Joanna Bartel: Ocenzurowali mnie w Opolu

Joanna Bartel /Tricolors /East News

Miała zostać plastyczką, ale wolała występować z Andrzejem Rosiewiczem. Ma na swoim koncie nawet rolę z francuskim gwiazdorem.

Reklama

Występuje pani od lat na scenie. Czy wciąż trema daje się pani we znaki?

Joanna Bartel: - Tak, ciągle mam tremę. I powiem pani pewną ciekawostkę. Wychodzę na scenę, mówię mój tekst, coś
zaimprowizuję, zwykle nawet jestem na scenie dłużej, niż planowałam, bo dobrze mi idzie i tu coś dodam, tam coś dodam, publiczność świetnie reaguje, a potem... niczego nie pamiętam. Dobrze miałam, jak występowałam z Krysią Sienkiewicz. Gdy ja byłam na scenie, ona zza kurtyny obserwowała mój występ i potem mi mówiła, że to było bardzo fajne, i tamto jeszcze lepsze, a coś trochę mniej się udało.

Pani lepiej się czuje, gdy ma tekst wyuczony na blachę odtąd dotąd, czy wtedy, gdy idzie zupełnie na żywioł?


- Z tym u mnie jest jeszcze inaczej. Z moimi występami jest trochę jak z wchodzeniem po drabince. Idę szczebelek po szczebelku i jest dobrze. Ale nie daj Boże, jeśli ktoś mi przerwie, wtedy czuję się tak, jakby zabrano mi szczebelek. Muszę zaczynać od początku. Na szczęście publiczność mi nie przerywa. Za to zdarza się to w sytuacjach prywatnych. Uprzedzam znajomych, gdy coś opowiadam, żeby mi nie przerywali, bo wtedy wybijają mnie z rytmu. I bliscy znajomi o tym wiedzą. Zdarza się jednak, że ktoś, kogo słabo znam, jednak się wcina, wtedy stanowczo reaguję. Niedawno usłyszałam w związku z tym: "Nie wiedziałam, że z ciebie taka terrorystka. Bartelmeinhof". A ja naprawdę bardzo grzecznie jej zwróciłam uwagę.

O artystach kabaretowych krążą różne opowieści. Mówi się, że prywatnie są cisi, a często i bez humoru. O pani chyba tego powiedzieć nie można.

- Oczywiście, że można. Człowiek nie może się cały czas śmiać czy cały czas być w dobrym humorze. Ja na przykład w domu lubię pomilczeć. Potrzebuję się skupić, zastanowić, odpocząć. Mężczyzna, z którym kiedyś mieszkałam, czasami miał nawet o to pretensje, bo chciał porozmawiać, a ja po prostu nie miałam ochoty.

Szczerze mówiąc, nie odnoszę wrażenia, że jest pani wielkim milczkiem...

- Bo ja dużo mówię, gdy mam publiczność. Nie musi to być scena, to może być towarzystwo kilku osób, a nawet dziennikarka, z którą rozmawiam. W takich sytuacjach zachowuję się trochę jak paw, który rozwija swój ogon.

A przed wejściem na scenę jest pani cicha?

- Skąd! Ktoś kiedyś powiedział, że ja występ zaczynam dawać już w garderobie. Zawsze jestem przed występem głośna. To też sposób na to, żeby potem nie polecieć za bardzo na scenie, nie przesadzić z czymś. Dla mnie wzorem w tym jest Adolf Dymsza, który też show robił już w kulisach. Zresztą inna sprawa, że on show robił wszędzie. Słucham zresztą bardzo chętnie radia Pogoda, w którym puszczają stare piosenki, również te przedwojenne. I czasem tam leci: "A u mnie siup, a u mnie cyk..." Myślę, żeby to nagrać, bo to może i kobieta śpiewać.

Swoją drogą to podziwiam pani energię. Lat przybywa, a pani na scenie nie do zdarcia.

- Występ to wisienka na torcie, sama przyjemność. Ale trzeba dojechać, czasami wiele godzin. Potem siedzenie w dusznej garderobie i czekanie na występ. Warunki są czasami bardzo siermiężne. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Jakiś czas temu zatrudniałam człowieka do pomocy, był m.in. moim kierowcą. Mężczyzna, młodszy ode mnie o 26 lat, trenował krav magę i coś jeszcze. I proszę sobie wyobrazić, że on się kiedyś pożalił: "Jakbym wiedział, co to za robota, to bym się nie zgodził". To pewnie jeden z powodów, że kobiet w moim wieku już niewiele jest na scenie. Właśnie na ten temat rozmawiałyśmy nawet niedawno z serdeczną koleżanką, przy czym ona jest trochę młodsza ode mnie. Tak patrzyłyśmy dookoła i prawda jest taka, że jesteśmy my i tyle. Ona jeździ z mężem, a ma naprawdę cudownego małżonka, a ja sama.

To może należałoby pomyśleć o męskim wsparciu?

Reklama

- Przyjechał do mnie kuzyn ze Szwecji, facet w moim wieku. Jakiś czas temu owdowiał i drugi raz się ożenił. Jego żona jest pielęgniarką. I właśnie tak powinno być, że w pewnym wieku mężczyzna szuka sobie pielęgniarki, a kobieta konserwatora. Bo ja nie potrzebuję nikogo, kto mnie będzie podziwiał, kto mi będzie przygadywał czy mnie zanudzał. Ja od czasu do czasu potrzebuję konserwatora.

Przyznam, że dopiero niedawno dowiedziałam się, że zaczynała pani w zespole Andrzeja Rosiewicza.

- Studiowałam na ASP. Akurat zrobiłam sobie przerwę i Andrzej wyciągnął mnie z tej ASP. Siedem lat byłam w jego zespole. Ktoś niedawno ze zdziwieniem powiedział, że gdy był w Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu, to widział mnie na jakimś filmie. Ja przy Andrzeju bardzo wiele się nauczyłam. On w tamtych czasach tworzył na scenie coś, czego nie robili wtedy inni - prawdziwy show. Ja wtedy, w co pewnie niektórym będzie trudno uwierzyć, głównie tańczyłam. Pamiętam nawet, jak ocenzurowali mnie w Opolu. Gdy Andrzej śpiewał piosenkę "Czy czuje pani cza-czę", ja byłam Nataszą i miałam tańczyć na bosaka. No i było oburzenie: jak to, Rosjanka boso? To nie może przejść. Później przez kolejne siedem lat pracowałam z Tadeuszem Drozdą. A w międzyczasie trafiłam do filmu "Alicja".

A scena, w której tańczy pani z Pierrem Casselem, to perełka tego filmu. 

- Wzięli mnie do niej chyba głównie dlatego, że nie byłam zawodową tancerką. Miło wspominam tę przygodę. Bardzo się wtedy polubiliśmy z choreografem Davidem Toguri i długo utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Tak, fantastyczne rzeczy miałam możliwość robić. A potem wyjechałam do Niemiec i na 10 lat wypadłam z obiegu. Na szczęście po powrocie przyszła "Święta wojna" i znów grałam. Jerzy Gruza powiedział, że wyjeżdżając, zostawiłam po sobie pusty tron, ale na szczęście ten tron na mnie czekał.

Pobyt w Niemczech przyhamował pani karierę, ale chyba też sporo dał.

- Nauczyłam się dobrze nie tylko niemieckiego, ale też rosyjskiego, bo gdy chodziłam na kurs niemieckiego, to z innymi kursantami porozumiewałam się przede wszystkim po rosyjsku. A powiem pani, że liznęłam trochę i innych języków, nawet suahili, bo obracałam się w towarzystwie, w którym i w tym języku się mówiło. Wtedy właśnie zaczęłam kolekcjonować nazwy nietoperzy w różnych językach. To zresztą dobre ćwiczenie na pamięć, bo regularnie przypominam sobie wszystkie nazwy i jeśli tylko któraś wyleci mi z głowy, zaraz szukam w internecie i uzupełniam.

Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Bartel

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje