Reklama

Jean Dujardin: Uwodziłem sam siebie

Jean Dujardin ma już na koncie Oscara za najlepszą rolę w filmie "Artysta" (2011)

Pan czuje że czasami mizdrzy się do publiczności?

Reklama

- Zdarza się, że włącza mi się radar. Nawet wtedy, gdy mówię że nie zależy mi na sławie i przychylności widzów - a tak jest w istocie, choć oczywiście lubię, gdy się mnie docenia - ale nawet wówczas, wypowiadając tak szczere słowa, czuję że to o czymś przesądza i wartościuje mnie jako aktora, być może nawet człowieka, i wsadza w ciasną szufladkę, z której potem trudno będzie się wydostać. Bo są chwile, gdy bardziej niż zwykle potrzebuję akceptacji czy chociaż zwrotnego komunikatu, że to, co robię ma sens. Tylko tyle, choć i to bywa rozumiane na opak. Ostatecznie każdy z nas wykonuje jakiś taniec godowy przed publicznością i nawet uciekając przed paparazzi, gramy w tę grę.

Pamiętam, akurat byłam w Paryżu, gdy wracał pan z Ameryki z Oscarem za rolę w filmie "Artysta". Owacyjnie był pan witany na ulicach miasta.

- Gęba sama się szczerzy do zdjęć, proszę mi wierzyć, to odruch bezwarunkowy. Naprawdę można uwierzyć w swoją wielkość w sekundę. Ale ja cały czas pamiętam, skąd pochodzę.

Bracia nie dają panu zapomnieć?

- Mam trzech. Każdy z nas ma silną osobowość, a to, co działo się wówczas wokół mnie, a co miało związek z Oscarem, raczej ich śmieszyło, niż wzbudzało ich podziw. Przychylność i uznanie braci zyskuję za sprawą ról, nie nagród. Oni wiedzą kim tak naprawdę jestem i nie zmienią tego żadne statuetki lub ich brak.

- Pochodzę z robotniczej rodziny, w której mężczyźni utrzymywali się dzięki fizycznej pracy rąk. Więc to, czym zajmuję się na co dzień, wydaje się wielu moim bliskim dość surrealistyczne. [śmiech] Bo co ja konkretnie robię?

Jest pan aktorem.

- W moim domu mówiło się o takich: komediant. Co do zasady, zgoda, ale na czym polega ta praca w szczególe? Co jest jej kwintesencją dzisiaj? Wcielam się w innych? Po co to komu? Całe dnie wkuwam czyjeś teksty na pamięć, potem przez wiele godzin czekam na swoje ujęcie, by następnie umierać z niepokoju przez długie tygodnie wypatrując premiery. Mało praktyczne i użyteczne, nieprawdaż?

Wzrusza pan ludzi. Niesie radość. Czasami zadumę.

- Pamiętam mojego ojca, który - a jest dość prostym człowiekiem - wzruszył się na "Artyście" Michela Hazanaviciusa. Uściskał mnie po projekcji i powiedział, że to hołd dla kina jego epoki, hołd dla sztuki, którą zna i rozpoznaje. Wiem, że sprawiłem mu rolą George'a Valentina wielką frajdę, tyle że nie zająknął się o tym słowem.

Nie chwalono pana w domu?

- Chwalono, ale za inne rzeczy. I nie tyle chwalono, co okazywano uznanie, tak po męsku... Niewypowiedziana duma widoczna w oczach ojca - bo tu słowa były tak zbędne, jak i niestosowne - to było coś niezwykłego. Na to się czekało długie lata.

- Wychowałem się pod Paryżem, mój ojciec robił w tzw. budowlance. W młodości dorabiałem jako rzemieślnik, w zasadzie dzięki ojcu potrafię do dziś zrobić lub naprawić niemal wszystko. I mojemu ojcu bardziej imponuje fakt, że jestem samowystarczalny i że potrafiłbym zbudować dom, niż to że jestem artystą. To przecież dziwne i mało poważne.

Serio, zbudowałby pan dom?

- No dobrze, może domu nie, ale chatkę leśną już tak. (śmiech) Bez wątpienia doświadczenia, jakie zebrałem w młodości, jak również pobyt w wojsku, to trochę mój kompas. Czasami wystarczy krok, pół kroku, a nasze życie zmienia bieg o 180 stopni.

Dowiedz się więcej na temat: Jean Dujardin | Deerskin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje