W drugim materiale z mojego autorskiego cyklu "W kadrze" na pierwszy plan wysuwa się aktor, o którym już od dawna mówi się jako o "objawieniu polskiego kina".
Hugo Tarres, bo o nim mowa, sam podchodzi do tego określenia z dużym dystansem, zauważając, że co chwilę pojawiają się osoby, o których można powiedzieć dokładnie to samo. I ja się z nim zgadzam. Ale niezależnie od tego uważam, że Hugo to jedna z tych osób w polskim kinie (a teraz i na scenie), na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę.
Tarres urodził się 8 lutego 2004 roku w Warszawie. Ma polsko-hiszpańskie korzenie. Szerszą rozpoznawalność przyniosła mu seria "Piep*zyć Mickiewicza", w której od pierwszej części wciela się w postać Dantego - młodego, wrażliwego, ale też niepokornego chłopaka z dużym bagażem doświadczeń. Obecnie studiuje aktorstwo dramatyczne w Akademii Teatralnej w Warszawie.

Jak dotąd role 22-latka można uznać za same "złote strzały". Serię "Piep*zyć Mickiewicza" pokochały setki tysięcy nastolatków w Polsce, o czym świadczą świetne wyniki - najpierw w kinach, a później również na streamingu. W bardzo młodym wieku Hugo Tarres otrzymał także angaż do tytułowej roli w spektaklu "Hamlet" w Teatrze Narodowym w Warszawie, za którą został nagrodzony Nagrodą Sekcji Krytyków Teatralnych ZASP im. Andrzeja Nardellego.
W ostatnim czasie coraz mocniej stawia również na karierę muzyczną, choć z muzyką związany jest od lat. Najpierw jako członek zespołu Sweeper, a dziś jako solista. W ramach programu Spotify RADAR Polska Hugo Tarres wystąpi tego lata na debiutującej SCENIE MŁODYCH podczas trasy Męskie Granie 2026. Jako najnowszy artysta objęty programem dołącza do grona najbardziej obiecujących młodych twórców polskiej sceny muzycznej, prezentując publiczności swoje autorskie brzmienie.
Z tej okazji porozmawiałam z Hugo o jego dotychczasowej karierze, planach i marzeniach.
Hugo Tarres o roli Hamleta. "Trudno mi oddzielić siebie od niego"
Justyna Miś, Interia: Jak się czujesz z określeniem "objawienie młodego pokolenia polskiego kina"?
Hugo Tarres: - Mam do tego dystans. To znaczy bardzo mi miło, że ktoś tak mnie widzi, ale czy ja sam siebie tak traktuję? Kiedy wstaję rano, to raczej nie myślę o sobie jako o objawieniu polskiego kina. [śmiech] A odpowiadając już zupełnie poważnie na twoje pytanie - wydaje mi się, że przed nami jeszcze dużo objawień naszego pokolenia. To tylko kwestia czasu, aż kolejne osoby pokażą się w najlepszym świetle.
Jesteś najmłodszym Hamletem w historii polskiego teatru. To bardziej zaszczyt czy ciężar? Czy w tej drodze towarzyszyły ci jakieś obawy?
- Na pewno był to wielki strach i obawa, czy w ogóle podejmę tę rękawicę. Chociaż właściwie to nie miałem wyboru, po prostu zostałem przydzielony do tego zadania. Z dobrym partnerem da się zrobić wszystko. Jan Englert jest właśnie takim dyrygentem wysokiej klasy, więc w tym sensie się nie obawiałem. Pracowaliśmy już wcześniej razem na studiach, na zajęciach, więc wiedziałem, że praca z tą grupą będzie fantastyczna. Zresztą ten spektakl z każdą próbą wznowieniową jeszcze dorasta, dojrzewa, kwitnie.

Jaki jest twój Hamlet?
- To zwykły chłopak, piękny umysł. Urodził się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Wielki potencjał na dobrego człowieka, który znajduje się w tak okrutnych okolicznościach, że właściwie nie daje mu to nadziei na jakiekolwiek dobre rozwiązanie. To jest tragiczna postać. Nie chcę zresztą opisywać Hamleta wyłącznie jako bohatera literackiego. Samo obsadzenie mnie w tej roli - jeszcze kiedy miałem 20 lat - już daje pewien azymut interpretacyjny. Obsadzanie dwudziestolatka jako Hamleta coś mówi o tym bohaterze. Ten chłopak jest po prostu bardzo młody i to jest chyba najważniejsze. To wszystko tak bardzo się zmienia… Trudno mi oddzielić siebie od niego. To jest dla mnie bardzo ważna postać.
W jednym z wywiadów mówiłeś, że twoim marzeniem jest krakowska Akademia Sztuk Teatralnych. Wybrałeś Akademię Teatralną w Warszawie. Dostałeś się do obydwóch, więc dlaczego wybór padł akurat na Warszawę?
- Całe życie chciałem studiować w Krakowie. Natomiast w "Hamlecie" pojawia się temat intuicji człowieka. Pada tam takie sformułowanie, że "nieraz nagły odruch przyniesie większy pożytek niż skrzętnie obmyślone plany". Wydaje mi się, że u mnie było podobnie. To był bardzo spontaniczny, zupełnie irracjonalny wybór. Kierowałem się emocjami. Po prostu w tej szkole, na ulicy Miodowej, poczułem ducha teatru. To jest bardzo subiektywna i emocjonalna sprawa. Całe życie marzyłem o Krakowie. Zresztą Kraków ma fantastyczną szkołę, moi znajomi po krakowskiej Akademii są cudowni. Po prostu u mnie to była bardzo spontaniczna decyzja.
Jak oceniasz swój wybór po czasie?
- Trudno tworzyć scenariusze pod tytułem "co by było, gdyby", bo wtedy powstaje jakiś gigantyczny efekt motyla. Ciężko powiedzieć. Podjąłem taką decyzję i nie ma sensu zastanawiać się, co by było, gdybym był w Krakowie. Mogę powiedzieć, czego by nie było. Nie byłbym teraz w Teatrze Narodowym.
Czy doszło już u ciebie do zderzenia z brutalną rzeczywistością tego zawodu?
- Miałem szczęście, że ktoś już na samym początku studiów powiedział mi, żebym od razu zaczął pracować. To jest oczywiście przywilej i rzadkość, ale u mnie to się akurat bardzo dobrze złożyło. Zostałem i nadal jestem dobrze poprowadzony przez mojego agenta. Natomiast obecnie mam bardzo głębokie poczucie, że ten zawód jest niestabilny. Można sobie zakładać różne plany, tworzyć ścieżkę kariery, ale los i tak potrafi płatać takie figle, że niczego nie da się do końca zaplanować. To jest niestety trochę wbrew mojej naturze pracoholika. [śmiech] Nie jesteśmy na Zachodzie, gdzie można przygotowywać się rok do filmu. Ten zawód jest po prostu kompletnie niestabilny. Samo to, że dostajesz rolę, jeszcze nic nie znaczy. Dopóki naprawdę nie staniesz na planie, to po prostu nie masz pracy.
Przechodząc do tematów muzycznych. Czy możesz pokrótce wyjaśnić, czym jest RADAR Spotify?
- Spotify poprzez RADAR prezentuje nowych artystów, którzy jeszcze nie są aż tak znani. Daje im swoją platformę oraz szansę, by ludzie mogli o nich usłyszeć. Mam wrażenie, że wszyscy artyści, którzy byli wcześniej w RADARze, radzą sobie dziś fantastycznie i że ten program naprawdę im pomógł. Bardzo się cieszę, że mogę być jego częścią. To jest dla mnie pewien zaszczyt. Przecież jestem aktorem - i to aktorem dramatycznym - a nie muzykiem z wykształcenia. Ktoś jednak postanowił dać mi szansę. Ogromnie to doceniam.
Ale muzyka towarzyszy ci już od kilku dobrych lat.
- Tak, muzyka od zawsze była ze mną. Nagrywałem też na SoundCloudzie, bo jestem jeszcze z tego "pokolenia soundcloudowego". Wrzucałem tam jakieś pierwsze single, demówki. To oczywiste, że ludzie kojarzą mnie stricte z kinem i teatrem, bo tym zajmuję się profesjonalnie. Natomiast muzyka była obecna od zawsze. Jest dla mnie formą wyrazu i mam nadzieję, że ludziom to nie umknie. Miałem oczywiście też inne zajawki, ale te dwa filary zawsze były obecne i cały czas się ze sobą łączyły. To nigdy nie było po prostu "aktorstwo" i osobno "muzyka". Nawet teraz, kiedy myślę o pisaniu tekstów, traktuję to trochę jak teatr albo film. Mój najnowszy singiel, który wyjdzie za dwa tygodnie, jest moim zdaniem sceną filmową. I to mnie najbardziej jara - opowiadanie historii. Tym właśnie zajmuję się profesjonalnie.
A jak pochodzisz do musicali?
- Debiutowałem w "Romeo i Julii" w Teatrze Muzycznym "Capitol" we Wrocławiu. To bardziej spektakl muzyczny niż musical. Reżyserował go mój obecny dyrektor, Jan Klata. Gram tam Merkucja, mam nawet swoją piosenkę, jest też płyta, więc to już od dawna gdzieś się przewijało. Teatralnie wolę role dramatyczne, bo skończyłem aktorstwo dramatyczne, a nie Wydział Wokalno-Aktorski, a to jednak trochę determinuje kierunek artystyczny.
Co cię inspiruje w muzyce? Jakich wokalistów, zespołów słuchasz? Jakie są twoje ulubione gatunki?
- Zawsze mówię, że uwielbiam hip-hop i że hip-hop będzie ze mną już zawsze. To chyba dlatego, że wywodzę się z takiego towarzystwa z Śródmieścia, z którym chodziliśmy na wagary, na kawę, a po drodze freestyle'owaliśmy na ulicy. Z tego samego towarzystwa wywodzi się na przykład Kosma Król, który teraz podbija scenę hip-hopową. My z moimi przyjaciółmi też po prostu robiliśmy bitwy freestyle'owe i to zawsze będzie częścią mojego DNA. Natomiast to kompletnie nie przekłada się to na moją twórczość. Ja głównie słucham alternatywy. Jestem też dosyć rockowy, lubię indie, lubię alt-pop. Wszystko, co ma jakąś treść i co mnie dotyka. Nie wiem, czy chciałbym się ograniczać do konkretnych gatunków. Z drugiej strony nie lubię też, kiedy ktoś na pytanie "czego słuchasz?" odpowiada po prostu: "wszystkiego". Trzeba mieć jakiś konkret. Ale faktycznie jest coś takiego, że jeśli muzyka ma treść i coś do przekazania, to i tak do ciebie trafi. Nieważne, czy to heavy metal, hip-hop, pop czy cokolwiek innego.
Myślę, że zarówno w muzyce, jak i w aktorstwie tekst jest ważny. W muzyce to słowa piosenki, a w aktorstwie to scenariusz.
- Chociaż nie wiem, czy dziś aż tak dużo osób słucha tekstów. Przez globalizację i amerykanizację kultury jesteśmy bardzo wyczuleni na dźwięk, melodię, brzmienie. Dlatego pisanie po polsku jest bardzo trudne. Pierwszym odruchem jest zastanawianie się: "co brzmi dobrze?", a nie "co jest w tekście?". Polski jest trudnym językiem do pisania, bo bardzo łatwo stworzyć po prostu paskudne wiersze. Trzeba więc myśleć o przystępności, a to często oznacza sklejanie zwrotów, które dobrze brzmią, są przystępne, nie mają za dużo spółgłosek.
Może pojawić się pokusa pisania tekstów czy muzyki pod TikToka. Żeby ten jeden fragment "zażarł". Przecież masa utworów wybiła się właśnie dzięki rolkom czy TikTokowi.
- To prawda, natomiast wydaje mi się, że krótkie formaty są super. Moje utwory zazwyczaj zamykają się w dwóch minutach trzydzieści albo coś koło tego. Uwielbiam krótkie formy. Mam takie poczucie, że jeśli nie masz więcej do powiedzenia, to po prostu nie mów. Nie ma sensu robić siedmiominutowych utworów, jeśli nie ma tam treści. A dobry trzyminutowy utwór to i tak jest naprawdę trudna rzecz.
Czy możesz podzielić się swoimi planami zawodowymi?
- Jeśli chodzi o plany muzyczne, to na pewno chciałbym jeszcze kilka rzeczy powypuszczać. Ten moment jest dla mnie ważny, bo eksperymentuję. Szukam swojego miejsca, sprawdzam, w czym mam największe środki wyrazu i gdzie odnajduję się najlepiej. To będzie jeszcze taki rozstrzał mojego szukania niż konkretnych deklaracji. Nie wiem jeszcze, czy wyjdzie z tego mixtape, EP-ka czy coś innego. Na pewno nie album, bo to dla mnie na razie zbyt szeroka forma. Ale jeśli pojawi się pomysł na album, to pewnie kiedyś powstanie.
A jeśli chodzi o marzenia? Jaką rolę byś chciał zagrać?
- Filmowo i serialowo pojawiają się różne rzeczy, ale wybieram dość świadomie. Interesują mnie teraz raczej małe rzeczy, drugie albo trzecie plany, ale takie, które są zupełnie sprzeczne z moim emploi, z moim wizerunkiem i z tym, jak ludzie zaczęli mnie postrzegać po "Piep*zyć Mickiewicza". Na przykład ostatnio grałem narkomana i to było zupełnie odległe od tego, co mam w sobie. Staram się brać rzeczy, które są daleko ode mnie i które pokażą: "ej, ja też tak potrafię".
A marzenia muzyczne?
- Na pewno chciałbym nagrać album, który byłby konsekwentny sonicznie. Dla mnie są takie płyty, do których nic nie możesz dodać i od których nic nie możesz odjąć. Dzieła kompletne. Nie puszczasz jednego numeru, tylko musisz przesłuchać całość. Bardzo jara mnie koncept siedmiu utworów zamkniętych w trzydziestu paru minutach, ale z pełną konsekwencją soniczną, konkretną treścią i opowieścią. Takim dobrym przykładem jest choćby "IGOR" Tylera, The Creatora. To jest zapętlona historia. Możesz słuchać całego albumu w nieskończoność, a nie tylko jednego numeru. Takie rzeczy mnie jarają. Moim marzeniem jest właśnie taka konsekwencja - soniczna i estetyczna. Chciałbym znaleźć środki wyrazu, które pozwolą opowiedzieć historię. Są takie albumy, które są po prostu kompletne. Ale do tego trzeba mieć przestrzeń, odpowiednich ludzi, skupienie i wizję. Dlatego teraz eksploruję, szukam środków wyrazu, instrumentów i przede wszystkim ludzi.












