Reklama

Mateusz Pacewicz: Musiałem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę

Mateusz Pacewicz na spotkaniu z twórcami filmu "Boże Ciało" w kinie Iluzjon w Warszawie (29 stycznia 2020)

Tym bardziej, że ty ponoć nigdy nie planowałeś zostać scenarzystą...

Reklama

- Są ludzie, którzy najpierw decydują, że chcą być na przykład reżyserem czy aktorem, i zazwyczaj pracują w tym kierunku, by to osiągnąć, natomiast do mnie przyszło to samo - nie marzyłem o byciu scenarzystą. Dlatego na początku unikałem tego słowa i często mówiłem, że "teraz piszę scenariusz", "teraz piszę drugi scenariusz". To specyfika tego zawodu, bo taki pilot czy nauczyciel nie może powiedzieć, że "on raczej nie czuje się pilotem czy nauczycielem". W twórczości jest nieco inaczej. Jak myślisz o sobie w kategoriach scenarzysty, zastanawiasz się od razu, jakim chcesz być scenarzystą. Hollywoodzkim czy polskim? Komercyjnym czy artystycznym? To trochę mylące, nieadekwatne kategorie. Wszystko sprowadza się do jednego - czy historia nad którą pracujemy, porusza w nas jakąś strunę. Jeśli tak, to jesteśmy w domu. Brak łatki i definicji w pracy twórczej pomaga, a nie przeszkadza.

Jak na debiutanta wziąłeś jednak na barki trudny temat - wiarę. W Polsce wszystko, co dotyka Kościoła budzi wiele emocji. Mogłeś sobie narobić wrogów!

- Tyle że nic nie sprawia mi większej satysfakcji, jak fakt, że ktoś o odmiennym światopoglądzie niż mój odnalazł się w opowieści, którą stworzyłem. To nie oznacza, że musi mu się podobać zachowanie głównego bohatera. Może być nawet na niego wściekły. Ważne, że film go otworzył, wywołał emocje i widz wyszedł z pytaniami, które sprawią, że będzie myślał inaczej. Gdy zastanawiam się, czym jest dla mnie film, to właśnie konfrontacją widza z niewygodnymi pytaniami. Sztuka polega na tym, by pisać w sposób niewygodny także dla samego siebie - bo tylko wtedy może to być niewygodne dla widza. Żeby pisać wygodnie dla siebie i niewygodnie dla wszystkich innych, trzeba być chyba takim ewenementem jak Lars von Trier...

Dlaczego "Boże Ciało" było dla ciebie niewygodnym filmem?

- Ponieważ jestem ateistą, a "Boże Ciało" to film głęboko religijny. Nie musi być tak odczytywany, ale może. Pamiętam, że po premierze filmu miałem bardzo specyficzną rozmowę. Przyjechał na spotkanie ze mną zachwycony "Bożym Ciałem" teolog grecki. Był przekonany, że jestem osobą głęboko wierzącą i stąd te wszystkie nawiązania do Biblii, których doliczył się w filmie kilkadziesiąt. Był na mnie wściekły, gdy mu powiedziałem, że jestem ateistą. Krzyczał do mnie po angielsku z takim mocnym akcentem: "Why don't you take the leap of faith?" - czemu bronisz się przed Bogiem? To była bardzo surrealistyczna sytuacja. Nie spodziewałem się, że napiszę film i przyleci do mnie Grek, krzycząc, bym uwierzył w Boga (śmiech).

Lecz nie da się ukryć, że z "Bożego Ciała" płynie duża fascynacja religią.

- Ja określam się ateistą katolickim. Brzmi to jak sprzeczność, ale uważam, że wiara, w której się dorasta jest formułująca dla osobowości. Chrześcijaństwo bardzo na mnie wpłynęło. To rodzaj bagażu, który nie zawsze jest pozytywny. Często narzuca nam pewne wzorce. Z drugiej strony w przeciwieństwie do moich rodziców, którzy są głębokimi ateistami, ja zawsze miałem w sobie fascynację religią. Jeździłem na wycieczki tylko po obiektach sakralnych i miejscach kultu. To wszystko, łącznie z moją pracą reporterską ("Kazanie na dole" i jego fragment "Kamil, który księdza udawał") sprawiło, że chciałem napisać ten film. Religia była i jest dla mnie zjawiskiem ambiwalentnym - fascynuje mnie, ale mam do niej dystans. Taką samą postawę jako twórcy przyjęliśmy przy pracy nad "Bożym Ciałem" - miała to być perspektywa nieoceniania historii, którą opowiadamy.

Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Pacewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje