Historia Bethany i jej wewnętrznych rozterek rozgrywa się na tle warszawskiej rzeczywistości. Pete Ohs - reżyser i główny twórca projektu - przez kilka lat mieszkał w Polsce, a sam film określa jako "list miłosny" do naszego kraju.
Fabuła "Erupcji" skupia się na Bethany, Brytyjce odwiedzającej Warszawę razem ze swoim chłopakiem, Robem. Ich wyjazd komplikuje się, gdy kobieta spotyka dawną przyjaciółkę Nel. Bethany zaczyna mierzyć się z poważnymi rozterkami. Z jednej strony ciągnie ją do dawnego życia w Warszawie, z drugiej wie, że powinna zostać przy ukochanym.
W głównej roli wystąpiła brytyjska gwiazda muzyki Charli XCX, a w postać Nel wcieliła się popularna polska aktorka - Lena Góra. Film kręcono latem 2024 roku, dokładnie w samym środku fenomenu "Brat Summer" (związane z wydaniem albumu "Brat" przez Charli XCX).
Pete Ohs dla Interii o filmie "Erupcja". "Odkryłem kraj tak kolorowy, pełen energii, piękny"
Mała ekipa, improwizowany scenariusz, jedna z największych współczesnych gwiazd muzyki w obsadzie. Pete Ohs w rozmowie z Interią opowiedział o kulisach pracy nad "Erupcją".
Justyna Miś, Interia: Dlaczego zdecydowałeś się osadzić akcję "Erupcji" w Warszawie?
Pete Ohs: - Mieszkałem w Polsce. Po raz pierwszy przyjechałem na American Film Festival do Wrocławia w 2021 roku. Potem wracałem tam jeszcze przez pięć kolejnych lat. Podczas tej pierwszej wizyty poznałem Polkę i zakochałem się. To było doświadczenie jak z filmu "Przed wschodem słońca". Przedłużyłem pobyt i pojechałem pociągiem do Warszawy. Tak zaczął się nasz związek na odległość, dla którego ostatecznie przeprowadziłem się do Polski pod koniec 2023 roku i mieszkałem tam przez cały 2024 rok, przygotowując "Erupcję". Bardzo inspirowało mnie to miasto i wiedziałem, że chcę nakręcić tam film.
Możesz opowiedzieć o procesie tworzenia scenariusza? Pracowaliście nad nim wspólnie w trakcie zdjęć.
- Tak, to prawda. Mam bardzo konkretny sposób pracy. "Erupcja" jest już piątym filmem, który nakręciłem tą metodą. Zaczynamy produkcję mając jedynie zarys historii, właściwie tylko połowę. Kiedy rozpoczynamy zdjęcia, nie wiemy jeszcze, jak film się skończy. To bardzo ekscytujący sposób pracy, bo dzięki temu wszystko pozostaje żywe, dzieje się tu i teraz. Dużo rozmawiam z aktorami o ich życiu, o postaciach, które grali wcześniej, i o rolach, które chcieliby zagrać. Dzielę się też własnymi pomysłami na film i właśnie z tych rozmów stopniowo powstaje zarys historii. Kręcimy chronologicznie - zwykle trzy sceny dziennie przez dwa tygodnie. Często pracujemy nad dialogami wspólnie - dzień wcześniej, noc wcześniej albo nawet rano przed zdjęciami. Potem realizujemy sceny i następnego dnia kontynuujemy pracę, aż film jest gotowy.

Czytałam historię o tym, jak poznałeś Charli XCX i opowiedziałeś jej o projekcie. Od razu zgodziła się w nim zagrać. A czy możesz opowiedzieć, jak obsadziłeś Lenę Górę w roli Nel?
- Nie organizuję castingów ani przesłuchań. Raczej pozwalam, żeby moi potencjalni współpracownicy pojawiali się naturalnie, i staram się podążać za intuicją - za tym, kto wydaje mi się interesujący, z kim czuję odpowiednią energię. Lenę poznałem podczas mojego drugiego pobytu na American Film Festival. Była tam z filmem "Roving Woman". Trafiliśmy razem do panelu dyskusyjnego o kręceniu filmów w Polsce. Tak się poznaliśmy. Kilka lat później, kiedy mieszkałem już w Warszawie i chciałem nakręcić tutaj film, pomyślałem o Lenie. Przez cały ten czas utrzymywaliśmy kontakt, więc uznałem, że może byłaby otwarta na wspólny projekt - i rzeczywiście była.
A jak pracowało ci się z Charli? Jest wielką gwiazdą muzyki, ale jednocześnie widać, że naprawdę interesuje się kinem, kocha filmy. Jak wyglądała wasza współpraca i rozwijanie historii razem z nią?
- Praca z Charli była świetna. Jest świetną osobą i bardzo dobrą współpracowniczką. Sposób, w jaki robię filmy, jest zresztą dość podobny do tego, jak ona tworzy muzykę - bardzo kolektywnie. To trochę jak wejście do studia z grupą przyjaciół i sprawdzanie, co wspólnie uda się stworzyć. Był środek "Brat Summer", kiedy przyjechała do Warszawy. Wszyscy czuliśmy energię, która ją wtedy otaczała. Wyzwaniem - zarówno dla niej, jak i dla całej ekipy - było odłożenie tego na bok i skupienie się po prostu na tworzeniu filmu. Ale myślę, że ostatecznie to zadziałało na jego korzyść, bo sposób, w jaki pracujemy, polega na czerpaniu z tego, co dzieje się wokół nas. Energia "Brat" była trochę jak energia wulkanu i dobrze pasowała do postaci Bethany - osoby, która pojawia się w życiu bohaterów i wszystko zaburza. Myślę więc, że zamiast uciekać od "Brat Summer", zaakceptowaliśmy tę energię i wprowadziliśmy ją do filmu.
Czy podczas zdjęć zdarzało się, że osoby spoza ekipy, zwykli przechodnie, podchodzili i pytali, co się dzieje i dlaczego jest tam Charli?
- Na jednym z moich pierwszych spotkań z Charli zapytałem ją, jak bardzo jest znana. Zastanawiałem się, czy będziemy musieli uciekać przed tłumami fanów na ulicach. Ona powiedziała, że nie jest aż tak znana, bez okularów przeciwsłonecznych i doczepianych włosów zwykle może poruszać się po mieście bez wzbudzania większej uwagi. Chcieliśmy więc utrzymać wszystko w miarę dyskretnie. Ale już pierwszego dnia po jej przyjeździe do Warszawy nagrała TikToka, w którym spacerowała po Mokotowie i mówiła, że jest w Polsce. Jej fani natychmiast obejrzeli ten filmik, rozpoznali dokładnie ulicę i szybko stało się jasne, gdzie jesteśmy.
- Od tego momentu ludzie zaczęli ją rozpoznawać. Zauważyłem, że ma bardzo dobrą relację ze swoją publicznością. Fani byli uprzejmi i wspierający. Czasem podchodzili po zdjęcie, a czasem czekali, aż skończymy ujęcie i dopiero wtedy pytali. Nigdy nie stało się to problemem. Byliśmy w Warszawie tylko dwa tygodnie, więc wszystko działo się dość szybko. Ale pod koniec drugiego tygodnia było już widać, że coraz więcej osób orientuje się, że kręcimy film i że Charli jest w mieście.
Jak udało ci się pokazać Warszawę z perspektywy osoby, która się w niej nie urodziła?
- Jeszcze zanim pierwszy raz przyjechałem do Polski, miałem pewne wyobrażenie i oczekiwanie, że to będzie kraj czarno-biały. Byłem więc bardzo pozytywnie zaskoczony, kiedy odkryłem kraj tak kolorowy, pełen energii, piękny. To było coś, co od razu chciałem pokazać i się tym podzielić. Podczas pracy nad filmem mieliśmy bardzo małą ekipę, wśród niej było około czterech Polaków - część z nich to moi znajomi, część to znajomi Leny. Naszą tłumaczką i konsultantką była Zofia Chlebowska, która pochodzi z Warszawy, z rodziny od wielu pokoleń związanej z miastem. Była dla nas takim punktem odniesienia. Dbała o to, żeby sposób, w jaki pokazujemy Warszawę i Polskę, był zgodny z tym, co chcieliśmy osiągnąć. Chcieliśmy ją pokazać z miłością i szacunkiem, ale też ze świadomością, że nie do końca rozumiem ten kraj, język i kulturę. Przez cały proces - podczas pisania, zdjęć, a potem montażu - stale konsultowaliśmy się, żeby sprawdzać, czego możemy nie zauważać. Chodziło o to, żeby mieć pewność, że nasze intencje są właściwe.
"Erupcja" była już pokazywana na kilku festiwalach i miała swoją światową premierę. Jak ludzie reagują na twój film? Czy czytasz recenzje krytyków albo opinie widzów?
- Czytam wszystkie recenzje - zarówno te dobre, jak i te złe. Lubię je czytać, bo to dla mnie dowód, że ktoś faktycznie obejrzał film. Już samo to jest dla mnie formą kontaktu. Poza tym mam świadomość, że czyjś ulubiony film może być dla kogoś innego najgorszym. Dlatego nie przywiązuję wagi do recenzji - ani pozytywnych, ani negatywnych. Jestem po prostu ciekawy, jak ludzie odbierają film i co o nim myślą. Bardzo lubię szczególnie te opinie, które są wyraziste i odnoszą się do bohaterów. Na przykład kiedy ktoś utożsamia się z Bethany, Robem albo Nel, albo wybiera stronę którejś z postaci. Zwłaszcza ciekawe są recenzje od osób będących w związkach - kiedy pary oglądają film i zaczynają analizować zachowania bohaterów oraz wyciągać z nich coś dla siebie. Zawsze jestem wdzięczny za to, że ktoś poświęca czas, żeby obejrzeć film i podzielić się swoją opinią.

Dla mnie ten film jest o wyborze między dawnym życiem Bethany w Warszawie a nowym życiem z narzeczonym. Czy taki był twój zamiar - żeby pokazać historię Bethany jako tęsknotę za dawnym życiem?
- Tak, myślę, że dla wszystkich bohaterów jest to przede wszystkim moment przejścia, chwila, w której muszą zmierzyć się z rzeczywistością swoich decyzji i działań. A to bardzo ludzkie doświadczenie. Chodzi o wybory, których dokonujemy, i o ich konsekwencje. W trakcie pracy nad filmem dużo o tym myślałem, również w kontekście własnego życia. Przeprowadziłem się do Warszawy i na pewno w pewnym sensie romantyzowałem Europę i samo życie w innym kraju. Romantyzowanie jest czymś przyjemnym, ale też trochę niebezpiecznym, bo finalnie człowiek zawsze zderza się z rzeczywistością. I właśnie to dotyczy tych bohaterów. Każdy z nich ma pewne wyobrażenie o swoim życiu, a kiedy staje twarzą w twarz z rzeczywistością, pojawia się wyzwanie.
Jaka była ta rzeczywistość dla ciebie? Z czym musiałeś się zmierzyć?
- Musiałem zmierzyć się z tym, jak bardzo to wszystko jest inne. Z tym, że nie mówię w języku. Z tym, jak daleko byłem od rodziny i od życia, które wcześniej prowadziłem. I z tym, że taka decyzja nie jest czymś małym - ma wpływ na innych ludzi, ale też na mnie samego. W pewnym sensie czuję, że nie udało mi się stać "Europejczykiem". Nie mieszkam tam już. Musiałem wyjechać. Te wyzwania były w tym momencie mojego życia zbyt duże. Ale mimo wszystko bardzo się cieszę, że spróbowałem. Jestem wdzięczny za tę przygodę i doświadczenie oraz za ludzi, których spotkałem po drodze.
Jesteś reżyserem, współscenarzystą, operatorem, montażystą i producentem "Erupcji". Jak udaje ci się łączyć tyle ról, nie tracąc perspektywy na film jako całość?
- Po pierwsze pracuję z małą ekipą. Z wielu powodów, ale jednym z nich jest to, że to zdejmuje presję, by film "musiał być czymś konkretnym". Mówię aktorom, że jeśli nie zrobimy filmu, to też jest w porządku - chodzi przede wszystkim o doświadczenie, które przeżywamy razem. Kiedy ta presja znika, pojawia się dużo więcej przestrzeni i energii na samo tworzenie oraz szukanie rozwiązań problemów, które się pojawiają. Druga rzecz to zaufanie do procesu i do współpracowników. Robię wiele rzeczy przy filmie, ale nie robię wszystkiego sam. Każdy z moich współpracowników również bierze na siebie wiele ról. Wszyscy są bardzo zaangażowani. Ufamy sobie nawzajem i pomagamy sobie w trakcie pracy. Dzięki temu to naprawdę jest film, który robimy razem. Oczywiście formalnie to "film Pete'a Ohsa", ja jestem reżyserem i osobą, która prowadzi ten proces, ale każdy był w nim kluczowy. Gdyby to był inny zestaw ludzi, powstałby zupełnie inny film.
Co najbardziej lubisz w tworzeniu niezależnego kina?
- To jest coś bardzo wolnego, czystego i ludzkiego. Pozwala robić film z powodów, które uważam za właściwe - z radości tworzenia, potrzeby spędzania czasu z innymi ludźmi, budowania relacji, rozwijania empatii poprzez opowiadanie historii i wspólnego rozwiązywania problemów kreatywnych. W takim podejściu samo tworzenie może być po prostu bardzo przyjemnym i radosnym doświadczeniem. Nie chodzi wyłącznie o końcowy produkt. Kiedy film powstaje dla studia albo dużej firmy, staje się częścią mechanizmów konsumpcji i kapitalizmu - musi być produktem, który przyniesie zysk. A robiąc kino niezależne, na małą skalę i w bardzo intymny sposób, można skupić się bardziej na samym doświadczeniu tworzenia. I myślę, że to później czuć w filmie. Mam nadzieję, że kiedy ktoś ogląda taki film, coś w nim zostaje. Że ma ochotę pojechać do Warszawy, wyjść z domu i naprawdę żyć swoim życiem, pójść na imprezę z przyjaciółmi albo porozmawiać z partnerem o swojej relacji. Że film nie jest tylko treścią do skonsumowania, ale czymś, co wraca do prawdziwego życia i w jakiś sposób na nie wpływa.











