Millennium Docs Against Gravity to dziś nie tylko największy festiwal kina dokumentalnego w Polsce, ale także jedno z najważniejszych wydarzeń filmowych w Europie. Od lat przyciąga publiczność zainteresowaną ambitnym, zaangażowanym i formalnie odważnym kinem, które staje się punktem wyjścia do rozmów o współczesnym świecie.
Karol Piekarczyk, dyrektor artystyczny Millennium Docs Against Gravity, od lat współtworzy program wydarzenia i odpowiada za jego międzynarodowy charakter oraz artystyczny profil. W rozmowie z Sylwią Szostak dla serwisu Interia Film opowiada o tym, jak dziś definiuje tożsamość festiwalu i w jaki sposób zmienia się współczesne kino dokumentalne.
Sylwia Szostak, Interia: Jak dziś definiujesz tożsamość Millennium Docs Against Gravity? Co odróżnia MDAG od innych festiwali kina dokumentalnego?
Karol Piekarczyk: - Od początku bardzo ważna była dla nas wspólnotowa tożsamość festiwalu. Zanim Millennium Docs Against Gravity stał się wydarzeniem o międzynarodowej skali i tak dużej frekwencji, ogromny nacisk kładliśmy na rozwój publiczności i budowanie relacji z widzami. Prowadziliśmy badania, rozmawialiśmy z uczestnikami i wsłuchiwaliśmy się w ich potrzeby, żeby festiwal był czymś więcej niż tylko przeglądem filmów - raczej wspólnym doświadczeniem i świętem kina dokumentalnego. Oczywiście te filmy najlepiej ogląda się na dużym ekranie, bo są znakomicie zrealizowane wizualnie, ale równie ważne jest dla nas samo wspólne przeżywanie emocji.
- Dla mnie największym sukcesem Millennium Docs Against Gravity jest sytuacja, w której ktoś przychodzi na festiwal i wychodzi z poczuciem, że zdecydowana większość z tych filmów była naprawdę bardzo dobra i przynajmniej część z nich zostanie z widzami na dłużej. Mam nadzieję, że właśnie takie doświadczenia budują później prawdziwą pamięć festiwalu i sprawiają, że kino dokumentalne zostaje z publicznością także długo po zakończeniu seansu.
- Chcemy, żeby festiwal kojarzył się przede wszystkim z wysoką jakością i starannie wyselekcjonowanym programem.
Jakie są dziś największe marzenia lub ambicje programowe MDAG na kolejne lata?
- Jeśli chodzi o plany na kolejne lata, jesteśmy właśnie w trakcie szerszego procesu ewaluacji i wypracowywania długofalowej strategii rozwoju Millennium Docs Against Gravity. To naturalny moment, bo w pewnym sensie staliśmy się też zakładnikami własnego sukcesu, praktycznie co roku dzieje się wokół festiwalu coś dużego, skala wydarzenia stale rośnie, a wraz z nią rosną również oczekiwania publiczności, branży i nasze własne ambicje. Jednocześnie bardzo świadomie myślimy o dalszym rozwoju.
- W zeszłym roku festiwal zgromadził około 180 tysięcy widzów w całej Polsce i dziś naszym celem nie jest już nieograniczone powiększanie skali wydarzenia. Zależy nam raczej na utrzymaniu jakości doświadczenia i odpowiednim zaopiekowaniu się publicznością oraz partnerami. Dlatego ostrożnie podchodzimy do pomysłu dodawania kolejnych lokalizacji czy nadmiernego rozrastania się, chcemy rozwijać się odpowiedzialnie i w zgodzie z tym, co od początku było fundamentem MDAG.
- Rozwijając sekcję industry Millennium Docs Against Gravity, cały czas staramy się znaleźć równowagę między skalą wydarzenia a zachowaniem jego bardziej kameralnego charakteru. Chcemy tworzyć przestrzeń, w której ludzie mają czas, żeby naprawdę się poznać, porozmawiać i zastanowić nad potencjalną współpracą. A te współprace rzeczywiście się rodzą, również w obszarze koprodukcji międzynarodowych. Nie interesuje nas jednak model oparty wyłącznie na szybkich networkingowych spotkaniach, gdzie rozmowy trwają kilka minut i uczestnicy biegną dalej na kolejne. Zależy nam na bardziej jakościowym podejściu, jeśli już tworzymy przestrzeń do współpracy, chcemy, żeby była ona dobrze zaprojektowana i dawała szansę na autentyczne relacje oraz realne efekty.
Dużo mówisz o publiczności - jakie macie sposoby na badanie waszej publiczności?
- Jednym z najważniejszych narzędzi pomagających nam zrozumieć publiczność Millennium Docs Against Gravity jest po prostu bardzo dokładna analiza zachowań widzów. Zaczęliśmy przede wszystkim od badań publiczności i zawsze robi to zewnętrzna firma. Sprawdzamy sprzedaż biletów, godziny seansów, zainteresowanie konkretnymi tematami czy to, jak na frekwencję wpływają spotkania z twórcami i wydarzenia towarzyszące. Po każdym festiwalu wszystko szczegółowo analizujemy i wyciągamy z tego wnioski przy planowaniu kolejnych edycji.
- Z badań wyszło, że ogromnym problemem był dla widzów "niemożliwy wybór", czyli sytuacja, w której dwa interesujące filmy nakładały się na siebie, a uczestnicy mieli poczucie, że jeśli wybiorą jeden, drugiego już nie będą mieli szansy zobaczyć podczas festiwalu. To właśnie wtedy podjęliśmy świadomą decyzję, że nie chcemy bez końca zwiększać liczby tytułów w programie. Oczywiście z perspektywy widza 170 czy 200 filmów może wydawać się ogromną liczbą, ale w rzeczywistości to wcale nie jest tak dużo. Wiele międzynarodowych wydarzeń o podobnej skali publiczności pokazuje po 300, 400 filmów. My zdecydowaliśmy się pójść w inną stronę: zamiast stale poszerzać program, wolimy zwiększać dostępność konkretnych tytułów. Dlatego nasze filmy mają zwykle więcej pokazów niż na wielu innych festiwalach. Dostaliśmy mnóstwo pozytywnego feedbacku, że dzięki temu planowanie własnego harmonogramu jest znacznie łatwiejsze i bardziej komfortowe.
A jak wyglądają wasze relacje z Krakowskim Festiwalem Filmowym? Czy tutaj jest możliwa współpraca?
- Programując Millennium Docs Against Gravity, przede wszystkim skupiamy się na tym, żeby pokazywać filmy, które uważamy za najciekawsze i najważniejsze, to zawsze pozostaje naszym priorytetem. Rzeczywiście część dużych międzynarodowych premier czy tytułów, które później walczą o Oscary, trafia właśnie do nas, co oczywiście może być pewnym wyzwaniem dla Krakowskiego Festiwalu Filmowego, odbywającego się chwilę później w kalendarzu festiwalowym. Mam jednak wrażenie, że część narracji o rzekomej "wojnie festiwali" jest dziś już mocno anachroniczna i wynika z myślenia sprzed dekady czy nawet dwóch. W praktyce środowisko festiwalowe w Polsce jest znacznie bardziej współpracujące niż rywalizujące. Znamy się, rozmawiamy ze sobą, konsultujemy różne pomysły i wymieniamy doświadczeniami. Nie ma między nami żadnej niezdrowej konkurencji. Na końcu wszyscy pracujemy przecież na rzecz tego samego celu - budowania publiczności kinowej i kultury festiwalowej w Polsce.
- Bardzo chciałbym też, żeby polskie festiwale zaczęły mocniej współpracować w obszarze dostępności. To ogromne wyzwanie organizacyjne i finansowe, wymagające dużych zasobów pracy oraz know-how. Właśnie w takich kwestiach moglibyśmy realnie sobie pomagać - dzielić się doświadczeniem, rozwiązaniami czy nawet kosztami związanymi z przygotowaniem dostępnych pokazów. Tym bardziej że wiele filmów pojawia się później na różnych festiwalach w różnych miastach, więc wspólne działania w tym zakresie wydają się bardzo naturalne i korzystne dla wszystkich stron. Oczywiście układ kalendarza festiwalowego bywa czasem trudny i rozumiem, że może rodzić pewne napięcia organizacyjne, ale absolutnie nie postrzegam relacji z Krakowskim Festiwalem Filmowym w kategoriach konfliktu czy niezgody.
Jak rozumiesz kwestie dostępności w kontekście organizacji festiwalu filmowego?
- Dostępność jest dla Millennium Docs Against Gravity jednym z kluczowych tematów i bardzo dużo o niej rozmawiamy, bo widzimy też, że świadomość w tym obszarze na szczęście zaczyna się zmieniać. Co ważne, kiedy mówimy o dostępności w kinie, nie chodzi wyłącznie o osoby z niepełnosprawnościami. To znacznie szersza grupa widzów, również osoby starsze, osoby tracące wzrok czy widzowie, którzy mają trudność z czytaniem napisów. Nowe technologie naprawdę otwierają tu ogromne możliwości.
- Dzięki aplikacji "Kino Dostępne" można dziś korzystać z audiodeskrypcji opisującej to, co dzieje się na ekranie, albo z polskiego lektora odtwarzanego indywidualnie w słuchawkach. To rozwiązanie świetnie sprawdza się także w przypadku rodzin z dziećmi. Wiele filmów festiwalowych ma napisy, a młodsi widzowie często po prostu nie nadążają jeszcze z ich czytaniem. Dzięki lektorowi dzieci mogą komfortowo oglądać film razem z rodzicami i cała rodzina może uczestniczyć w festiwalu wspólnie. Bardzo ważne jest też to, że takie rozwiązania pozwalają uniknąć tworzenia "oddzielnych" pokazów dla konkretnych grup widzów. Osoba potrzebująca audiodeskrypcji może przyjść na seans z partnerem czy znajomymi, którzy jej nie potrzebują, i wszyscy oglądają ten sam pokaz na własnych zasadach. To daje dużo większy komfort i poczucie wspólnego uczestnictwa w kulturze. I właśnie dlatego uważam, że są to naprawdę świetne rozwiązania, które powinny stawać się standardem w kinach i na festiwalach.
Czy zauważasz obecnie globalne trendy w kinie dokumentalnym - formalne lub tematyczne?
- Kino dokumentalne bardzo wyraźnie reaguje dziś na zmieniające się społeczne nastroje i tematy, którymi żyjemy. Jeszcze dekadę temu dominowało wiele filmów ekologicznych i aktywistycznych, często bardzo alarmistycznych, opowiadających o katastrofie klimatycznej i końcu świata. Dziś twórcy nadal podejmują temat zmian klimatu, ale coraz częściej robią to w inny sposób: pokazując piękno planety i próbując budować emocjonalną więź z naturą, zamiast operować wyłącznie językiem katastrofy.
- Od kilku lat bardzo wyraźnie widać też ogromne zainteresowanie tematami psychologicznymi i terapeutycznymi. W Millennium Docs Against Gravity doskonale obserwujemy to zarówno po frekwencji na seansach, jak i po zainteresowaniu wydarzeniami towarzyszącymi. Sekcje skupione wokół relacji międzyludzkich, emocji czy zdrowia psychicznego niezmiennie przyciągają publiczność. Widzowie chcą dziś nie tylko oglądać filmy, ale też rozmawiać o własnych doświadczeniach, dzielić się emocjami i szukać przestrzeni do refleksji.
- Są też oczywiście obszary, które pozostają ważne niezależnie od zmieniających się trendów. Wiemy, że publiczność zawsze będzie wracać do filmów muzycznych, kina zaangażowanego społecznie czy opowieści dotyczących praw człowieka. To tematy, które od lat stanowią jeden z fundamentów kina dokumentalnego i festiwalowej publiczności. Wyraźnie widzimy dziś, że zarówno w przypadku publiczności kinowej, rośnie znaczenie "eventowości" seansów. Widzowie coraz częściej szukają w kinie czegoś więcej niż samego filmu. Jeśli pokazowi towarzyszy dodatkowa wartość, spotkanie z twórcami, debata, rozmowa czy wyjątkowy kontekst, zainteresowanie jest od razu dużo większe.
Jak zmienił się dokument pod wpływem platform streamingowych? Czy Netflix, HBO wpłynęły na język i konstrukcję współczesnych dokumentów?
- Był moment, kiedy platformy streamingowe bardzo mocno inwestowały w kino dokumentalne, nie tylko produkując własne tytuły, ale też kupując gotowe filmy z rynku festiwalowego. Dziś ten model nadal funkcjonuje, choć już w nieco mniejszej skali. Bardzo często platformy wchodzą w projekt na etapie domykania budżetu filmu, kiedy brakuje ostatnich środków potrzebnych do zakończenia produkcji. W takiej sytuacji twórcy naturalnie chcą szybko podpisać umowę, bo te pieniądze są po prostu niezbędne, żeby film powstał. Problem polega jednak na tym, że czasem odbywa się to kosztem dalszego życia filmu, festiwalowego czy kinowego.
- Przez pewien czas priorytetem platform było przede wszystkim jak najszybsze umieszczenie filmu w streamingu. Zdarzało się, że film miał jedną dużą premierę, na przykład na Sundance Film Festival, a chwilę później trafiał już na platformę, praktycznie zamykając sobie możliwość dalszej obecności na festiwalach czy w kinach. Mam jednak poczucie, że sytuacja zaczyna się zmieniać. Twórcy coraz lepiej negocjują warunki współpracy, a platformy również zaczynają rozumieć, że życie festiwalowe i kinowe może pomóc filmowi, a nie mu zaszkodzić.
- W tegorocznym Konkursie Głównym Millennium Docs Against Gravity mamy filmy związane zarówno z Netflix, jak i Disney poprzez markę National Geographic. I okazało się, że platformy były gotowe przesunąć swoje okna streamingowe po to, żeby filmy mogły zostać pokazane na festiwalu. Oczywiście pomaga tu status MDAG jako festiwalu kwalifikującego do Oscara, ale pokazuje to też, że dialog jest możliwy. Dobrze prowadzona współpraca między festiwalami a streamerami może być korzystna dla wszystkich stron.
Czy w procesie selekcji ważniejsza jest dla ciebie aktualność tematu czy oryginalność formy?
- W Konkursie Głównym temat filmu oczywiście pozostaje bardzo ważny, ale równie istotny jest dla nas poziom formalny i filmowy. To sekcja, do której trafiają przede wszystkim produkcje wyróżniające się artystycznie, szukamy kina odważnego formalnie, dobrze zrealizowanego i proponującego coś więcej niż tylko ważny temat. W zespole programowym przyświeca nam pozornie prosta idea: wybrać po prostu najlepsze filmy. Oczywiście za tym stoi mnóstwo dyskusji i wymiany perspektyw, bo właśnie dzięki różnorodnym opiniom możemy spojrzeć na program szerzej i bardziej świadomie budować konkurs.
- W ostatnich latach pojawił się też dodatkowy kontekst związany ze statusem festiwalu kwalifikującego do Oscara. To z jednej strony ogromne wyróżnienie, ale też pewnego rodzaju odpowiedzialność. Coraz częściej myślimy więc o tym, które filmy mają potencjał, by zaistnieć później również w międzynarodowym obiegu nagród. Interesują nas także produkcje, którym wyróżnienie na MDAG mogłoby realnie pomóc w dalszej drodze festiwalowej czy oscarowej. Czasem próbujemy więc wyłapywać takie "czarne konie", filmy, które może nie są jeszcze szeroko odkryte, ale mają ogromny potencjał i potrzebują jednego ważnego impulsu, żeby mocniej zaistnieć na świecie.
Jak oceniasz kondycję polskiego kina dokumentalnego?
- Od lat polskie kino dokumentalne ma się bardzo dobrze. Nie ma roku kiedy na arenie międzynarodowych festiwali filmowych nie byłoby jakiś polskich tytułów, często zdobywają nagrody. Na tegorocznej edycji pokazujemy szereg polskich filmów dokumentalnych, a wśród nich są m.in. "Bez końca" (reż. Michał Marczak), który miał swoją premierę na festiwalu Sundance, "Wyznania pieprzyka" (reż. Mo Tan), którego premiera światowa odbyła się na największym festiwalu filmów dokumentalnych na świecie, IDFA w Amsterdamie czy film "Kandydaci Śmierci" (reż. Maciej Cuske), który z kolei miał swoją międzynarodową premierę na festiwalu w Salonikach.
- Polscy reżyserzy i reżyserki filmów dokumentalnych są też bardzo często w składach jurorskich na festiwalach na całym świecie, prowadzą warsztaty i biorą udział w panelach - są aktywnymi członkiniami i członkami zaangażowanymi w międzynarodową branżę filmową, wspierając kolejne pokolenia filmowców i filmowczyń.
Jak oceniasz twórczość nowego pokolenia młodych polskich dokumentalistów?
- Myślę, że nasze młode pokolenie dokumentalistek i dokumentalistów jest bardzo wyjątkowe. Z jednej strony widać, że jak nigdy dotąd rozumieją międzynarodowy rynek festiwalowy, a także wiedzą czego w kinie szuka publiczność. Ich twórczość bardzo często cechuje to, co w filmach dokumentalnych jest najlepsze - nawet jeśli opowiadają historie, które z pozoru wydawać by się mogły opowieściami o charakterze lokalnym, to jednak dużą uwagę przywiązują również do uniwersalizmu ich przekazu. Dzięki temu, nie ważne gdzie na świecie dany film będzie oglądała publiczność, to i tak nie będzie miała ona problemu, żeby nie tylko zrozumieć o czym opowiada narracja, ale także nawiązać głęboką więź z bohaterkami i bohaterkami. Ten z pozoru prosty przekaz, że wszyscy jesteśmy ludźmi i nasze doświadczenia są podobne bez względu na szerokość geograficzną, w której żyjemy, nie zawsze jest łatwy do przełożenia na dzieło filmowe. Młodym polskim reżyserkom i reżyserom się to udaje. Z drugiej strony, potrafią też połączyć ten uniwersalizm z unikalnym stylem filmowym. Często eksperymentują z formą, szukają nowych ścieżek opowiadania historii, dopasowując zarazem formę do treści.
Z jakimi barierami i wyzwaniami zderzają się dzisiaj polscy dokumentaliści?
- Myślę, że zdecydowanie największym wyzwaniem jest kwestia finansowania produkcji filmowych. Świat kina dokumentalnego nie jest wspierany finansowo tak samo jak ten produkcji fabularnych. Operowanie poza mainstreamem (choć nasz festiwal pokazuje, że kino dokumentalne może być też mainstreamowe) ma też swoje duże plusy. Kino dokumentalne jest wolne od niektórych struktur, które zabetonowały branżę fabularną. W skali światowej widzimy na przykład dużo więcej kobiet pracujących przy filmach dokumentalnych. Niemniej jednak, nadal do skończenia filmów potrzebne są środki. W Polsce i tak mamy dużo lepiej niż na niektórych rynkach, ale producentki i producenci wciąż muszą wykonać tytaniczną pracę, aby pozyskać odpowiedni budżet dla swojego filmu.
- Cieszy nas natomiast to, że coraz częściej polscy dokumentaliści i dokumentalistki wchodzą w koprodukcje międzynarodowe, co pomaga domknąć im budżet. Niewątpliwie pomaga w tym uniwersalizm ich opowieści, o którym wcześniej wspomniałem.
- Millennium Docs Against Gravity ma niezwykle dobrze rozwiniętą sekcję branżową festiwalu. Do Warszawy co roku zjeżdżają twórcy i twórczynie, agenci sprzedaży, festiwale i telewizje z całego świata. Tworzymy przestrzeń, w której mogą nawiązać się nowe współprace i widzimy jak projekty, które znalazły partnerów podczas naszych wydarzeń, wracają potem z gotowym filmem, nie tylko na MDAG, ale również na czołowe festiwale międzynarodowe na świecie. Od tego roku, podczas każdej edycji prowadzić też będziemy spotkania branżowe z focusem na konkretne kraje. W tym roku była to Szwecja i mamy nadzieję, że w nadchodzących latach poskutkuje to nowymi koprodukcjami szwedzko-polskimi.
Czy po latach pracy z dokumentem coś nadal potrafi cię całkowicie zaskoczyć jako widza?
- Pod względem formalnym kino dokumentalne nie przestaje mnie zaskakiwać. W zasadzie nie ma roku, żebym nie trafiał na film, przy którym myślę: "to jest coś nowego". I właśnie to jest fascynujące w tym kinie, ciągłe poszukiwanie nowych sposobów opowiadania historii. Czasem zdarza mi się przeczytać opis filmu prezentowanego na innym festiwalu i mieć poczucie, że dany zabieg formalny już gdzieś widziałem, że to może być powtórzenie czegoś dobrze znanego. Ale później oglądam taki film i okazuje się, że twórcy znaleźli zupełnie nowy sposób wykorzystania tego pomysłu albo nadali mu kompletnie inny sens. I to chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo żywym i nieustannie rozwijającym się obszarem pozostaje dziś kino dokumentalne.
- Jednym z takich filmów, które kompletnie mnie zaskoczyły formalnie, była ostatnio "Ścieżka dźwiękowa zamachu stanu". To był absolutny kosmos. Film oparty wyłącznie na materiałach archiwalnych, trwający dwie i pół godziny, a jednocześnie zrealizowany w niezwykle dynamiczny, niemal teledyskowy sposób. Miał niesamowite tempo i energię, czegoś takiego wcześniej w kinie dokumentalnym po prostu nie widziałem. I właśnie to jest dla mnie chyba najciekawsze w pracy programera festiwalu - odnajdywanie takich filmów, które zaskakują, przesuwają granice i pokazują, że kino dokumentalne cały czas potrafi wymyślać się na nowo.














