MFF TAURON Nowe Horyzonty. Helena Stańczyk wyróżniona za najlepszy film krótkometrażowy
Choć Międzynarodowy Festiwal Filmowy TAURON Nowe Horyzonty już za nami, emocje z sobotniej gali rozdania nagród wciąż buzują w widzach, organizatorach, a przede wszystkim - w zwycięzcach, dla których statuetka na wrocławskim święcie kina jest przepustką do dalszej kariery. Tak jest w przypadku Heleny Stańczyk - młodej reżyserki, dokumentalistki i animatorki, którą Jury postanowiło wyróżnić Nagrodą im. Zuzanny Jagody Kolskiej za najlepszy film krótkometrażowy.
Jej dokument animowany "Maluję swój autoportret, a wychodzi mi moja siostra" to czuła opowieść o niezwykłej relacji najsłynniejszych sióstr bliźniaczek polskiego świata sztuki XX wieku, Alicji i Bożeny Wahl. Reżyserka swoim obrazem postanowiła złożyć hołd artystkom, które nie dość, że łączyła bliska siostrzana więź, wspólnie ukończyły warszawską ASP, otworzyły galerię sztuki, tworzyły wyjątkowe rysunki, w których dominował surrealizm, groza czy tematy dotyczące siostrzeństwa i cielesności.
Helenę Stańczyk nowohoryzontowe Jury nagrodziło za "wysmakowany formalnie i pomysłowo łączący animację z dokumentem portret wcale nie cichych bliźniaczek, stanowiący przykład twórczego dialogu między pokoleniami". Reżyserka nie ukrywa, że jest projekt bliski jej sercu z wielu, również osobistych powodów. Jest powiem prawnuczką Alicji Wahl i, jak zdradziła w rozmowie z Interią Film, pomysł na sfilmowanie jej historii zrodził się w jej głowie już dawno temu.
Nakręciła film o swojej prababci. Otrzymała prestiżową nagrodę
Mary Kosiarz, Interia Film: "Maluję swój autoportret, a wychodzi mi moja siostra" to bardzo osobisty film. Powracasz nim myślami do relacji twoich prababć - Alicji i Bożeny Wahl. Dlaczego zdecydowałaś się na ten projekt?
Helena Stańczyk: - Ten pomysł chodził mi po głowie od jakiegoś czasu. Kiedy Alicja zmarła, moja mama zaczęła przeglądać jej rzeczy. Wiedziała o jej dziennikach, po raz pierwszy czytała mi ich fragmenty w 2020 roku i już wtedy widziałam w tym jakiś potencjał na film. Szczególnie że nakręciłam już jeden dokument o naszej rodzinie i bardzo odnalazłam się właśnie w dokumencie animowanym. Myślałam, że ten film będzie moim dyplomem, ale kiedy na czwartym roku studiów miałam artystyczną blokadę i próbowałam wymyślić jakąś fabułę, stwierdziłam, że to może jednak nie jest dla mnie. Zdecydowałam, że zrobię kolejny film dokumentalny i może nie ma co zwlekać, czekać z tym na dyplom, tylko po prostu zrobić to, kiedy czuję przypływ weny.
W swojej twórczości skupiasz się na animacji, jesteś też autorką komiksu "Ni pies, ni wydra", który jest skierowany do młodszych czytelników. Skąd wzięła się u ciebie fascynacja dokumentem?
- Tak naprawdę ten komiks też jest swego rodzaju dokumentem, bazuje na prawdziwych doświadczeniach i opowieściach. Moja kreska i styl opowiadania są tam dużo bardziej dziecięce, skierowane do młodszych odbiorców, lubię robić też takie rzeczy. Piszę pracę magisterską o dokumencie dla dzieci i młodzieży, więc to też zalicza się do mojego pola zainteresowań. Najbardziej interesuje mnie jednak dokument animowany. To, czy ma on być poważny, zabawny, czy ma być skierowany do młodszych czy starszych odbiorców, dyktuje zazwyczaj temat, a nie to, że chcę robić filmy dla konkretnej grupy.
Pierwszą styczność z dziennikami sióstr miałaś stosunkowo wcześnie, już kilka lat temu, zanim rozpoczęłaś studia w łódzkiej filmówce. Jak z czysto praktycznej strony wyglądały przygotowania do tego projektu?
- Myśl o tym, że chcę nakręcić ten film na poważnie zaczęła się kształtować już na studiach. Co do samego procesu, wiedziałam, że tych dzienników jest mnóstwo i bardziej nadawałyby się pewnie na serial, niż na krótki metraż (śmiech). Musiałam więc skupić się na czymś konkretnym, personalnym. Interesowała mnie ta niezwykła dynamika między siostrami. Osadziłam tę historię w najbardziej intensywnym i spójnym okresie ich twórczości. Zaczęłam od selekcji fragmentów, które najbardziej mi odpowiadały, bo mówiły o ich siostrzeństwie, bliźniaczości i jedności. Później eksperymentowałam z formą, układałam z tego jakąś linię narracji. Kiedy uporządkowałam już sobie w głowie, jak ta historia ma przebiegać, zabrałam się za jej stronę wizualną - myślałam, które z ich prac mi się z czymś kojarzą, gdzie warto wprowadzić archiwa, a gdzie animację. Od tego to wszystko się zaczęło.
Ciekawi mnie, w jaki sposób w całym procesie twórczym pojawiła się Magdalena Cielecka, która użyczyła głosu głównej bohaterce?
- Na początku wyobrażałam sobie narratora z mocnym głosem, kogoś ewidentnie starszego i wstępnie kontaktowałam się z inną aktorką, ale nie mogłyśmy zgrać się terminowo. Kiedy uporządkowałam całą strukturę filmu, doszłam do wniosku, że kompletnie nie pasuje mi tam jednak ktoś starszy, bo nie chcę, żeby ten dokument skupiał się na rozpamiętywaniu zamierzchłych czasów. Postanowiłam umieścić narratorkę w momencie, w którym rozgrywa się ta opowieść, w związku z czym ten głos musiał być w wieku głównych bohaterek. Mariusz Wilczyński, który opiekował się moim filmem, zaproponował, że skontaktuje mnie z kilkoma aktorkami. Kiedy na horyzoncie pojawiła się Magda Cielecka, byłam przeszczęśliwa, bo jej głos jest po prostu genialny, ma charakter i siłę. Mam wrażenie, że jest nawet trochę podobny do głosów w mojej rodzinie (śmiech). Pierwotnie poprosiłam moją mamę, żeby nagrała swój głos na moim roboczym tekście i ludzie mówili, że brzmią całkiem podobnie. Ja sama nie myślałam konkretnie, z kim chciałabym nad tym pracować, ale bardzo się cieszę, że Magda się zgodziła, bo teraz nie wyobrażam sobie już w tej roli nikogo innego.
Jak na wieści o wygranej zareagowali twoi bliscy, którzy, jak się domyślam, brali czynny udział w całym procesie?
- Myślę, że moja rodzina jest tak bardzo wspierająca, że zawsze są dumni z tego, co robię (śmiech). Zobaczyli w tym filmie jednak coś zupełnie innego, niż tworzyłam do tej pory. Miałam własny styl, własną kreskę i bałam się od tego odejść i nie wiedziałam, czy temu sprostam. Oddałam hołd innym artystkom, których prace są niesamowite i dodałam do nich odrobinę swojego charakteru. Moi bliscy są szczęśliwi, że ten film w ogóle powstał i bardzo się cieszą, że jeździ po różnych festiwalach. Szczególnie, że moja mama zajmuje się teraz promowaniem twórczości prababć. Założyła Fundację Imienia Alicji i Bożeny Wahl, więc wspólnie nad nią działamy. Mówiła mi zresztą, że Alicja byłaby bardzo dumna, gdyby zobaczyła ten film.
A ty sama jesteś z siebie dumna?
- Jestem dumna. Są takie filmy, w których po prostu cieszę się, że opowiedziałam jakąś historię, ale teraz to jest też poniekąd moja własna historia. Mam poczucie, że jest to ważne dla mnie i dla mojej rodziny, bo robię to też dla nich. Widzę ten odzew, że było warto.
Jakie drzwi otwiera ci w takim razie ta nagroda?
- Mam nadzieję, że taka nagroda na tak ważnym festiwalu otworzy mi trochę możliwości, pozwoli na dalsze tworzenie, szczególnie że zaraz wyjdę z tego szkolnego procesu, w którym co roku powstaje jakiś film. Bardzo mnie to cieszy i wierzę, że dzięki temu będę miała szansę po szkole tworzyć kolejne krótkie, a kto wie, może i też długie metraże.














