"Zima pod znakiem Wrony" to opowieść o szarej Polsce czasu komuny i wprowadzeniu stanu wojennego, widzianej z innej perspektywy niż ta, którą znamy z lekcji historii czy narodowych narracji. Patrzymy na te wydarzenia oczami obcokrajowca, a konkretnie brytyjskiej profesorki psychiatrii przybyłej do Warszawy na gościnny wykład na uniwersytecie. Mimo że film osadzony jest w bardzo konkretnych realiach historycznych, nowe spojrzenie dodaje tej opowieści uniwersalnej wartości, a rzeczywistość, na jaką obecnie spoglądamy, sprawia, że film staje się coraz bardziej aktualny.
"Zima pod znakiem Wrony" miała światową premierę na festiwalu w Toronto, który jest świetną ekspozycją na rynek amerykański. "Debiutancki pokaz to najbardziej stresujący moment. Często reakcje po nim kształtują dalsze losy filmu" - przekonuje Kasia Adamik. A te rysują się w jasnych barwach, bo pierwsze spotkanie z publicznością oraz międzynarodową krytyką wypadło bardzo okazale.
W Europie film Kasi Adamik premierowo został pokazany na prestiżowym festiwalu w San Sebastián. "Robienie filmu to długi i trudny proces. Często zdarza się, że film gdzieś przepada, nie zaistnieje, co jest przykre dla całej ekipy, aktorów, producentów. Trzeba mieć szczęście, żeby trafić na odpowiedni festiwal. Jesteśmy ogromnie szczęśliwi, że nam się udało. Zwłaszcza że mamy już hiszpańskiego dystrybutora, co też na pewno pomoże zaistnieć na arenie międzynarodowej" - dodaje reżyserka. Mało tego, "Zima pod znakiem Wrony" była filmem zamknięcia 73. edycji imprezy, goszczącej w tym roku m.in. Angelinę Jolie, Jennifer Lawrence, Pedro Almodóvara czy Colina Farrella.
Kuba Armata: Za panią projekcja w Toronto. Jak publiczność przyjęła opowieść o stanie wojennym w Polsce, co mogłoby wydawać się dość hermetycznym tematem?
Kasia Adamik: - Film spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. Wśród widzów była niewielka grupa Polonii, ale przeważali Amerykanie. Padało wiele pytań dotyczących kontekstu historycznego, stanu wojennego. Pytano, co to oznaczało dla Polski i w ogóle dla Europy w tamtych czasach. Dokładnie o to nam chodziło - żeby pokazać różnicę doświadczeń między Wschodem a Zachodem. Bo choć dziś jesteśmy częścią zachodniego świata, należymy do Unii Europejskiej, nasze doświadczenia związane z XX wiekiem są bardzo odmienne i wyjątkowe. Przeżycie ich bardziej emocjonalnie niż tylko w sposób informacyjno-historyczny pozwala poczuć, czym był totalitaryzm i co oznaczał dla człowieka. Powrót do totalitaryzmu, zamknięcie, utrata kontroli nad codzienną rzeczywistością. To coś, co zagraża obecnie Europie i światu. W miarę prac nad filmem, a trwały one dwanaście lat, docierało do nas, że film staje się niestety coraz bardziej aktualny.
Można by powiedzieć, że moment wprowadzenia stanu wojennego, jaki miał miejsce 13 grudnia 1981 roku, uniwersalizuje się w filmie i wykracza poza kontekst historyczny.
- To było dla mnie bardzo ważne, a pierwsze pokazy przekonują, że się udało. Publiczność odbiera film niezwykle intensywnie, wchodzi w tę historię. Zależało mi jednak nie tylko na uniwersalnym odbiorze za granicą, ale też na dotarciu do młodszego pokolenia w Polsce, które nie może pamiętać tamtych czasów. Liczę, że do nich trafi, zwłaszcza że ta opowieść nie wymaga wcale wiedzy historycznej bądź osobistych wspomnień związanych ze stanem wojennym. Podczas festiwalu w Toronto miałam też okazję porozmawiać z obecnymi na sali osobami z Polonii, które pamiętają tamte wydarzenia. Byli poruszeni. Nasz film dotknął ich wspomnień w osobisty i głęboki sposób.
A jakie są pani wspomnienia z tamtego czasu, kiedy była pani małą dziewczynką?
- Film powstał także z moich osobistych wspomnień. Miałam dziewięć lat, gdy wprowadzono stan wojenny. Jest w filmie scena, kiedy mała dziewczynka chce oglądnąć "Teleranek", a na ekranie pojawia się generał Jaruzelski. To moje doświadczenie. Mieszkaliśmy na Ursynowie, który wtedy był ogromnym placem budowy. Wszystko było jeszcze surowe, świeżo zbudowane. Wyspa szarych budynków, błotnista ziemia niczyja. Te wspomnienia mają w sobie coś postapokaliptycznego. Szczególnie w wyobraźni dziecka, gdzie jeszcze się to wyostrza, staje się bardziej wyraziste. Chciałam oddać to, co pamiętam. Nie chodziło o stuprocentowy realizm, ale o coś lekko fantasmagorycznego. To budzi atawistyczne skojarzenia. Wszyscy gdzieś w głębi duszy znamy takie przestrzenie.
Ostatnie lata komuny przypadły na okres, który dla pani jako nastolatki był formujący.
- Przyglądałam się temu bardziej z perspektywy obserwatora. Po wybuchu stanu wojennego wyemigrowałam z mamą do Francji, a raczej dojechałam do niej, bo w tamtym czasie ona była za granicą. Wyjechałam z Polski latem 1982 roku, a wróciliśmy dopiero w 1989, już po upadku komuny. Wcześniej nie można było podróżować i nie mieliśmy możliwości powrotu do Warszawy. Wtedy wydawało mi się, że to taki wyjazd na zawsze. Dla małego dziecka szczególnie traumatyczny. Zostałam wyrwana z całej mojej rzeczywistości - języka, kraju, rodziny, znajomych. Nagle znalazłam się w zupełnie innym świecie, nie znając ani słowa po francusku. Przez to, że przez długi czas nie wracałam do Polski, istniała ona dla mnie tylko w sennych, mglistych wspomnieniach.
Stąd potrzeba zrobienia tego filmu?
- To był główny powód, dla którego chciałam zaadaptować, a raczej zainspirować się krótką nowelką Olgi Tokarczuk. Kiedy ją przeczytałam, miałam wrażenie, że opisuje dokładnie to, co czułam jako nastolatka we Francji. Zupełnie jakby to były moje własne wspomnienia. Absurdalny, wyostrzony, dziwny świat, a jednocześnie nieco zniekształcony przez wspomnienia. Olga Tokarczuk uchwyciła to w swojej nowelce raptem na ośmiu czy dziewięciu stronach. Nasz film to bardziej impresja niż dosłowna adaptacja. Wraz z autorem zdjęć Tomaszem Naumiukiem oraz scenografką Olą Kieszkowską chcieliśmy, żeby ten świat był realistyczny, ale zarazem nieco wyostrzony, by nadać mu bardziej ekspresyjny charakter. Doświadczenia komunizmu, poczucia zamknięcia, znalezienia się w schizofrenicznej sytuacji, gdzie traci się kontrolę nad sobą i światem, a reguły są niezrozumiałe, w dodatku ciągle się zmieniają. To taki kafkowski świat. Miasto jest jak labirynt, z którego nie można się wydostać.
Zaczęło się w 2017 roku od "Pokotu", który zrobiła pani z mamą, a był on adaptacją powieści "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Teraz z kolei krótkie opowiadanie - "Profesor Andrews w Warszawie". Co jest tak fascynującego w literaturze Olgi Tokarczuk, że chce ją pani przekładać na język kina?
- Pomysł na adaptację tej nowelki pojawił się jako pierwszy, ale dopiero po latach udało się go zrealizować. Kiedy pracowałyśmy nad "Pokotem", zwróciłam się do Olgi z prośbą o prawa do opowiadania. Wspomniałam jej, jak bardzo osobiste wspomnienia we mnie ono wywołuje. Okazało się, że dosłownie kilka miesięcy wcześniej przekazała prawa młodej niemieckiej scenarzystce Sandrze Buchcie. Na szczęście Olga nas połączyła i okazało się, że świetnie się dogadujemy. Olga pisze bardzo filmowo, niezwykle obrazowo. Jej książki są zawsze inspirujące. Nawet w jej poważniejszych dziełach jest coś, co bardzo cenię - humor i pewna lekkość. To przymrużenie oka i zabawa w świecie Olgi Tokarczuk są jednak trudne do przełożenia na język kina. W tym bardzo nam pomogła wcielająca się w główną rolę Lesley Manville.

W jaki sposób?
- Jej talent sprawił, że potrafiła jednym spojrzeniem, delikatną miną czy mową ciała wnieść humor nawet do poważnych scen. Brytyjczycy mają niesamowity dar do czarnego humoru. Lesley potrafiła nagle wydobyć coś zabawnego w nieśmiesznej sytuacji. Pracowaliśmy nad tym, żeby zachować subtelne spojrzenia, uśmieszki, reakcje, tak by nie wszystko było stuprocentowo poważne.
To duże aktorskie nazwisko - współpracowniczka Mike'a Leigh, nominowana do Oscara za "Nić widmo" Paula Thomasa Andersona. Jak do was trafiła?
- Każdy ma listę marzeń aktorów, z którymi chciałby pracować. Do tego, by się ziściło, często prowadzi długa i żmudna droga. Zgłoszenie się do takiej aktorki wymaga cierpliwości, bo odpowiedź wcale nie musi przyjść tak szybko. Na szczęście scenariusz bardzo jej się spodobał i weszła w tę dziwną przygodę, chyba nie do końca wiedząc, na co się pisze. Tacy aktorzy jak Lesley, kiedy widzą w roli coś, co ich ekscytuje, są gotowi wskoczyć nawet w najbardziej szalone projekty.
Wspomniała pani, że film z czasem nabierał aktualności. Czy chęć zrealizowania go była też związana z tym, jak postrzega pani dzisiejszą rzeczywistość - trochę kafkowską, niepokojącą, osaczającą?
- To na pewno miało wpływ na proces powstawania tego filmu. Nagła zmiana rzeczywistości z dnia na dzień. Widzieliśmy, co stało się w Ukrainie czy nawet w Ameryce. Nagle budzisz się w zupełnie innej rzeczywistości. Mieliśmy to z tyłu głowy. Nie przepisywaliśmy co prawda scenariusza, ale docierało do nas, że film staje się coraz bardziej aktualny.
W opowiadaniu Olgi Tokarczuk, a za nim także w filmie spoglądamy na stan wojenny z perspektywy osoby z zewnątrz. Pozwala to uniknąć pewnych pułapek związanych z narodową narracją, jak patos czy mitologizacja.
- Siłą opowiadania Olgi jest to, że pozwala doświadczyć historii bez tego ciężaru. Nasza bohaterka porusza się w stanie wojennym w totalnej niewiedzy, nie zna reguł. Mówi się zresztą o naszym filmie jako o antythrillerze zimnowojennym, bo nie ma tu klasycznej intrygi szpiegowskiej. Ona rozgrywa się na poziomie niedostępnym dla bohaterki, dzięki czemu doświadczenie stanu wojennego nabiera szerszego kontekstu. Perspektywa osoby z zewnątrz, która nie rozumie, co się dzieje wokół niej, zwalnia nas z konieczności wyjaśniania wszystkiego. Subiektywne zanurzenie w zagmatwanym świecie pomogło nam pod względem narracyjnym. Im mniej wiedziała bohaterka, tym mniej musiał wiedzieć widz.
- Wyzwaniem dla nas było wytworzenie poczucia stresu, zagubienia bez tradycyjnej warstwy narracyjnej opartej na intrydze.
Jest w filmie scena, która dla mnie stanowi metaforę dwóch rzeczywistości z tamtego czasu - zachodniej i naszej. Bohaterka wchodzi do sklepu, gdzie sprzedawane są karpie - żywe lub martwe. Ona kompletnie nie wie, o co chodzi, a dla nas to przecież oczywisty, związany z Bożym Narodzeniem zwyczaj.
- Dla zagranicznej publiczności żywy karp, który pływa w mieszkaniu w wannie, to totalne science fiction, czyste szaleństwo. Myślę, że niektórzy mogą nawet uznać, że to jest wymyślone i nic takiego nie miało miejsca. Również takie smaczki sprawiają, że ten świat może być intrygujący dla widzów z zagranicy. Jest zresztą w filmie kilka nostalgicznych momentów, jak chociażby nawiązanie do słynnego zdjęcia Chrisa Niedenthala przedstawiającego kino Moskwa, na którym wisi plakat "Czasu Apokalipsy". To momenty, które będą zupełnie inaczej odbierane w Polsce i za granicą. Dla nas wspomnienia, a dla zagranicznych widzów egzotyka.
Niemożność komunikacji jest dla mnie metaforą kondycji człowieka we współczesnym świecie, pełnym podziałów i nieporozumień.
- Chciałam, żeby film oddawał uczucie zagubienia i trudności w porozumieniu, które jest tak uniwersalne i aktualne. To metafora naszych podziałów. Nie potrafimy już ze sobą rozmawiać. Społeczeństwo jest tak spolaryzowane, jakbyśmy byli z antypodów. Nie dotyczy to tylko języka, ale też światopoglądu i wszystkiego innego. Mieliśmy nawet pomysł, żeby w ogóle nie tłumaczyć polskich dialogów na angielski, by widz mógł naprawdę doświadczyć tego kompletnego niezrozumienia. Brak możliwości porozumienia był dla nas kluczowy. I to w naszych czasach, gdzie mimo globalnej komunikacji, internetu, tłumaczeń na żywo rozumiemy się coraz mniej i nie potrafimy się ze sobą dogadać.
Przyglądając się dzisiejszej rzeczywistości, nie obawia się pani, że pewnego dnia z telewizji popłynie komunikat zbliżony do tego, który zastąpił "Teleranek"?
- Obawiam się. Nie mam dobrych przeczuć co do przyszłości, zarówno Europy, jak i świata. Myślę, że warto przypominać ludziom, czym jest totalitaryzm. Szybko zapominamy, jak wyglądał świat w tamtych czasach. Ta "szczepionka" przeciwko totalitaryzmowi, faszyzmowi czy innym mrocznym momentom historii, które ukształtowały europejską tożsamość, staje się coraz mniej skuteczna. Wisi nad nami cień wojny, to bardzo newralgiczny moment. Może jeszcze jest czas, żeby zareagować i się zmobilizować. Nie jestem optymistką, ale wierzę, że w kluczowym momencie, przyparci do muru, jesteśmy w stanie się zjednoczyć. A przynajmniej mam taką nadzieję. Podczas jednego ze spotkań z publicznością ktoś zapytał, jak to jest, że Polacy tak dobrze radzą sobie w walce z totalitaryzmem, a ktoś inny rzucił, że jesteśmy świetni w powstaniach. Tyle że ja nie wiem, czy fakt, że mieliśmy ich tyle, oznacza, że jesteśmy w tym dobrzy czy źli.
















