Kinga Preis: Grać, a nie oglądać

Jako nastolatka Kinga Preis często słyszała, że ma niebanalną urodę. Wtedy ją to martwiło. Z wiekiem zaakceptowała swój wygląd i nie chciałaby go zmienić, a na pewno nie za pomocą skalpela.

Niebanalna uroda? Kinga Preis nie jest fanką oglądania samej siebie na ekranie

W serialu "Pułapka" gra pani prokuratorkę. Zwykle nie są one zbyt sympatyczne, a jaka jest pani bohaterka?

Reklama

Kinga Preis: - Na pewno jest stanowcza, ale pokazuje też czasami ludzkie oblicze, na przykład wtedy, gdy widzimy, jak opiekuje się chorą. Mocno wspiera Olgę, graną przez Agatę Kuleszę, w rozwiązaniu zagadki, przy czym robi to oczywiście w ramach prawa. Na pewno praca jest dla niej najważniejsza.

Nie pierwszy raz gra pani prokuratorkę...

- To prawda. Grałam, i to też z Agatą Kuleszą, w serialu "Krew z krwi 2".

Jak wam się teraz gra?

- Obie za każdym razem, gdy dotykamy jakiejkolwiek roli, staramy się być w niej dalekie od siebie i zbudować na własne potrzeby taki świat, który nie byłby powieleniem poprzednich ról. Dużo też zależy od scenariusza i reżysera.

Zagrała już pani wiele postaci. Jak udaje się, bo udaje się, nie powielać tych ról.

- Wiem, że to banał, ale każdy człowiek jest inny. Poza tym to nie jest tak, że naśladuję jeden do jednego spotkanych ludzi. Dla mnie aktorstwo to gra z wyobraźnią. Mam nadzieję, że tylko moi najbliżsi potrafią ocenić, czy ja się powielam, czy udaje mi się stworzyć kogoś zupełnie nowego, czy też zdarzy mi się przemycić coś z siebie... Bałwochwalstwem byłoby sądzić, że jestem tak nieprzeciętną osobowością, że mogę w sobie pomieścić i zagrać każdego. Poza wszystkim ciekawe w aktorstwie jest to, że tworzymy na bazie swoich niedostatków, ułomności, lęków, na tym, jak z nimi walczymy. Na pewno na własne potrzeby uprawiamy autopsychologię, a nie kopiujemy kogoś, kogo znamy z "bramy obok".

Przyznam, że czasami wam zazdroszczę tego układania czegoś w rodzaju sudoku z ludzkich charakterów...

- To rzeczywiście jest fantastyczna sprawa. Aktorstwo daje mi też szansę przeżycia pewnych stanów bez definitywnych konsekwencji. Nawet w te najbardziej dramatyczne sytuacje mogę wejść na chwilę i zakosztować tego, jak to jest. Ja zresztą mam to szczęście, że poruszam się w gronie wspaniałych aktorów, którzy nie udają, ale na ten moment naprawdę stają się granymi przez nich postaciami. Wierzę, że te doznania są ich doznaniami. Jestem zdania, że jak już się taki zawód uprawia, to warto zaangażować się na sto procent, a nie się asekurować i znajdować miny do stanów, które trzeba zagrać.

Chętnie ogląda pani siebie na ekranie?

- Rzadko to robię. Mnie przyjemność sprawia granie, a nie oglądanie siebie. W czasie pracy przy "Pułapce" była zabawna sytuacja. Po jednym z dubli reżyser Łukasz Palkowski mówi do mnie i Leszka Lichoty: Chodźcie, zobaczcie to na podglądzie. A Lechu na to: My wiemy, jak wyglądamy. No i wiemy, co przed chwilą zrobiliśmy. To oczywiście jest wielkim skrótem. Nie chodzi o to, żeby pogapić się na siebie, a poprawić ustawienie czy pozycję...

Czy pani się sobie podoba? Pytam, bo uważam panią za kobietę piękną bardzo nieoczywistą urodą. Ale widzę też na ekranie Kingę Preis jako kobiecinę w chustce na głowie. To chyba fantastyczne dla aktora mieć twarz, z którą można zrobić wszystko?

- Tak, jestem osobą, która akceptuje siebie. Jasne, że jak większość kobiet niektóre rzeczy w sobie lubię bardziej, a o innych myślę, że mogłoby być nieco lepiej, ale nie skusiłabym się, żeby coś zmienić za pomocą skalpela. Ja siebie lubię i akceptuję ten moment, w którym jestem. Gdy byłam dorastającym dziewczęciem, nie lubiłam, kiedy chłopcy mówili, że mam oryginalną czy niebanalną urodę. Ja wtedy po prostu chciałam być ładna i chciałam być taka jak wszyscy. Teraz bardzo doceniam, że nie jestem jak wszyscy. Lubię na swojej twarzy i ciele dokonywać transformacji, takich nawet ekstremalnych, ale w ramach wyzwań artystycznych.

W Polsce to chyba rzadka możliwość?

- To prawda, bo nie mamy komfortu pracy tylko nad jedną rolą i takiego poświęcenia się, żeby móc zmienić się w kogoś zupełnie innego. Ja zwykle robię jednocześnie przynajmniej dwie rzeczy. Od 10 lat pracuję też nad serialem "Ojciec Mateusz". Inna sprawa, że nie wyobrażałam sobie, żebym nie mogła dokonywać zmian w wyglądzie tylko dlatego, że gram gospodynię księdza. Zdarzały mi się jednak z tego powodu zabawne sytuacje, gdy na przykład w sklepie czy taksówce zwracano mi uwagę na to, że jest mnie mniej. I ktoś wtedy mówił, że to zupełnie nie pasuje do gospodyni księdza. Swoją drogą to wyobrażenie Polaka o tym, że wygląd gospodyni księdza powinien być antywabikiem, jest dość okrutne.

Czym się pani kieruje przyjmując rolę?

- Przede wszystkim tym, czy interesuje mnie scenariusz i czy w ramach tego scenariusza interesuje mnie mój bohater, czy jestem w stanie przeprowadzić jakiś proces, czy mogę widza do czegoś sprowokować. Gdy czytając scenariusz, wiem, jak mam zagrać daną rolę, to czuję, że powinnam z niej zrezygnować.

Bo to za łatwa rola?

- Niekoniecznie. To zwykle oznacza, że nie mam w sobie ciekawości, żeby szukać na nią pomysłu. Ja uważam widza, tzw. przeciętnego Kowalskiego, za osobę inteligentną, która przyzwyczaiła się już do oglądania światowych produkcji. A brutalna prawda jest taka, że w większości te scenariusze, które dostajemy, są bardzo miałkie. To nie jest tak, jak się pewnie komuś może wydawać, że my się pławimy w scenariuszach ze świetnymi dla nas rolami. Często są to wybory parlamentarne, czyli wybieramy mniejsze zło. Choć na szczęście zdarzają się oczywiście scenariusze wybitne i ciekawe.

Kiedy zaczynała pani wykonywać ten zawód, miała pani jakieś wyobrażenia. Bardzo się one zmieniły z czasem?

- Na początku pasjonował mnie teatr i przez wiele lat widziałam siebie tylko na scenie. A potem odkryłam, że to jednorazowe przeżycie, jednorazowe spotkanie, które odbywa się na planie filmowym, jest dla mnie bardzo ciekawe. Trzeba się całkowicie otworzyć przed drugim człowiekiem, działać w swego rodzaju bezwstydzie. W zawodzie aktora filmowego piękna jest umiejętność wydobycia z siebie, na krótką chwilę, emocji, o które człowiek sam siebie nie podejrzewa. Robię coś, co mnie angażuje na 100 procent, spotykam się z fantastycznymi, twórczymi ludźmi i nagle przychodzi ostatni dzień zdjęciowy, w którym muszę im powiedzieć do widzenia i nie wiem, czy ta energia, którą stworzyliśmy wspólnie, jeszcze się kiedyś powtórzy. A po tylu latach uprawiania tego zawodu wiem, że się nie powtórzy. Jest to jednocześnie i piękne, i smutne.

- A potem czekamy na rzecz następną, która nie wiadomo, jaka będzie, kiedy i czy w ogóle będzie. To nie jest obawa, że sobie nie poradzę w życiu, tylko wewnętrzna potrzeba. Myślę, że tak mają ludzie gór. Ryzykują, zdobywają ośmiotysięcznik, wracają do domu, odsapną tydzień, nacieszą się rodziną, a potem lecą znowu i marzą, żeby znów to przeżyć.

Rozmawiała Iwona Leończuk



Dowiedz się więcej na temat: Kinga Preis

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje