Mariusz Jakus: Strasznie przeklinam

Mariusz Jakus /Justyna Rojek/DDTVN /East News

Mariusz Jakus opowiada o tym, co by zrobił, gdyby miał dużo pieniędzy, dlaczego klnie i co myśli o serialowych policjantach.

Reklama

W serialu "Ślad" gra pan mocno niepokornego policjanta.

Mariusz Jakus: - Na początku rzeczywiście mamy z szefową różne zdania na temat skuteczności pracy policji. Ale potem dogadujemy się, zresztą nasze drogi się rozchodzą, mamy swoje ekipy, spotykamy się sporadycznie - przynajmniej na razie, bo nie wiem, co będzie potem. Wszyscy jeszcze się docieramy, różne wątki też pewnie będą się rozrastać. Póki co to początek, a wiadomo, że początki są trudne, trzeba to jakoś rozruszać. To bardzo ciężka i czasochłonna praca od rana do wieczora.

Który to pana policjant w karierze?

- Nigdy nie liczyłem, ale trochę ich było. U samego Okiła Khamidowa drugi, bo przecież przed laty grałem u niego w "Fali zbrodni".

Ma pan przez to fory u policjantów?

- Czasami bywało, że patrzyli przez palce, ale ja też jeżdżę bezpiecznie i tych wykroczeń znowu tak dużo nie było. Z reguły kończyło się na pouczeniu i niech tak zostanie.

Reklama

Czy do tej roli musiał się pan jakoś specjalnie przygotować?

- Stawiam raczej na intelektualną pracę, przesłuchania, raporty, nie ma jakiejś akcji, nie biegam z pistoletem po mieście. I dobrze, bo ja zawsze czuję w tym jakiś wygłup i coś niestosownego. Nagle dorosły facet przyczepia sobie do paska sztuczny pistolet, biega i kogoś udaje. Tym bardziej, że w naszej rzeczywistości filmowo-serialowej środki są mocno ograniczone, co jeszcze podkreśla śmieszność i atrapowość sytuacji.


- Być może to jest tak, że ja wyglądam na człowieka twardego, ale proszę mi wierzyć, zawsze w swoich rolach policjantów miałem na uwadze jedną rzecz - nie grać policjanta! Moim celem jest po prostu zagranie człowieka, który chce się dowiedzieć czegoś od drugiej osoby. Chce dojść do sedna sprawy żmudną, policyjną robotą, która nie ma nic wspólnego z ogólnym wyobrażeniem pracy policjanta. Mój bohater myśli, analizuje i wyciąga wnioski. Bez groźnych min, krzyków i gnata przy pasku.

Nie przepada pan za graniem w serialach, więc co pana ujęło w "Śladzie"?

- Zgodziłem się w nim zagrać, nawet nie czytając scenariusza. Telefon od Okiła - z którym się wiele lat nie słyszałem, ale którego bardzo cenię nie tylko jako człowieka telewizji, ale też jako niezwykle skutecznego biznesmena - wystarczył. Zresztą, granie w serialu to nie jest kwestia tego, czy to lubię, czy nie. Aktorstwo to mój zawód - trzeba wyjść na plan i dobrze wykonać swoją robotę.

Rok temu przeprowadził się pan do Warszawy i miał pan wtedy nadzieję, że uda się panu zmienić wizerunek "złego", z którym się pan kojarzy. Udało się?

- Moja przeprowadzka do Warszawy nie miała nic wspólnego z chęcią zmiany wizerunku, którego i tak łatwo nie zmienię, bo to nie ode mnie zależy. Choćbym nie wiem gdzie się wyprowadził, to jeśli będę dostawał takie właśnie role, to nic się nie zmieni. W Łodzi spełnienie artystyczne dawał mi teatr. Mam nadzieję, że tu, we Współczesnym, będzie podobnie. W Warszawie jestem dopiero jeden sezon, zagrałem tylko w jednym przedstawieniu, ale za to w hicie: "Psim sercu" w reżyserii Macieja Englerta. Gramy tego co niemiara i wciąż się podoba. W filmie nie liczę na zbyt wiele. Nie chcę tu wykazać się pogardą dla tej gałęzi naszej pracy, ale naprawdę reżyserzy obsadzają po linii najmniejszego oporu - sprawdził się kiedyś, to go bierzemy. Nie ma cienia refleksji, czy próby dotarcia gdzieś głębiej, choćby ze zwykłej ciekawości, żeby zobaczyć, co tak naprawdę w kimś siedzi. Innego niż mogłoby się wydawać.

A pana samego nie korci, żeby coś takiego zaproponować?

- Korciło, ale niby komu mam to proponować? Póki co mogę zrobić tylko jedno - rezygnować z takich samych ról. Ale realia są, jakie są. Trudno byłoby mi odmówić zagrania policjanta w "Śladzie", skoro ten projekt jest zamierzony na lata. Ja z tego żyję, to nie jest takie proste, jakby się wydawało. Gdybym żył w innej rzeczywistości geograficzno-kulturowej, to bym zagrał jedną dużą rzecz, wziął kupę pieniędzy i powiedział do proponujących takie same role: "Pocałujcie mnie w d...!"

Przeczytałam komentarze pod jednym z wywiadów, w których mówił pan o tym, że ten wizerunek pana nudzi. Jeden chłopak napisał, że pana osobiście poznał, że jest pan bardzo miły, kulturalny, rodzinny, hoduje zwierzęta...

- No tak, mam psa, bardzo wiekowego jamnika Cyryla. Chomika miałem, ale dawno temu, tak samo jak i kota. Ale chociaż cała nasza czwórka uwielbia zwierzęta, to ich posiadanie przy tych naszych wszystkich rozjazdach to jednak kłopot. Postanowiliśmy, że jak już Cyryl wywędruje do psiego raju, to zrobimy sobie przerwę.

To ja jeszcze dokończę cytat, bo najbardziej ujęło mnie ostatnie zdanie tego fana: "I wcale nie klnie"!

- Ja?! Może akurat wtedy tak się - nie wiedzieć z jakiego powodu - złożyło. Ale ja przeklinam strasznie, mało tego - bardzo to lubię i czasami muszę się powstrzymywać. Wcale nie dlatego, że się wstydzę, tylko że byłby to jeden bluzg i nikt nie wiedziałby, o co chodzi. Ale muszę powiedzieć, że widzowie nawet sobie nie zdają sprawy, jaką niektóre przesympatyczne i laleczkowate nasze gwiazdki potrafią puścić wiązankę!

Pana bohater jest dość "wyrywny" i uważa, że stare metody pracy są najlepsze. Zdarzyło się panu prywatnie też mało pokojowo załatwić sprawę?

- Raczej nie, nie przypominam sobie takiej sytuacji... Jeśli łamię prawo, to jedynie w samochodzie, kiedy zdarzy mi się przekroczyć prędkość. Wbrew wizerunkowi jestem spokojnym człowiekiem. Może dlatego, że w pracy sobie odbijam, kiedy przychodzę do domu, to już mi się nic nie chce i raczej wolę spokój. Ale mnie się przydarzyła niemiła sytuacja. Po tym, jak zagrałem w "Samowolce", w knajpie dwóch wypitych panów chciało się sprawdzić z filmowym "Tygrysem". To wcale nie było drobna sprzeczka, bo wylądowałem po niej w szpitalu, miałem uszkodzoną przegrodę nosową. No cóż, ludzie są bardzo różni, niektórzy stoją z aparatami przed wejściem, a inni posiłkują się kieliszkiem i ruszają do bójki, żeby potem mieć co opowiadać na rodzinnych spotkaniach.

To lepiej przejdźmy do sportu - wiem, że startuje pan w maratonach...

- Tak, mam 7 czy 8 na koncie. Ale teraz mam problem z nogą i w związku z tym maratony muszą poczekać. Ale tylko maratony, bo takie przebieżki 10-15 km to spokojnie robię.

Czyli pytanie o to, czy zamierza pan wystartować w triathlonie, mija się z celem.

- W triathlonie moim najsłabszym ogniwem pewnie byłoby pływanie, bo te 4 kilometry to dla mnie spore wyzwanie. Myślałem o tym, nawet nie o pełnym, ale jakimś skróconym dystansie. Mam dopiero 50 lat, więc jest jeszcze trochę czasu.

Ewa Gassen-Piekarska

Dowiedz się więcej na temat: Mariusz Jakus

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje