzy się relacja. My z reżyserem Jankiem Komasą przeszliśmy podobną drogę z głównym bohaterem "Hejtera" - Tomkiem. Przez jakiś czas mieliśmy mroczną fascynację nim. Czułem, że to bohater którego bardzo się boję i nie chciałbym go spotkać na swojej drodze, ale też byłem w stanie go zrozumieć. W którymś momencie, chyba tuż przed rozpoczęciem zdjęć, poczułem coś odwrotnego. Uświadomiłem sobie, że ja w zasadzie już Tomka nienawidzę. Chciałem ograniczyć kontakt z nim do minimum. I pamiętam, jak siedzieliśmy z Jankiem przed podglądem na planie filmu, obserwując scenę epilogu, w której na twarzy Tomka pojawia się lodowaty uśmiech. Janek spojrzał na mnie i powiedział "udusiłbym go". Mieliśmy obaj dosyć tego bohatera.

Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Pacewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje