Magda Gessler: W domu chcę być gejszą

Magda Gessler lubi być otoczona ludźmi i nigdy nie narzeka na nadmiar pracy. A miłość do gotowania przekazała dzieciom w genach

Uwielbiam ludzi. Nie zdarzają się dni, kiedy jestem sama - twierdzi Magda Gessler

Jest jedną z najbardziej kolorowych postaci w show-biznesie. Na planie "Kuchennych rewolucji" rzuca "mięsem", talerzami i ustawia wszystkich do pionu. Okazuje się, że pełna energii mistrzyni kuchni w domu jest - jak wyznaje - pokorną gejszą nastawioną na potrzeby swojego mężczyzny.

Reklama

"Kuchenne rewolucje", "MasterChef", prowadzenie restauracji i inne angażujące projekty. Nie ma pani czasem ochoty wyskoczyć z tego pędzącego pociągu?

Magda Gessler: - Zatrzymuję się na różnych stacjach, wobec czego ta podróż jest różnorodna i ciekawa. Postoje są na ogół krótkie, ale są. Tempo mojemu życiu nadaje praca. Mam na szczęście ten przywilej, że kocham to, co robię, więc aż tak bardzo nie ubolewam, kiedy kolejny dzień jest wypełniony nagraniami, spotkaniami itd. Umiem zorganizować sobie czas wolny tak, aby nawet kilka dni dawało mi wielką satysfakcję i regenerację.

Chce pani czasem odpocząć od ludzi?

- Ależ ja bardzo lubię ludzi i nie mam potrzeby od nich odpoczywać. Proszę mi wierzyć, ale zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym nie zdarzają się dni, kiedy jestem sama. Uwielbiam spotykać się z przyjaciółmi i wspólnie biesiadować przy pysznym jedzeniu. Rozmawiać, dowcipkować, planować... Ludzie dają mi energię, dobry humor. Życie w samotności byłoby koszmarem.

Dom jest dla pani taką oazą, w której może pani przez chwilę pobyć sama?

- W domu przebywam bardzo rzadko, nad czym bardzo ubolewam, ale tam zawsze czeka na mnie moja zaprzyjaźniona gosposia i mój ukochany przyjaciel - pies Miro. Raz jeszcze podkreślę, że jestem zwierzęciem stadnym i potrzebuję ludzi jak powietrza. To nie cisza mnie uspokaja, lecz miłe towarzystwo ludzi, których kocham, z wzajemnością. A jeśli przy okazji znajdujemy się w bliskim mi miejscu, takim jak dom, to już jest fenomenalnie.

Jak wygląda pani urlop?

- W tym roku - w Kanadzie, z moim kochanym mężem Waldemarem. Wynajęliśmy piękny dom, żeby przez dwa tygodnie cieszyć się wolnym czasem i swoim towarzystwem. Uwielbiam wodę: dużo pływam wpław, ale także łódką, na rowerze wodnym. Słucham muzyki, tańczę, gotuję, rozpieszczam męża i unikam słońca.

I wtedy wreszcie może pani zmyć makijaż, założyć wygodne buty...

- Chyba pani żartuje! Dlaczego dla swojego męża mam być brzydsza niż dla TVN-u? (uśmiech). Lubię czuć się piękna dla samej siebie i dla Waldka, choć nie jestem jakąś zakładniczką "perfekcyjnego wyglądu". Sama pani wie, że zdarzało mi się wrzucać na Instagrama zdjęcia bez make-upu... Kobieta ma wiele twarzy, a mąż zna je wszystkie!

Akceptuje pani siebie?

- Oczywiście! Nie mam żadnego problemu z upływającym czasem czy zmianami, które są naturalną koleją rzeczy. Takie jest życie. Składa się z różnych etapów. Trzeba nauczyć się czerpać z nich na maksa. Czasem niektórzy budzą się za późno i ubolewają, że życie im minęło i nie zrobili tego, o czym marzyli...

Powiedziała pani kiedyś, że jest pani zwolenniczką tradycyjnego podziału ról, co spotkało się z niezrozumieniem, a wręcz jawną krytyką feministek.

- Jestem odporna na krytykę. Muszę przyznać, że nigdy nie spotkałam się z tym, żeby ktoś źle mnie potraktował z racji tego, że jestem kobietą, wobec czego nie potrafię sobie tego wyobrazić, że ktoś może mieć z tym problem. Nie oszukujmy się, ale na poziomie biologii różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną są ewidentne. Ja nie jestem przeciwniczką feminizmu, ja tylko twierdzę, że paradoksalnie niektóre hasła wyrządzają wiele szkód. Począwszy od tego, że odebrałyśmy mężczyznom odpowiedzialność za rodzinę i postanowiłyśmy same być sterem, żeglarzem i okrętem. Nic dziwnego, że taki mężczyzna czuje się niepotrzebny, wycofany, a w skrajnych przypadkach zwija manatki i znajduje sobie kobietę, która daje się sobą zaopiekować.

I tu zastanawiam się, jak taka silna, niezależna kobieta potrafi zbudować dobrą relację?

- W domu jestem gejszą: pokorną, wyciszoną, nastawioną na potrzeby mężczyzny. Nie robię awantur, nie obrażam się, nie stroję fochów, które dla wielu kobiet są narzędziem manipulacji. I bardzo mi to odpowiada.

Jaka jest pani recepta na stworzenie trwałej i zdrowej relacji?

- Być sobą. Niczego nie udawać, bo wcześniej czy później prawda, podlana sosem poczucia krzywdy, zatruje najlepszy związek. Doskonale sprawdzają się zasady francuskiego dworu: pewnego rodzaju powściągliwość i tajemnica, która jest najlepszym afrodyzjakiem. To bardzo trudne, biorąc pod uwagę mój południowy temperament, ale ostatnio mi się udaje.

Pozostając przy relacjach damsko-męskich. Jak się pani czuje w butach teściowej?

- Najważniejsze to dawać młodym ludziom, budującym związek, przestrzeń do tworzenia własnej tożsamości. Doskonale się rozumiemy, wspieramy, kochamy, ale niczego sobie nie narzucamy.

Z pełnym przekonaniem można powiedzieć, że zaszczepiła pani w swoich dzieciach miłość do dobrych smaków. Nie wszyscy wiedzą, że pani syn Tadeusz również odniósł sukces na tym polu.

- Jest twórcą takich konceptów kulinarnych, jak Aioli, Orzo czy Stop.cafe na stacjach Orlenu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że jest dla mnie jednym z kulinarnych guru. Uwielbiam się go radzić, słuchać jego wizji, koncepcji. W tej chwili przebywa w Madrycie i jest prawą ręką jednego z najlepszych szefów kuchni, zdobywcy gwiazdki Michelina. Cieszy mnie, że zarówno Lara, jak i Tadeusz cały czas są głodni wiedzy. Ich szerokie horyzonty wykraczają poza Polskę.

Trudno jest dzielić rodzicielską miłość po równo?

- Miłości nie da się zracjonalizować. Działam intuicyjnie i jestem na nich otwarta. Lara i Tadeusz są kompletnie z różnych światów, co traktuję jako wielki dar.

Obserwując te dwa światy, czuje pani dumę?

- Wzruszenie - jest czymś więcej niż dumą.

Rozmawiała Ola Siudowska.

Dowiedz się więcej na temat: Magda Gessler

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje