Reklama

Lance Henriksen: Dzisiaj męskość postrzega się inaczej

Lance Henricksen to jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów lat 80. XX wieku /Aaron Rapoport/Corbis /Getty Images

Pytanie na boku: to był ten wujek, który poślubił niemiecką snajperkę?

Reklama

- Nie, inny! Tamta kobieta... Pamiętam opowieści, jak w uprzęży wisiała na drzewie i strzelała... Oni się chyba poznali się podczas jej pojmania i potem pobrali, urodziło im się dwoje dzieci. Niezbadane są ścieżki losu. No i niech mi ktoś powie, że PTSD to nie fakt! Wojna zniszczyła to pokolenie. Ale wtedy o zespole stresu pourazowego nikt nie mówił, rozwiązaniem było zaciśnięcie zębów i zbudowanie jeszcze mocniejszej zbroi. Mam wrażenie, że wielu mężczyzn, którzy przetrwali wojnę, nie zorientowało się, że zeszli z frontu. Mieli poczucie, że w życiu też musi walczyć, wydawać komendy. Dzisiaj męskość postrzega się inaczej.

Tak, jak mówił mi w wywiadzie Viggo Mortensen: możesz być twardy, jeśli to ci pasuje, ale w ideał męskości nie wpisuje się już gnojenie ludzi, niszczenie ich emocji. To jest przemoc.

- Jeśli w pokoleniu mojego ojca wyrastali artyści lub ludzie o artystycznych inklinacjach, to był cud. Pamiętam, że oddawanie się tak "błahym" uciechom nie było akceptowane, nawet kiedy ja dorastałem. "Odłóż ten pędzel i zasadź ziemniaki!". Sztuka była błaznowaniem, niegodnym "prawdziwego faceta". Pamiętam, jak czwarty mąż mojej matki, mający rosyjskie korzenie Nicholas Kolcher, uderzył mnie z tego powodu tak mocno, że przeleciałem przez cały pokój. Zabarykadowałem drzwi, bałem się, bo matka była pijana, wymachiwała nożem, cięła meble. Dorastałem bez kogoś, kto by mnie chronił, zawsze był po mojej stronie. A opowiadam pani o tym wszystkim, bo nie miałem wtedy pojęcia, jaki wpływ będzie miało to wszystko na mnie, na moje dorosłe życie. Wiem, każda rodzina ma jakieś problemy, każda, ale jednak... Zresztą, ja nie mogę nikogo oceniać, bo sam w życiu popełniłem wiele błędów.

W filmie wciela się pan w skomplikowanego bohatera. Z jednej strony Willis to okrutnik i drań, z drugiej chory człowiek, cierpiący na demencję. Trudno było panu się do niego zbliżyć?

- Jestem aktorem, grałem różne role, ale kiedy pracuję z kimś takim, jak Viggo - facetem, którego uwielbiam i ogromnie szanuję - bardzo trudno jest mi wcielać się w kogoś, kto w stosunku do jego bohatera bywa tak bezwzględny... Kojarzy pani, jak niektórzy ludzie trzymają przy sobie bliskich sugerując, że coś się może im wkrótce stać, że nie czują się dobrze? Tak, jakby nie ufali, że samo uczucie łączące ich z drugą osobą jest wystarczająco silne, że konieczne jest zwrócenie na siebie uwagi poprzez jakiś alarm? Moja matka była w pewnym sensie taką osobą. To się zmieniło pod koniec życia, ale wcześniej tak właśnie wyglądała nasza relacja. Willis jest podobny. Może im bardziej on czuje, że się osuwa w szpony tej choroby, że się odkleja od świata, tym bardziej kąsa? Na zasadzie: "dopóki ich prowokuję, zostaną ze mną?". Tak jakby krzyczał: ja jeszcze tu jestem!

On cierpi na chorobę mężczyzn ze swojego pokolenia, nie umie mówić o emocjach. W jego sytuacji robi się to jeszcze bardziej kłopotliwe, przecież potrzebuje pomocy.

- Przez usta mu nie przejdą słowa w stylu "dziękuję". Raczej będzie uprawiał jakieś szarady, zadawał głupie zagadki. Powie: "o, twoja matka robiła tak samo", co w jego mniemaniu oznacza: "fajnie". Ale nie pochwali, nigdy. Jego syn od ponad dekady żyje w związku z mężczyzną, założyli rodzinę, ale Willis wciąż potrafi powiedzieć coś w stylu: "Jesteś pewny? A może ci jeszcze przejdzie". Jemu się autentycznie wydaje, że w ten sposób Johnowi pomaga, przecież mówiąc to, pokazuje, że w niego wierzy!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Lance Henriksen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje