Reklama

"Koterski to największa indywidualność w polskim kinie"

Marek Kondrat już dwukrotnie wcielał się w postać Adama Miauczyńskiego – bohatera filmów Marka Koterskiego. W 1984 roku wystąpił w "Domu wariatów". 20 lat później powrócił do tej roli w nagrodzonym w Gdyni "Dniu świra". Teraz po raz trzeci przywdziewa maskę "statystycznego Polaka" w najnowszym filmie Koterskiego "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".

Reklama

O potencjalnej kontrowersyjności filmu, wyjątkowości Marka Koterskiego wśród polskich twórców oraz o "uczuciach, których nie dane było mi nigdy wcześniej przeżyć" popularny aktor opowiedział w rozmowie z Emilią Chmielińską.

Proszę opowiedzieć, o czym jest najnowszy film Marka Koterskiego?

Marek Kondrat: Filmu "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" nie da się tak po prostu opowiedzieć. Nie da się powiedzieć o czym on jest - mam nadzieję że jest na tyle ciekawy, że widzom nie trzeba go opowiadać. Podobnie było z poprzednim filmem Marka Koterskiego "Dzień świra", który trafił do wszystkich. Mnie ciągle ktoś o ten film pyta, zaczepia, podsuwa kasety do podpisania, ludzie mówią tekstami z tego filmu. To jest dla każdego twórcy największa radość, że jego widzowie mówią jego tekstem, zwłaszcza że to jest tekst niecodzienny.

A "Wszyscy jesteśmy Chrystusami"?

Marek Kondrat: To jest film opowiedziany jako los ludzki. To próba wyjścia z opresji, chociaż opresja nie jest tutaj właściwym słowem. Jak w żadnym innym filmie Marka Koterskiego tu zapala się światło na końcu tej drogi. Ten film niesie w sobie nadzieję, to jest potrzebne człowiekowi, który nawet instynktownie - nawet nie umiejąc tego nazwać - zdaje sobie sprawę ze swojego losu.

Losu alkoholika....

Marek Kondrat: Alkoholizm to nie tylko kłopot dla reszty tzw. społeczeństwa, dla rodzin - ale to jest przede wszystkim śmiertelny problem dla samych alkoholików. Ale on jest tylko efektem pewnego zdarzenia jakim jest życie. Iluminacja Chrystusowa w tym filmie, próba połączenia losu naszego bohatera, który w zimnym oglądzie wydaje się być odrzutkiem społecznym, człowiekiem nieprzydatnym - przyrównanie go do Chrystusowego losu dla tych, którzy tego filmu nie oglądali może się wydać obrazoburcze, korona cierniowa na głowie bohatera filmu może się wydać bluźniercza. Jednak absolutnie namawiam wszystkich, aby ten film zobaczyli, a przeżyją i zrozumieją dlaczego Koterski, który zawsze błąka się po krawędzi żyletki - ale przez to jest niezwykle uczciwy i niezwykle szczery - chciał to pokazać.

Myśli Pan, że Polacy będą chcieli zobaczyć film o tym co ich boli i co jest naszą "chorobą narodową"?

Marek Kondrat: Na tym polega właśnie indywidualność Marka Koterskiego, a jestem głęboko przekonany, że dziś mamy do czynienia z największą indywidualnością filmu polskiego, z reżyserem najbardziej osobliwym, który nie korzysta z klisz. Jego film podejmuje temat, który dotyczy na dobrą sprawę każdego Polaka, bo każdy w rodzinie ma kogoś uwikłanego w ten problem. Dzięki temu filmowi ja doznałem uczuć, na które wydawało mi się, że jestem zaimpregnowany. Mnie urząd pana Boga na ziemi nie umiał pomóc w tej kwestii, nie wytłumaczył mi tego. Natomiast tu, oglądając ten film w pustej sali doznałem uczuć, których nie dane było mi nigdy wcześniej przeżyć.

Nie widziałem tam siebie jako wykonawcy, aktora, który kolejny raz przebrał się za tę postać. Byłem więc widzem lekko przerażonym własnym przeżyciem, tym co mnie dotyka - nagle odsłoniła się jakaś przestrzeń w mojej duszy i umyśle, która do tej pory była głęboko i solidnie zamknięta. To jest dla mnie największa zasługa tego filmu.

Filmy Koterskiego nadal jednak pozostają dla większości widzów po prostu komediami.

Marek Kondrat: Tych, którzy w twórczości Koterskiego dostrzegają dowcip, poczucie humoru, współczesny sposób wyrażania - dzisiaj ludzie przejmują jego słownictwo - zapewniam, że i tam znajdą dla siebie pożywkę. Koterski jak nikt inny czuje bluesa w tym względzie. Kiedy czuje ciśnienie patosu, a ten film siłą rzeczy - i tytułem i bliskością porównania - zmierza w te stronę, Marek natychmiast odpuszcza powietrze z tego balonu po to, żebyśmy nie pękli.

Miałem takie wrażenie, że jeszcze chwila, a mogę nie wytrzymać ciężaru, który na mnie spada... Zawsze to mówiłem, że w przypadku jego twórczości tragedia i komedia mieszkają obok siebie, przez cienka ścianę. I człowiek, który nie jest w stanie unieść ciężaru dramatu, natychmiast posiłkuje się jakimś upustem w postaci żartu . To jest film, który jest tragikomicznym zdarzeniem. Ten gatunek Koterski opanował bezbłędnie.

Czy przygotowywał się Pan jakoś specjalnie do tej roli?

Marek Kondrat: My nie mamy takiej techniki i takiej przestrzeni, która by nas kierowała w stronę takiego dogłębnego przygotowania i zbadania terenu jak Amerykanie. Słyszę o tym, że aktor amerykański, mając zagrać jakąś niepełnosprawną postać zamyka się na 3 miesiące w domu wariatów i się w ten sposób przygotowuje do roli. To jest inne kino. Nasze kino jest kinem idei, ma swoje korzenie w bardzo osobliwych przeżyciach Polaków. Ja mam takie nieodparte wrażenie, że gdyby Polak upadł z dachu, to na chodniku leżałyby same skrzydła - bez tułowia, nóg i głowy, tylko same skrzydła z jakimś rodzajem ducha pomiędzy nimi. Tego się nie da ćwiczyć, tego się nie da jakąś techniką opanować .

Długo się Pan zastanawiał nad przyjęciem tej roli?

Marek Kondrat: Bardzo chętnie rzuciłem się w tę opowieść. O ile miałem jakieś opory przed "Dniem Świra", przed powrotem do swojego bohatera, którego narodziłem z Koterskim ponad 20 lat temu, o tyle w przypadku "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" już ich nie było. Adam Miauczyński to postać, która z mojej szafy, mózgu i serca wychodzi od czasu do czasu samoistnie, sama sobie otwiera drzwi i wypełnia kanały mojego organizmu swoją krwią, swoim oddechem, Odczuwam bardzo bliskie pokrewieństwo z bohaterem. To jest bardzo dziwny rodzaj pokrewieństwa, taki leśmianowski garb z wiersza o "Garbusie", który bohater tego wiersza nosi na sobie. Ja ten garb mam bardzo wyraźny, aczkolwiek moje życie w ogóle nie wskazuje na taki związek.

Dostając propozycję zagrania we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" nie wiem dlaczego, ale pomyślałem, że nie mogę sobie tego odpuścić. Zresztą nie było w ogóle dyskusji. Tak jak w wypadku "Świra.." zastanawialiśmy się, podsuwałem różnych kolegów ze strachu - chcąc panicznie w tym zagrać i panicznie się tego bojąc. Teraz już nie było o tym mowy - wiedzieliśmy, że będziemy na pewno w tym projekcie ze sobą związani .

W filmie postać Miauczyńskiego kreuje także Andrzej Chyra. Jak współpracowaliście, by wasz Adam był jedną, spójną postacią?

Marek Kondrat: Ten bohater jest już inny, nie jest już taki samodzielny w moim wydaniu. Andrzej Chyra gra moją postać z wcześniejszych lat i ma tam ostatecznie więcej do zagrania. Robi to fantastycznie, widzę jakieś podobieństwo fizyczne nas samych. Co jest dziwną rzeczą, bo nie jesteśmy do siebie podobni. My nie współpracowaliśmy, każdy miał swój czas z tym bohaterem, który nagle się zlał w jedną postać. Jak zobaczyłem projekcję to myślałem sobie, że to być może ja chodzę tam młodszy... To mnie też zastanawia i zadałem sobie pytanie: Co sprawia, że ja nie przeżywam szoku wykonawczego gdy widzę kogoś innego w swojej roli. Ten duch połączył wykonawców nagle - to jest magiczne. Zwłaszcza, że myśmy się nie oglądali na planie - każdy miał swój czas. To jest metafizyka .Ten film mi wyjaśnił wiele rzeczy, które do tej pory były dla mnie niejasne.

Na ile Adam Miauczyński zmienił się od czasów "Dnia świra"?

Marek Kondrat: Bohater tak samo się nazywa, to jest ten sam człowiek. Natomiast próżno by szukać jakichś fabularnych związków. Jak już powiedziałem, ja tego bohatera noszę w sobie, znam jego odruchy, nieomal jego cielesność. Czasami dochodzi do tego, że ja czuję nawet fizyczny ból, związany z tą postacią. Próba określenia tego filmu kolejnymi przygodami Adama Miauczyńskiego, to jest za mało, to nie jest to. Tego filmu nie ogląda się fabularnie, mimo że tam wszystko jest zachowane, łącznie z nieprawdopodobną narracją tego filmu.

Która rozgrywa się w dwóch planach czasowych.

Marek Kondrat: Tak. Oglądamy bohatera w wydaniu dziecięcym, siedzącym na kolanach swojego ojca, a potem tak, jakby on patrzył na siebie w tamtym czasie - kojarzy mu się to ze swoim synem - te plany się zmieniają. Kiedy czytałem o tym w scenariuszu myślałem, że to będzie straszny kłopot montażowy, ale sposób w jaki Marek nam to zaoferował w końcowej projekcji jest genialny. I nie mam z tym żadnego problemu, oglądam to jako całościowe zdarzenie dotyczące tej samej postaci, która mi opisuje swoje życia na przestrzeni jednej godziny i 50 minut - a ja myślę, że to jest moje życie, mimo że nie mam takiego problemu, że jestem zupełnie kimś innym.

Jednak widzę także, jak mnie to dotyczy osobiście. W swoim aktorskim życiu mam blisko 100 ról na tzw. rozkładzie, spotkałem wielu reżyserów, scenarzystów - czasami w jednej osobie - i nigdy nie miałem takich doznań, jak w przypadku Marka. Nigdy nie pozostawały mi one na tak długo w organizmie i nigdy nie stanowiły takiego przedmiotu do odrębnych, samotnych, naprawdę czasami absolutnie duchowych przeżyć.

Czy Adam Miauczyński może być traktowany jako metafora Polaka?

Marek Kondrat: Jak najbardziej. To jest postać, która absolutnie jest zrodzona tu, pod tą szerokością geograficzną, w tym klimacie, z wszystkimi naszymi fobiami, z naszym poczuciem humoru - to jest jasne. Stąd widz Marka jest tak jasno rozpoznany, natomiast nie jest zdefiniowany pod względem jego wrażliwości i przygotowania intelektualnego. Bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego .

W jakim aspekcie Polacy mogą więc utożsamiać się z pana bohaterem?

Marek Kondrat: Widzowie przyznali się nie tylko do tych natręctw Adasia Miaczyńskiego - poprawiania spodni, mieszania łyżką w prawo i w lewo itd, ale do czegoś innego - do samotności. To nie jest polski specyfik - przyznali się do kłopotu komunikowania się z innymi ludźmi, do odbijania się od świata ze swoimi ambicjami i do wszystkich innych dramatów, które człowiek po prostu przeżywa. Dlatego Adaś Miauczyński to jest nasz bohater, który przez to, że jest nasz - jak wszystko co u Marka - z kropli wody przemienia się w ogromną rzekę tych samych doznań i tych samych przeżyć. Sztuka wielka ma to do siebie, że potrafi tak działać. Sztuka wielka czasami potrafi zrobić coś, co zdawałoby się, że jest niemożliwe.

Wiele osób zarzuca Markowi Koterskiemu brak dobrego smaku oraz pogardę dla zwykłego Polaka, brak tego, co w kinie dokumentalnym określa się jako "szacunek dla bohatera". Co Pan sądzi na ten temat?

Marek Kondrat: Estetyka filmów Marka to przeciwieństwo estetyki piękna. Estetyka glancu, pomady niskich głosów u mężczyzn i pięknych kobiet, które mają nam imitować rzekomo istniejący świat - to jest pewien gatunek filmowy. Amerykanie z tego zrobili cały swój przemysł. Ale byłoby banalnie, gdyby tylko to istniało. Nagle w bardzo jednostkowych przeżyciach kino stało się także miejscem wypowiedzi artystów, bo gdyby Felliniego, Bergmana, Bunuela przejrzeć jeszcze raz, to byśmy zobaczyli projekcję ich oglądu świata, która nie jest projekcją piękna. Jest projekcją umiłowania swojego bohatera i dokładnie to samo ma Koterski. Ci, którzy zarzucają mu brak szacunku dla swojego bohatera - mylą się.

Marek nie traktuje widza jako target docelowy, jak to się zdarza niektórym producentom różnych towarów, którzy wiedzą dla kogo rzecz robią. Marek nigdy nie robił filmów dla ludzi z tytułami naukowymi, robił dla wszystkich, ponieważ święcie wierzy, że w każdym jest pomieszczona wrażliwość - ona nie musi być poparta wykształceniem.

Nie spotkał się Pan nigdy w środowisku aktorskim z negacją jego twórczości?

Marek Kondrat: Były różne reakcje na twórczość Marka. Kiedyś Gustaw Holubek, którego namawiałem na to, żeby koniecznie przeczytał scenariusz Marka Koterskiego, po jego lekturze powiedział mi tak: " Powiedz temu swojemu pisarzowi, że jeżeli jest taki szczery, to niech naszcza żonie do łóżka". Jednak potem zagrał u Marka w "Domu wariatów " w Ateneum. I musiał prawdopodobnie pokonać taką fundamentalną barierę..

Są różne estetyki, różne oczekiwania od sztuki. Są tacy, którzy mówią, że pewnej estetyki sztuka nie może przekraczać, że w teatrze można wszystko, ale nie do końca. Znałem takich kolegów, którzy się bronili przed niektórymi tekstami Marka . Ale to jest sprawa, która zawsze będzie dotyczyła różnych wrażliwości. Aktor jest nagi, ubiera się go w kostium, a w tym kostiumie mieści się także prawdziwie poczucie człowieczeństwa. Jeżeli potrafi się to zrobić, to osiąga się efekt taki, że widz nagle przenosi się w inny czas, inny świat - odkrywając siebie samego w tym świecie.

Nie boi się Pan jednak, że film "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" może kogoś obrażać?

Marek Kondrat: Dlaczego miałbym się bać? Jeśli ktoś zobaczy plakat, a nie zobaczy filmu i z samego plakatu wyciągnie jakiś wniosek - to jest ubogi. Ma już jakieś zdanie, nie mając tak naprawdę prawa do tego zdania. W takiej sytuacji ja nie mam płaszczyzny polemiki, ani też obawy. Bo co mnie to tak naprawdę obchodzi... Musiałbym wtedy polemizować z każdym, komu ja się dzisiaj nie podobam. Ale to jest konfrontacja codzienna - ja się sobie sam nie podobam. Nie mógłbym wychodzić na scenę i kręcić filmów z takim samopoczuciem, ale muszę je przełamać, a przede wszystkim muszę się dowiedzieć, w jakiej sprawie ja to robię. To samo jest z plakatem - jeżeli to jest objawienie pewnej funkcji, którą za chwilę widz skonfrontuje z własnym przeżyciem, wtedy ma prawo do jakichś odczuć.

W końcowej części zwiastunu widzimy pańskiego bohatera w niezbyt dobrym stanie na jakimś wysypisku. To wyraźna aluzja do finałowej sceny z "Popiołu i diamentu", w której Zbigniew Cybulski kończył życie na "śmietniku historii". Adam Miauczyński jako współczesny Maciek Chełmicki?

Marek Kondrat: Ja nie miałem tych skojarzeń. Natomiast jeżeli ktoś ma, to jest absolutnie jego prawo. Gdyby dociekać rozumowo, to nie ma żadnej wątpliwości, że taką analogię można postawić. Maciek Chełmicki jest na śmietniku historii, Adaś Miauczyński jest po prostu na śmietniku historii swojego życia. To jest taka bardzo ponętna analogia. Życie Maćka Chełmickiego to jest fragment naszej historii współczesnej i bardzo brzemiennych jej skutków przez następne 50. lat, które dzisiaj odbijają nam się czkawką. Opowieść o Adamie Miauczyńskim jest zupełnie inną opowieścią. Natomiast te symbole będą przychodziły do nas w różny sposób. Tak jak finalne morze w ostatniej scenie zawsze będzie miało ten sam charakter i to samo znaczenie - oczyszczenie i ukojenia.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marek Kondrat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje