Jolanta Konopka: Zmieniać świat na lepsze

Jolanta Konopka /MICHAŁ STAWOWIAK / FOKUSMEDIA.COM.PL /TVN

Prowadząca „Superwizjer” Jolanta Konopka uważa, że dziennikarze powinni patrzeć władzy na ręce i bronić ludzi bezsilnych wobec systemu.

Reklama

TVN jest związana od początku tej stacji. Prowadziła m.in. główne wydania "Faktów", a od 2000 r. jest gospodynią magazynu "Superwizjer". Uważa, że tematów do tego programu nigdy nie zabraknie, bo błędy systemu zdarza ją się zawsze.

Prowadzi pani "Superwizjer" od 18 lat. To prawie dwie dekady ze sprawami najcięższego kalibru...

Jolanta Konopka: - Długo zabierałam pracę do domu, myślałam o bohaterach naszych reportaży. Po tylu latach nauczyłam się jednak z tym walczyć - dla własnego zdrowia psychicznego. Wobec żadnej historii nie przechodzę obojętnie, ale staram się już za długo jej w sobie nie nosić.

Od czasu, gdy pani zaczynała pracę w programie, świat zmienił się na lepsze?

- Nie. Nasze materiały pokazują, że ludzie niczego się nie uczą. Niby każdy z osobna dostaje kiedyś lekcję życia, ale nie każdy chce tę lekcję odrobić. Bezmyślność, bezduszność i okrucieństwo zawsze zbierają żniwo.

Bohaterowie tego programu to w większości ludzie albo bezsilni, albo bezkarni.

- Właśnie takie sytuacje pokazujemy. Opowiadamy o ludziach, którzy nie są w stanie nic zrobić w konfrontacji z wymiarem sprawiedliwości lub urzędem, i przestępców, którym zbrodnie uchodzą na sucho. Najlepszy przykład to historia Tomasza Komendy - poruszająca, przerażająca i wzruszająca. Ten człowiek był kompletnie bezsilny wobec prawa i jego przedstawicieli, którzy chcieli za wszelką cenę zrobić z niego skazańca.

Błędy wymiaru sprawiedliwości uderzają też w innych historiach, np. kobiety prześladowanej przez sąsiadów.

- Właśnie - to zdumiewająca sprawa. Mieszkanka Małopolski od lat nie może sobie poradzić z lekarką i dwojgiem jej dorosłych dzieci, którzy mieszkają za płotem. Szykanują ją, zastraszają, na monitoringu widać, jak zaśmiecają jej posesję albo obrzucają podwórko i samochód petardami. Dowody nie pozostawiają wątpliwości, ale to ta pani musi się chować przed prześladowcami. Policja umywa ręce, prokuratura umarza sprawy. Niewykluczone, że wkrótce wrócimy w programie do tej historii, żeby sprawdzić, czy odpowiednie służby wreszcie zaczęły działać. Robimy to z myślą o naszych bohaterach i oczywiście o naszych widzach.

Jakie jeszcze sprawy szczególnie zapadły pani w pamięć?

- Choćby przypadki zamykania zdrowych osób w szpitalach psychiatrycznych. Człowiek może tam trafić tylko dlatego, że ktoś napisze w donosie, że jest agresywny. Ludzie, którym nie udowodniono ani ataków agresji, ani choroby psychicznej, siedzieli na oddziałach zamkniętych przez wiele lat.

Wiele historii znalazło szczęśliwy finał dzięki państwa interwencji?

- Nie tyle, ile byśmy chcieli, ale mamy takich sporo na koncie. To ogromna satysfakcja, że udało się nam zmienić sytuację pana Komendy. Mam nadzieję, że wkrótce także odpowiedzialni za śmierć Igora Stachowiaka zostaną ukarani.

A w ilu przypadkach ekipa "Superwizjera" poniosła porażkę, bo nic się nie zmieniło mimo emisji reportażu?

- Oczywiście i takie sprawy mieliśmy - na przykład opisaliśmy historię skorumpowanego sędziego, który po programie pozostał na wolności i pobierał pensję. Wielokrotnie robiliśmy materiały o utylizacji śmieci - to my ostrzegaliśmy przed zbliżającą się katastrofą ekologiczną. A efekt? W tym roku mamy plagę pożarów wysypisk i nadal nie uchwalono u stawy, która regulowałaby te kwestie. W czasach, gdy rządzi pieniądz, zło jest jeszcze bardziej paskudne.

Nigdy nie zwątpiła pani w sens swojej pracy?

- Nasza praca ma sens! Pokazujemy patologie, piętnujemy korupcję, mówimy o przestępstwach, żeby uwrażliwić ludzi na takie przypadki. Robimy to nie tylko, by efektownie pokazać ciemną stronę życia, ale uczulamy, żeby ludzie patrzyli władzy na ręce, nie poddawali się w starciu z systemem. Powinni wiedzieć, co się wokół nich dzieje, i działać. Nawet jeśli nie uratujemy całego świata, może gdzieś będzie mniej świństw, głupoty, znieczulicy. Wierzę, że co jakiś czas nam się udaje zmienić rzeczywistość na lepsze - nawet jeśli to dwie sprawy na dziesięć, jakie przedstawiamy.

Jeden z reportaży dotyczył dzieci maltretowanych w kilku rodzinnych domach dziecka, których właściciel chciał na nich zarobić...

- Zawsze, kiedy oglądam materiał dotyczący krzywdzonych dzieci, nie mogę nagrać wprowadzenia, bo serce mi się kraje i ciekną łzy. Jestem mamą i babcią, więc przeżywam takie historie bardzo osobiście. Znów - pieniądz potrafi zrobić chciwym ludziom miazgę z mózgu.

Reklama

Wiele osób w reportażach wypowiada się tyłem do kamery, ich głos zostaje komputerowo przetworzony. Ale są też tacy, którzy nie boją się pokazać twarzy, występują podpisani imieniem i nazwiskiem. To chyba dowód wiary w to, że "Superwizjer" może coś zmienić.

- Na pewno jest to wiara w możliwości naszego programu i naszych dziennikarzy śledczych, a być może i cień desperacji, że nic innego nie pozostaje, jak nam zaufać i dążyć z nami do prawdy. Może się boją, ale są przyparci do muru, doszli do punktu, w którym pozostało tylko działać.

Jak wygląda praca ekipy magazynu, zanim reportaż trafi na antenę?

- Najważniejszą rolę odgrywają dziennikarze - muszą zweryfikować każdą historię, przedstawić obie strony konfliktu, dotrzeć do świadków. Dziennikarz śledczy powinien być bardzo czujny, wszystko sprawdzić po kilka razy, żeby nie było wpadki. To bardzo praco- i czasochłonne.

Jak długo powstaje jeden materiał?

- Czasem nawet wiele miesięcy.

Skąd państwo czerpią tematy?

- Przede wszystkim od widzów. Po niektórych odcinkach mamy wysyp listów i maili. Czasem usłyszymy gdzieś o bulwersującej sprawie albo podczas pracy nad jedną dowiadujemy się o innej. No i dziennikarze śledczy poszukują ciekawych tematów.

Jakie to są sprawy?

- Interesują nas błędy wymiaru sprawiedliwości, korupcja, skandale w instytucjach państwowych, ludzkie tragedie, sensacyjne śledztwa. Jeśli opowiadamy o konflikcie sąsiedzkim - jak w tym wspomnianym reportażu - to wtedy, gdy historia ma większy wymiar. Indywidualne przypadki są dla nas pretekstem do pokazania szerszego zjawiska.

Policjanci i urzędnicy, którzy mają coś na sumieniu, boją się "Superwizjera"?

- Mam nadzieję! Wyciągnęliśmy na światło dzienne niejedną sprawę, o której zwykły śmiertelnik nigdy by się inaczej nie dowiedział. Oglądalność naszego programu pokazuje zresztą, że ludzie chcą wiedzieć o nieprawidłowościach, uważają, że mają do tego prawo.

Polacy są bardzo rozpolitykowani, ale historie przedstawiane w programie rzadko dotyczą bezpośrednio polityki.

- Nieprawidłowości pojawiają się niezależnie od tego, która opcja rządzi - ważne, jacy ludzie są u władzy. Bo to oni tworzą przecież politykę i system.

Co zobaczymy w nowych odcinkach "Superwizjera"?

- Według producenta programu w nowym sezonie będzie gorąco! Na pierwszy ogień pójdzie dalszy ciąg sprawy Tomasza Komendy. Zajmiemy się również podobną historią człowieka niepełnosprawnego skazanego na 25 lat więzienia. Będziemy również mieli niesamowity reportaż o przemycie bursztynu z Ukrainy do Polski. Polecam!

Odpoczywa pani od tych strasznych historii, czy tając kryminały albo oglądając horrory?

- Nigdy w życiu! Chociaż kocham Dostojewskiego, który przecież pisał mroczne historie kryminalne. Jednak w tej literaturze znajduję coś, co krzepi duszę.

Anna Bugajska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje