Reklama

Jan Komasa: Wystrzeliłem w kosmos

"Chciałbym zaskoczyć widzów, zrobić coś nowego" - wyznaje Jan Komasa

Sam padłeś kiedyś ofiarą hejtu?

Reklama

- Nie. A sądzę, że dziś byłbym nią bardziej niż kiedykolwiek, bo wystawiłem głowę, jestem na okładkach pism. Natomiast obserwuję to na co dzień u ludzi z mojego środowiska. Mam wokół siebie wiele osób nieheteronormatywnych, dwunarodowych, czujących się obco w jakichś częściach naszego kraju. Kiedy widzę, że są atakowane, dotyka mnie to. Ja jestem białym, heteroseksualnym facetem, który ma rodzinę i jeszcze do tego jest ochrzczony. Wydaje mi się, że także z tego powodu mam legitymację, by mówić o rzeczach, o których inni nie mogą, bo są spoza bańki komfortu. Cenię np. Michaela Haneke, który pochodzi z tej bańki, a ją chłoszcze. "Hejter" jest przede wszystkim krytyką elit, zaślepienia, pogardy, kpiny, którą mamy wszyscy. I hipokryzji, bo z jednej strony jesteśmy tolerancyjni, a z drugiej - zrobimy wszystko, żeby nasze dzieci poszły na najlepsze uniwersytety. Mówię "my" w sensie metaforycznym, bo wiele razy mogłem to zrobić w życiu, a nie zrobiłem. Ale chodzi o to, że obserwuję własne odruchy. Jestem częścią tej hipokryzji, częścią tego problemu, a nie jego rozwiązaniem. Jedyne, co mogę zrobić, to szczery film o tym, który będzie krytyką mojej własnej bańki.

To wszystko, co działo się wokół "Bożego Ciała" w ostatnich miesiącach, bardzo zmieniło twoje życie?

- To wywróciło moje życie do góry nogami. "Boże Ciało" i "Hejter" mają taką siłę uderzeniową, że pod wieloma względami wystrzeliłem w kosmos. Nie wiem, czy to dobrze. Na razie z ostrożnością próbuję wrócić może nie na ziemię, ale chociaż na księżyc nieopodal. Próbuję się w tym odnaleźć, zrozumieć, czego tak naprawdę chcę. To jest najważniejsze, bo czego chcą inni, wiem dobrze. Codziennie czytam o tym w smsach i mailach. Ale czy ja sam chcę robić filmy tu czy tam, czy w ogóle chcę teraz zrobić film? Na pewno. Ale jak szybko? W jakich rozmiarach? Teraz jest bardzo nierówny moment. Trzeba uważać, bo jak wygrało się Orły i jeszcze na dodatek było się nominowanym do Oscara, to nagle otwiera się okno i pojawia się myśl: "możesz wszystko". Albo przynajmniej dużo więcej niż kiedykolwiek i dużo więcej niż niejedna osoba. Gdy nie ma aż takich ograniczeń z zewnątrz, trzeba samemu sobie narzucić dwa razy mocniejsze ograniczenia. Moja pierwsza intuicja jest taka, żeby na razie się schować, uciec i dać sobie jakieś obciążenie, które sprowadzi mnie na ziemię. I żeby zaskoczyć widzów, zrobić coś nowego. Chciałbym coś im zaproponować, postraszyć, rozśmieszyć, zmusić do płaczu, wzruszyć.

Jest w tobie niedosyt?

- Oczywiście. Tyle jest historii wartych opowiedzenia. Ostatnio choćby koronawirus. Olga Tokarczuk napisała "Biegunów" o podróżowaniu, ale to było totalnie w epoce przed koronawirusem. Być może to ostatnia książka o takim podróżowaniu. Teraz musiałaby pewnie napisać "Biegunów Plus" albo "Koronabiegunów". To piękne, że rzeczywistość się zmienia. Trzeba po prostu pozostać bacznym obserwatorem. Ale też być całkowicie szczerym wobec siebie. Nie robić bzdur. Od roku uczę w Szkole Filmowej w Łodzi. Razem z Łukaszem Barczykiem prowadzimy trzeci rok studentek i studentów reżyserii. Kontakt z młodymi ludźmi bardzo dużo mi daje. Czasem widzę w nich trochę siebie, swoich znajomych z roku i łapię się na myśli, ile to już lat upłynęło. Bardzo zachęcam ich, żeby robili filmy, bo tak naprawdę w zeszłym roku gdyby nie "Boże Ciało", nie mielibyśmy filmu, który niesamowicie wybrzmiał na festiwalach. A od "Bożego Ciała" do "Hejtera" też niespecjalnie się coś objawiło. I w porządku, "Boże Ciało" weszło na ostro i zdominowało w pewnym momencie rozmowy o kinie, ale też przykryło brak, który był pod spodem. Może inne filmy pouciekały od "Bożego Ciała", bo nie chciały być przez nie zakryte, ale to już się skończyło i gdzie te produkcje są? Byłoby super, gdyby było więcej fajnych przyczynków do rozmów. Gdyby np. pojawiło się dziesięć kompletnie nowych osób w środowisku filmowym, które robią filmy, jakich jeszcze nie było. To świadczy o sile kina.

Wróćmy jeszcze na chwilę do twoich nadchodzących projektów. Możesz już coś zdradzić?

- Jest jeden scenariusz, który sam napisałem. W ciągu ostatnich ośmiu lat spotkałem się też kilkukrotnie w Hollywood z amerykańskim producentem Nickiem Wechslerem, który zrobił "Requiem dla snu" i jest moją legendą. Nickowi spodobał się pewien pomysł mój i Mateusza Pacewicza. Będziemy go rozwijać, mam nadzieję, jak najszybciej. Dostaję różne propozycje z USA. To jest okres szukania. Chciałbym się w nim trochę zgubić i zobaczymy, co z tego wyniknie. Sądzę, że będzie parę porażek, bo to trochę tak jak z okresem pomiędzy "Miastem 44" a "Bożym Ciałem". Musiałem zrobić ze dwa seriale, przewietrzyć głowę, bo to było dla mnie za dużo. A w międzyczasie miałem co najmniej trzy produkcje, które wywaliły się o własne sznurówki. Miały powstać, a nie powstały. Normalna sprawa. Teraz muszę jak najszybciej oddać widzom "Hejtera" i po prostu zacząć pracować.

Rozmawiała Daria Porycka (PAP)

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jan Komasa | Sala samobójców. Hejter

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje