Reklama

Marzena Trybała: Ważne jest tylko zdrowie

"Marzę dziś o tym, żeby wszyscy moi bliscy (i ja sama) byli zdrowi. Z resztą sobie poradzimy" - mówi Marzena Trybała

Żałuje pani, że zrezygnowała z roli w "Krajobrazie po bitwie" (1970) Andrzeja Wajdy?

Reklama

- Nie. Widocznie tak musiało być. Szklanka u mnie zawsze jest do połowy pełna. Wiedziałam, że w scenariuszu jest scena, gdzie zmarła Nina leży, a Tadeusz (Daniel Olbrychski) rozpacza przy jej nagim ciele. Kiedy znalazłam się na planie w tłumie ludzi, którzy w niewybredny sposób komentowali przebieg zdjęć, uświadomiłam sobie, że nie dam rady... Byłam za młoda i zbyt głupia, by pójść do reżysera i powiedzieć: - Proszę mi pomóc przebrnąć przez tę scenę, bo w tej chwili mam ochotę zabrać się i uciec. Nastąpiła przerwa w zdjęciach. Pan Andrzej zastanawiał się, co robić, a ja nie zdawałam sobie sprawy, że mógł to być mój pierwszy i ostatni kontakt z planem filmowym. Rolę Niny ostatecznie zagrała Stasia Celińska. Była znakomita.

A pamięta pani jakieś zabawne zdarzenia z planów filmowych?

- Uwielbiałam się przekomarzać z Janem Łomnickim, kiedy kręciliśmy "Rzekę kłamstwa" (1987). Przyszło mi grać dużo starszą ode mnie Wincentę, musiałam więc poddać się charakteryzacji. Błagałam panią Ewę,  charakteryzatorkę, żeby nie robiła mi zmarszczek klejem, bo jestem uczuleniowcem. Ale reżyser był nieugięty. Argumentował, że większość aktorek dla mniej ciekawych ról poddałoby się znacznie gorszym zabiegom. Na próbę położyli mi klej na jedno oko, które oczywiście spuchło. Wyszło więc na moje i musieli postarzyć mnie szminkami. Potem w jednej ze scen miałam się kąpać w drewnianej balii, ale nikt nie wpadł na to, że dzień wcześniej trzeba było ją namoczyć, żeby była szczelna. Gdy historia z przeciekającą wodą powtórzyła się w ciągu dwóch dni, pan Jan się obraził i na piechotę poszedł do domu. Mimo próśb ekipy nie zawrócił ani nie wsiadł do taksówki. Machał tylko rękami i szedł dalej. Dopiero po kilku kilometrach udało mu się rozładować stres.

Do której ze swoich bohaterek jest pani podobna?

- W pewnym sensie wszystkie coś ze mnie mają. Lubiłam grać Wincentę. Poza tym, że prawdopodobnie podtruwała kolejnych mężów, jest do mnie całkiem podobna. (śmiech)

Na co dziś stawia pani w filmie?

- Nie interesuje mnie już granie dla grania. Czekam na role, które zainteresują mnie na etapie scenariusza, dadzą szansę osobistego wypowiedzenia się, będą inne od tego, co grałam dotąd. Szkoda czasu na powielanie tego, co już było.

Traktuje pani zawód jak misję?

- Nie na darmo nazywa się aktorów lekarzami duszy. (śmiech)

Dowiedz się więcej na temat: Marzena Trybała

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje