"Cudze rzeczy: nowy film Grzegorza Dębowskiego, autora "Tyle co nic". Premiera na festiwalu w Wenecji
Bohaterką "Cudzych rzeczy" jest Kasia (w tej roli Monika Sabina Kwiatkowska), która zarabia na życie, okradając mieszkania. Kiedy przypadkiem trafia do domu zmarłego mężczyzny, zaczyna podszywać się pod jego partnerkę. To, co miało być jedynie sposobem na przetrwanie, przeradza się w podróż przez cudze wspomnienia i relacje. Z czasem kobieta zaczyna sobie wyobrażać, że mogłaby żyć inaczej, i znajduje siłę, by zacząć od nowa.
Światowa premiera "Cudzych rzeczy" odbędzie się 10 września na najstarszym i jednym z najważniejszych festiwali filmowych, jakim jest ten w Wenecji. Film Dębowskiego znalazł się w prestiżowym konkursie Horyzonty. O samotności, terapeutycznej roli kina, aktorskich odkryciach i czujności z Grzegorzem Dębowskim, reżyserem i scenarzystą filmu "Cudze rzeczy", rozmawia Kuba Armata.
Kuba Armata: Twój pierwszy film "Tyle co nic" odniósł spory festiwalowy sukces, miał też bardzo dobrą prasę. W takich sytuacjach reżyserzy często dostają bardziej komercyjne propozycje, większe budżety do dyspozycji itd. Jak było w twoim przypadku, bo "Cudze rzeczy" zrealizowane zostały w podobnym kluczu jak debiut?
Grzegorz Dębowski: - Mogłoby się wydawać, że tak będzie, ale właśnie nie było. Sporo osób myśli, że mam teraz dużo takich ofert, a tak naprawdę efekt jest odwrotny i przestałem dostawać propozycje pracy od ludzi, którzy kiedyś mnie zatrudniali (śmiech). W pewnym momencie nawet agentka, która mnie reprezentowała, zrezygnowała ze mnie sugerując, że słabo widzi moją przyszłość komercyjną. Pojeździłem trochę z moim debiutem, który został doceniony, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że skoro nic się nie pojawia samo, to zacznę pisać kolejne rzeczy, bo akurat to nic nie kosztuje. Tym sposobem mam kilka scenariuszy. Pisanie to dla mnie raczej kwestia autoterapii niż chłodnej kalkulacji i chęci robienia kariery.
Co zatem sprawiło, że to "Cudze rzeczy" są twoim drugim filmem?
- Miałem dwa gotowe scenariusze. Pokazałem je producentce Agnieszce Skalskiej i Jerzemu Kapuścińskiemu. Oboje wytypowali "Cudze rzeczy" jako ciekawszy projekt do zrobienia po "Tyle co nic", bo jest wystarczająco inny od debiutu. Bardzo zaskakuje mnie od jakiegoś czasu fakt, że to jest chyba dosyć kobiecy film. Zresztą często zdarzało się tak, że byłem jedynym mężczyzną przy stole, a obok aktorki, producentka, montażystka. Mam w ogóle wrażenie, że kobiety bardziej emocjonalnie reagują na ten film.
Napisanie historii o kobiecej bohaterce było dla ciebie wyzwaniem?
- Chyba w ogóle nie myślałem o tym w ten sposób. Mam bardzo proste podejście do pisania scenariusza. Kiedyś próbowałem pisać treatmenty, drabinki i opisy postaci, czyli wszystko to, czego uczą na kursach i w podręcznikach scenariopisarstwa. Tyle że nic mi z tego nie wychodziło. Obrałem wtedy inną metodę. Zaczynam od jednej sytuacji, sceny, którą rozpisuję. Wtedy wyobrażam sobie postać bądź dwie, one zaczynają coś mówić, pojawia się pomysł na kolejną scenę. I tak krok po kroku.
Co tutaj było tą pierwszą sceną, od której zacząłeś rozbudowywać fabułę filmu?
- Były dwa takie elementy. Oba realistyczne, które stosunkowo często dzieją się w dużych miastach. Jednym były kradzieże, zaczynające się od złapania za klamkę i sprawdzenia, czy pod nieobecność lokatorów mieszkanie nie jest przypadkiem otwarte. W momencie kiedy napisałem pierwsze dwie, trzy sceny, wszyscy dookoła mówili, że na warszawskim Mokotowie, w Śródmieściu czy na Ochocie takie rzeczy są na porządku dziennym. Drugim fakt, że ludzie samotnie umierają w mieszkaniach i przez długi czas nie są znajdywani.
W przypadku "Tyle co nic" punktem zapalnym były strajki przed kilkoma laty, jakie miałeś okazję obserwować. Co tutaj okazało się takim triggerem?
- Na pewno potrzeba podjęcia tematu samotności, bo dla mnie przede wszystkim o tym jest ten film. Poza tym, po "Tyle co nic" wiedziałem, że Monika Kwiatkowska, która pojawiła się tam na drugim planie, zasługuje na główną rolę, i marzyłem, żeby jej jakąś zaproponować, zanim ktoś inny to zrobi (śmiech).
Taka forma "odkrywania" mniej znanych aktorów musi chyba być satysfakcjonująca dla reżysera. Podobnie było przecież z Arturem Paczesnym w twoim debiucie. Jestem pewien, że rola Moniki Kwiatkowskiej zostanie zauważona.
- Mam nadzieję, że w "Cudzych rzeczach" jest jeszcze paru aktorów i aktorek do zauważenia. Najbardziej cieszą mnie sytuacje, jak chociażby ta, kiedy Artur i Agnieszka Kwietniewska dostali nagrody na festiwalu w Gdyni. Zwłaszcza że jeszcze przed realizacją filmu pojawiały się głosy, że może lepiej postawić na bardziej znane twarze. To zresztą słyszy się na studiach reżyserskich - weź lepiej tego aktora, bo to jest bezpieczniejsze. Wydaje mi się, że to jest najgłupsza rzecz, jaką można powiedzieć w przypadku kina, bo bezpieczeństwo owszem jest ważne, ale jak się buduje wieżowiec w centrum Warszawy, a nie jak robisz film. Tutaj chodzi o to, żeby ryzykować.
To widać w obu twoich filmach.
- Poza wszystkim to są po prostu bardzo dobrzy aktorzy. Wraz z Agnieszką Skalską jeździmy po Polsce i robimy castingi u nich w teatrach. To daje nam możliwość lepszego poznania wielu osób, spędzenia z nimi trochę więcej czasu. Cieszę się, że możemy pokazywać tych aktorów, choć chyba bardziej mnie rozczarowuje, że niewiele osób tak robi. Szczególnie w mainstreamie. Bo w mniejszych produkcjach pojawiają się czasem wspaniałe castingi, jak chociażby u Jagody Szelc czy Bartka Kruhlika. Generalnie często obracamy się wokół tych samych twarzy. Warto spojrzeć dalej, bo mamy w polskich teatrach jeszcze wielu świetnych aktorów do odkrycia w kinie.
Dużo z Agnieszką zjeździliście do tego projektu?
- Dużo więcej niż w przypadku "Tyle co nic". Za nagrody w Gdyni kupiłem Opla Astrę w gazie i odwiedziliśmy prawie trzydzieści teatrów. To jest w ogóle bardzo przyjemna praca. Mogę też sobie pozwolić na to, żeby przerobić rolę albo nawet wymyślić ją dla aktora, który mnie zainspirował na spotkaniu. W odróżnieniu od reżyserów castingu zwykle funkcjonujących w określonej strukturze - scenarzysta, reżyser, producent. A ja robię castingi z producentką, mamy wspólny cel i się dogadujemy. Założenie zawsze polega na tym, żeby jak najwięcej zaczerpnąć z aktora jako człowieka, a trochę mniej kreować kogoś nieosiągalnego. Wszyscy mamy określone cechy fizyczne i psychiczne i często, kiedy udajemy kogoś zupełnie innego, to nie wychodzi. Niezależnie od granej roli, lepiej jak bohaterowie są w jakiś sposób zwyczajni, ludzcy. Mogą mieć swoje słabości, zupełnie jak aktorzy, którzy będą ich grać.
Od razu myślę tu o Darku, partnerze głównej bohaterki Kasi, który namawia ją do kradzieży. Kiedy mężczyzna wpada w poważne kłopoty, w niektórych momentach okazuje słabość, ludzką twarz. Odcienie szarości są ciekawsze niż czerń i biel?
- Wydaje mi się, że to już nie są czasy na czerń i biel w kinie. Trudno wykreować postać wyłącznie złą, może poza ekstremalnymi przypadkami kilku polityków na świecie, bo niemal wszyscy chcą dobrze. Tylko że ze swojej perspektywy. A to nie zawsze musi być korzystne dla innych. Darek jest postacią, która dobrze oddaje założenie, że ci bohaterowie kochają się na tyle, na ile potrafią. Ta druga część zdania jest bardzo ważna. Próbowałem zastanowić się nad wspólnym mianownikiem pomysłów, jakie chodzą mi po głowie. I zawsze podobały mi się historie o ludziach, którzy - jak ktoś to kiedyś ujął - chcą być kimś więcej i o to walczą, by na końcu zrozumieć, że samo bycie człowiekiem nie jest łatwe i ta walka wcale nie musi się zakończyć sukcesem. I to też jest OK. To jakiś szkielet moich historii.
Tematem przewijającym się przez te dwa filmy jest także wspomniana samotność. To duży problem współczesnego świata?
- Na pewno obserwujemy rozluźnienie relacji międzyludzkich, także rodzinnych. Mówi się o tym, że samotność to choroba Zachodu. To bliski mi temat. Myślę, że każdy chociaż raz w życiu poczuł się samotny. Małą inspiracją dla kontynuowania pracy nad tym pomysłem był Alfonso Cuarón, który w jednej z rozmów zapytany, o czym jest jego film "Roma", swoją wypowiedź podsumował słowami, że życie to współdzielone odczuwanie samotności. To zdanie stało się mottem mojego projektu.
Samotność to coś, co dobrze znasz?
- Myślę, że w teksty wkładam sporo siebie, choć staram się to pozakrywać, żeby za bardzo nie było widać. Z drugiej strony tematy, które mnie dotykają, są uniwersalne, ale to też nie jest żadna kalkulacja. Kiedy pracowaliśmy nad "Tyle co nic", wiele jeździliśmy po Polsce, pukaliśmy ludziom do domów, poznawaliśmy ich. To jest chyba najprzyjemniejsze w robieniu filmów. Możliwość nauczenia się czegoś od innych. Gdybym miał podsumować wszystkie takie sytuacje, jeszcze z czasów szkoły filmowej, to chyba jednak więcej poznałem osób samotnych, które częściej bywały nieszczęśliwe niż szczęśliwe. Ale byli też tacy potrafiący doceniać te dobre momenty.
- W ogóle wydaje mi się, że w obecnych czasach Polska jest bardzo ciekawym miejscem do obserwowania i jesteśmy społeczeństwem, które w jakimś sensie jest zwierciadłem Europy. Realistyczne opowiedzenie o naszym kraju to już historia o większym kawałku świata.

Dlaczego Kasia, bohaterka "Cudzych rzeczy", kradnie? Czy to jest tak, że zawiódł ją system i nie ma innej alternatywy?
- Myślę, że ten brak alternatywy to zawsze mocny i najbardziej dramatyczny powód. W przypadku Kasi przyjrzałbym się jeszcze jej relacji z Darkiem. Ona może nie być świadoma tego, co potrafi i kim jest, do momentu kiedy zdana jest sama na siebie. To trochę tak jak orzeł, który wychował się z kurami i jest przekonany, że nie umie latać, dopóki ktoś go nie zepchnie ze skarpy. W momencie kiedy Kasia nie ma wyjścia i musi sama sobie poradzić, okazuje się, że może jednak jest kimś innym, niż początkowo myślała. Ale jestem też otwarty na różne interpretacje jej zachowania. Tak naprawdę bardziej od tego, co ja mam do powiedzenia na temat filmu, interesuje mnie to, co myślą inni.
Ciekawa jest też granica między kłamstwem, jakiego się dopuszcza, a chwilą, kiedy zaczyna wierzyć i żyć historią, która stała się jej udziałem.
- To było dla mnie bardzo ważne. Jeden z moich ulubionych filmów - "Duża ryba" Tima Burtona podejmuje temat narracji i tego, że nasze życie jest takie, jak o nim opowiemy. I jak było w jednym z tekstów O.S.T.R.: "Czasami najpiękniejsza prawda to szaleństwo".
Pytaniem, które narzuca się podczas oglądania twojego filmu, jest to, czy kłamstwo finalnie może przynieść coś dobrego?
- Pisanie tego scenariusza miało być próbą zastanowienia się nad tym problemem. Przyglądamy się, czy kłamstwo dało tym ludziom więcej złego niż dobrego. Jest też wątek sąsiadki Kasi, starszej kobiety o imieniu Irena. Tutaj z kolei można się zastanowić, czy lepiej zrobić coś złego, niż kogoś w ogóle nie zauważyć. Myślę, że bycie niewidzialnym to coś najgorszego w dzisiejszym społeczeństwie.
Wiele się mówi o tym, że po udanym debiucie trudno robi się drugi film, chociażby ze względu na oczekiwania. Jak było w twoim przypadku?
- Andrzej Wajda powiedział kiedyś, że nie czyta recenzji, ani dobrych, ani złych, żeby tą windą nie być zabieranym w żadną ze stron. Trochę go posłuchałem. Myślę, że najważniejsze dla mnie jest to, po co coś robisz. Bardzo lubię etap pisania scenariusza, bo tam w zasadzie wszystko można. Dzisiaj będzie czerwona łódź podwodna, a jutro zmienię na zieloną i nikomu to nie będzie przeszkadzało. Później na planie już się nie da. Staram się wymyślać bohaterów i świat, w którym czuję się lepiej niż w prawdziwym życiu. Przyjemnie mi pobyć w tej rzeczywistości, jaką rozwijam w tekstach.
- Może to zabrzmi dziwnie, ale pisząc, w jakimś sensie odkładam na bok fakt, że będziemy starać się o pieniądze na film i że będę chciał go nakręcić. Myślę raczej o tym, żeby to było w jakiś sposób kojące. Tak naprawdę robienie filmów to taka ucieczka, która z powrotem sprowadza do rzeczywistości. Dlatego dla mnie to bardziej terapia niż kariera.
To chyba nie takie oczywiste podejście.
- Jestem świadomy, że jeśli dalej będę robił filmy, to przyjdzie taki, który zostanie skrytykowany. To się po prostu musi wydarzyć. Fajnie się też tego nie bać. Na razie zrobiłem dwa filmy takie, jak chciałem, a nie jak by ktoś oczekiwał. To były moje małe marzenia, cele. Nikt mi nie stał nad głową, a to też nie jest w tej branży oczywiste. Jean-Luc Godard powiedział kiedyś, że niski budżet daje wolność. Trudno się z tym nie zgodzić.
"Cudze rzeczy" mają światową premierę na festiwalu w Wenecji w konkursie Horyzonty. Duża rzecz dla reżysera będącego wciąż na początku swojej drogi.
- Zgłosiliśmy film do Wenecji, bo szkoda by było nie spróbować, ale tak naprawdę na nic się nie nastawialiśmy. Zresztą byliśmy wtedy w trakcie montażu. Dowiedziałem się o tym od producentki i pomyślałem od razu, że trzeba szybko skończyć film, bo jeszcze mieliśmy trochę pracy przed sobą. Moje pierwsze myśli związane też były z Moniką, która gra w "Cudzych rzeczach" główną rolę. Pamiętam, jak poznaliśmy się w małym pokoju w Białymstoku, na castingu do mojego debiutu. Przyszła tylko dlatego, że zaprosiliśmy cały jej teatr. Opowiadała mi potem, że po studiach poszła na jeden casting do reklamy, ale był on tak nieprzyjemny, że odpuściła sobie na następne 15-20 lat. I dopiero przyszła do nas. Od razu wiedziałem, że musimy ją mieć. Mogę się jedynie cieszyć, że zgodziła się brać udział w tych projektach.
To będzie twój pierwszy festiwal w Wenecji. Czego się spodziewasz?
- Mam nadzieję, że zobaczę Wenecję i dużo filmów. Choć wcale nie tak łatwo zdobyć na nie bilety. W konkursie głównym pokazywany będzie nowy film jednego z moich ulubionych reżyserów, jakim jest Lee Chang-dong. Jeżeli miałbym podać jakąś dalszą referencję dla "Cudzych rzeczy", to zdecydowanie on. Niesamowite w jego filmach jest to, że masz bohaterów i sytuacje, które są ci całkowicie obce, a z jakichś powodów jesteś blisko tych postaci. O to w tym wszystkim chodzi. Wydaje mi się też, że tym łącznikiem jest samotność. Jeżeli oglądam film i poczuję, że postać dzieli ze mną to uczucie, to jest mi do niej bliżej. Może właśnie ta samotność jest spoiwem, a nie świat, w którym się rozgrywa opowieść.
Miałeś inne, może równie nieoczywiste inspiracje?
- "Cudze rzeczy" to w pewnym sensie film drogi. Nasza bohaterka podróżuje od jednej postaci do drugiej. Nie byłem pewien, czy to jest dobry pomysł, ale jedną z rzeczy, która mnie utwierdziła, że może jednak tak, była gra komputerowa "Death Stranding". Jej twórca Hideo Kojima opowiadał, że zależało mu na tym, by gracz poczuł samotność. I świadomy pomysł autora na jej podbicie polegał na tym, że jesteś postacią, która podróżuje jako taki łącznik po różnych samotnych postaciach. Kiedy zobaczyłem, że facet, który robi gry, myśli w ten sposób, a nigdy nie słyszałem, żeby jakiś reżyser filmowy wypowiadał się w podobnym tonie, to uznałem, że skoro on robi tak w grze, to i może mnie się uda w filmie. Najpiękniejsze inspiracje to jednak zawsze są podsłuchane rozmowy, zwyczajne, codzienne sytuacje na ulicy, w pociągu.
Często je obserwujesz?
- Staram się być czujny.














!["Syrenka Picassa" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NEZK2I1N5RI8K-C401.webp)