Jerzy Kryszak: Garściami czerpię z codzienności

Tradycyjnie już będzie gwiazdą ostatniego dnia Polsat SuperHit Festiwal, czyli Kabaretonu. Ale nawet on jeszcze nie wie, jaki program przedstawi publiczności w Operze Leśnej.

Wcięż czuję się świetnie, jak młody gówniarz, ale mam świadomość swoich lat, czuję ich ciężar - przyznaje Jerzy Kryszak

O ile sobie przypominam, był pan na większości sopockich kabaretonów - czy to oznacza, że mają one stałe miejsce w pana kalendarzu?

Reklama

Jerzy Kryszak: - Chyba byłem na wszystkich. To jest bardzo sympatyczne miejsce, spotykam się z kolegami, których na co dzień nie widuję, widownia jest szczelnie wypełniona i jeśli taka ogromna liczba ludzi zareaguje wybuchem śmiechu w jednym momencie, to jest jak wyładowanie atmosferyczne podczas najpiękniejszej burzy! Poza tym lubię Trójmiasto, lubię się kawałeczek przejść po Gdańsku czy Sopocie i to wszystko tak się łączy, że pobyt tam to przyjemność.

Co pan przygotował w tym roku na swój występ?

- Na razie mam piosenkę, która od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie, a Marek Majewski pomógł mi napisać słowa, bo lubię na koniec występu odwrócić kota ogonem, żeby z żartów zrobiło się trochę bardziej serio. Interesuje mnie to, co się wydarzy tydzień czy dwa tygodnie wcześniej, i najczęściej w 90 proc. te najświeższe wydarzenia próbuję skomentować w Operze.

Podziwiam. A co, jeśli nie będzie miał pan natchnienia?

- Bardziej boję się braku interesujących tematów. Ale gdyby np. maj był nudny, o co nie podejrzewam polityków, to zawsze można sięgnąć do... kwietnia. Zawsze coś się znajdzie, sytuacja jest tak dynamiczna, że warto z niej korzystać i czerpać garściami. I jak umiem, tak to robię.

A pojawi się jakiś wątek mundialowy?

- Oj, on na pewno będzie przerabiany przez wszystkich i w związku z tym nie wiem, czy ja w niego też wejdę. Nie chciałbym, żeby widz był atakowany piłką z każdej strony. Myślę, że będzie jeszcze sporo innych tematów do wzięcia na tzw. tapetę.

Wiem, że jest pan kibicem - czego pan się spodziewa po mundialu?

- Nigdy nie chcę na nic liczyć za wcześnie. Ale wiadomo - od połowy maja będzie już bita piana. Niech jeszcze np. Milik zdobędzie gola dla Napoli, to dojdziemy do tego, że mamy napastników jak ulęgałek, że każdy z nich strzeli w każdym meczu po dwie bramki i każdy mecz wygramy po 6:0. Na początku czerwca będziemy już pewni, że pierwsze miejsce nam się należy, Lewandowski zostanie królem strzelców, a my zdobędziemy złoty medal. I tak do momentu rozpoczęcia mundialu. Potem będzie pierwszy mecz i światło zgaśnie, a nam się zrobi ciemno przed oczami.

Cóż za pesymistyczna wizja!

- A gdzie, optymistyczna! Przecież do rozpoczęcia będzie przyjemnie. To jak ze świętami - od 2 listopada słyszymy "Jingle Bells", kupujemy, sprzątamy, gotujemy, męczymy się, a potem nadchodzi wigilia, pasterka, szast prast - i po świętach!

To lepiej wróćmy do kabaretonów - jest ktoś, po kim nie lubi pan występować?

- Chyba nie, takie imprezy mają to do siebie, że publiczność przyjmuje każdy monolog, pośmieje się i wie, że za chwilę nadejdzie kolejny wykonawca. Nawet jeśli ktoś przyszedł na kogoś innego, to jednak jakoś mnie przeczeka. Zawsze będę powtarzał, że dobra atmosfera zależy od nadającego, rzadko od odbiorcy. To ode mnie zależy, czy ludzie będą dobrze się bawić. Ale nie zapomnę jednej sytuacji: kiedyś, dawno temu w Opolu, wyszedłem na scenę po Beacie Kozidrak, która już chyba trzeci raz bisowała "Józka", a publiczność wciąż nie miała dosyć. A ja wyszedłem i zasugerowałem, że chcą Jurka - powiedziałem, że już jestem... to zrobiło się jeszcze głośniej, bo jednak woleli Józka.

Taki kabareton to na pewno fajne spotkanie towarzyskie nie tylko na scenie, ale przede wszystkim poza nią.

- Prawda! Ale do końca tak tego imprezowego życia nie znam, a nawet gdybym znał, to pewnie bym o tym nie opowiedział. To jeden z nielicznych wieczorów, kiedy wszyscy zostają na noc, bo impreza kończy się po północy. I rzeczywiście na zapleczu są różne posiedzenia mniejszych czy większych grupek, to taki czas, kiedy można się spotkać z każdym, pogadać, napić kawy czy herbaty, nie mówię o napojach wyskokowych, bo to jednak żywa antena i mało kto sobie pozwala na rozpoczęcie życia festiwalowego jeszcze przed występem. Więc ta atmosfera jest niczym niewymuszona, spotkanie serdecznych kolegów.

Skoro o kolegach mowa - czemu nie było pana jeszcze w "Uchu Prezesa"?

- Dostałem dwie propozycje od chłopaków. Pierwszą musiałem odrzucić z powodu terminu. Drugą... wytłumaczyłem moim wspaniałym kolegom, że mój udział w takiej postaci nie powinien mieć miejsca. Starałem się zrobić to delikatnie i wiem, że przyjęli to ze zrozumieniem.

A myślał pan, żeby samemu zrobić podobny serial?

- Miałem pewien pomysł i trzy lata temu zaniosłem go do telewizji. Okazało się, że świetnie, w porządku, brawo - i nic z tego nie wyszło. Telewizje mają to do siebie, że trudno wejść do nich z tematem okołopolitycznym. Po pierwsze boją się zrazić swoich odbiorców, a po drugie - opłacalność. Takich kabaretowych seriali opartych na bieżących wydarzeniach nie da się powtarzać przez kolejne lata, gdyż z każdym tygodniem tracą na aktualności. A na przykład "M jak miłość" i za 50 lat będzie takim samym "M" jak dzisiaj, natomiast news po miesiącu odchodzi w cień, blednie i nikogo już nie śmieszy. To jest ryzyko. Ale to, co chłopcy zrobili z "Uchem...", to naprawdę chapeau bas!

A platformy internetowe?

- Jeszcze o tym nie myślałem, a poza tym taki serial trzeba robić cyklicznie, na bieżąco reagować, to jest prawdziwy reżim, który już przerabiałem w "Polskim zoo". To orka, a ja nie wiem, czy mi się chce jeszcze w coś takiego wchodzić. Jest ogród, słońce, kwiaty, ptaszki śpiewają...

Czyli coraz częściej robi pan tylko to, co chce?

- Nie zawsze tak jest, ale życzę każdemu, by to, co robi, sprawiało mu frajdę, wtedy niebo jest bardziej niebieskie, słońce bardziej słoneczne, ludzie życzliwsi. Mnie się jakoś udaje.

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekarska.

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Kryszak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje