Reklama

Jan Komasa: Wystrzeliłem w kosmos

"Chciałbym zaskoczyć widzów, zrobić coś nowego" - wyznaje Jan Komasa

Skoro o aktorach mowa, dokonujesz wyborów nieoczywistych. Stawiasz na nowe nazwiska, młodych aktorów, zasłużonych bardziej przy dyplomach lub w teatrze. Jak prowadzisz ich na planie?

Reklama

- Na castingach szukam ludzi, z którymi się dogadam. Kiedy wyczuję, że jest osoba, która ma poczucie humoru albo jest obdarzona jakimś dziwnym typem inteligencji, który lubię i cenię w pracy, to jest pierwszy krok. Przy czym nie jest to warunek główny, bo nie każdy z aktorów, z którymi pracowałem, jest moim wielkim przyjacielem. I nie musi. Nie po to robię filmy. Natomiast pracowałem z aktorami młodszymi ode mnie. Przeważnie byli jeszcze w szkołach aktorskich. Poza Zosią Wichłacz, która miała 17 lat, więc to był ewenement. Ci wszyscy młodzi ludzie bardzo potrzebują mentora. I ja podczas pracy nad filmem troszkę - zaznaczam - wchodziłem w buty kogoś, kto im mówi i pokazuje, jak to później jest. Zawsze miałem młodsze rodzeństwo. Jestem ojcem, a moja córka urodziła się, gdy miałem 19 lat. Naturalnie wchodzę w rolę kogoś, kto prowadzi i dzieli się tym, co wie. Lubię to robić. Reżyseria w takich przypadkach polega na dawaniu i otwieraniu w głowie różnych klapek, pokazywaniu możliwości i tego, jak "tricky" potrafi być rzeczywistość. Trzeci element - dla mnie najważniejszy - dotyczy danej postaci. Ja musiałem w tej osobie zobaczyć bohatera. Gdy udało mi się go uchwycić, wtedy wszystko się układało.

Kiedy do kin wchodziła "Sala samobójców", a później "Miasto 44" opowiadałeś, że stoją za nimi bardzo osobiste przesłanki. W przypadku "Hejtera" było podobnie?

- Za "Hejterem" stała poniekąd moja obserwacja z dzieciństwa, bo od małego żyłem na styku dwóch światów. Urodziłem się w Poznaniu. Moi rodzice mieszkali na Łazarzu - to taki odpowiednik warszawskiej Pragi. Kiedy miałem sześć lat, przenieśliśmy się właśnie na Pragę, gdzie mieszały się warstwy społeczne. To pootwierało mi głowę na tzw. "zwykłych ludzi". Najpierw chodziłem na premiery, do telewizji, gdzie pracowała mama, albo na plan "Listy Schindlera" Stevena Spielberga, bo tata grał tam epizod, a później wracałem do innego świata. Przechodzenie między skrajnościami było dla nas naturalne.

- To spowodowało, że zaczęły fascynować mnie granice między ludźmi, którzy są uprzywilejowani, zapraszani na bankiety, a tymi, którzy nie są na nie wpuszczani. Dwa nieprzystawalne, a jednocześnie przenikające się światy, bo przecież sąsiedzi musieli żyć z tym naszym brzdąkaniem na pianinie albo graniem na wiolonczeli. Później wychodziłem pograć z kumplami w piłkę i słyszałem od sąsiada: "Ładnie już ci ten Bach wychodzi". A do taty, który krzyczał od rana do wieczora, bo akurat dostał taką rolę i uczył się tekstu, mówili: "Fajny pan jest w tej roli, naprawdę git".  I pojawiała się myśl, że przecież ci ludzie pokazują nam absurd tego, czym się zajmujemy, w całej okazałości. I to tak wspaniale.

Różnicom klasowym poświęciłeś już swoją część "Ody do radości", którą współtworzyłeś z Anną Kazejak-Dawid i Maciejem Migasem. Opowiedziałeś o raperze pochodzącym z blokowiska, zakochanym w dziewczynie z bogatego domu, której ojciec jest przeciwny temu związkowi.

- Dokładnie, ten chłopak był spoza jej bańki. W "Mieście 44" zależało mi na czymś podobnym. Dlatego bohaterka Zosi Wichłacz jest z dobrej klasy, a nieuprzywilejowana jest postać grana przez Anię Próchniak, która w pewnym momencie stwierdza, że wszystko się skończy, a ona dalej będzie kelnerką. Powstanie Warszawskie wywróciło społeczny porządek. Młodzi ludzie mogli ze sobą być i nie czuć różnic. Także "Boże Ciało" opowiada o bańkach i o tym, że społeczność wskazuje, kto jest lepszy, a kto gorszy. A "Hejter" jest już tylko o tym. Gdy myślę o projektach, które mam przed sobą, one także o tym mówią. Interesuje mnie, jak grupa oddziałuje na jednostkę, wybiera sobie chłopca do bicia, męczy go, a później ten chłopiec nagle staje się kimś, kogo wszyscy się boją.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Komasa | Sala samobójców. Hejter

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje