Reklama

Jan Komasa: Wystrzeliłem w kosmos

"Chciałbym zaskoczyć widzów, zrobić coś nowego" - wyznaje Jan Komasa

- Uważam, że dzisiejszy superłotr jest miły. Nosi teczkę, jest wilkiem z Wall Street, jego się lubi. Nie ma w naszym kinie wielu takich bohaterów. Przypominają mi się dwa przypadki. Jeden to "Wodzirej" Feliksa Falka z Jerzym Stuhrem, ale tam bohater był szują, dostawał w końcu w twarz od przyjaciela. Drugi to obywatel Piszczyk w "Zezowatym szczęściu" Andrzeja Munka, który był chorągiewką, człowiekiem pozbawionym kręgosłupa. Jak szli nacjonaliści z pochodniami to on szedł i krzyczał to, co oni. Jak szli komuniści, robił to samo. Chciał, żeby ludzie dali mu spokój. Tomek jest inny. To bohater nowych czasów. Tworzy zasady, bo ma konkretny cel. Nie jest zwrócony ani w lewo ani w prawo. On to tylko obserwuje i nawet go dziwi, ile agresji jest w ludziach. Wykorzystuje to niczym diabeł uśmiechający się z politowaniem. Wygrywa. Nie spotyka go żaden strzał w twarz. To jest odwrócenie arystotelejskiego opowiadania postaci, która musi przejść drogę, coś zrozumieć, czegoś się nauczyć.

Reklama

Skąd pomysł, by wrócić do "Sali samobójców"? "Hejter" mógłby przecież równie dobrze funkcjonować jako odrębny film, bez nawiązań do tamtej opowieści.

- Wiele czynników się na to złożyło. Pierwszą osobą, która to uruchomiła, był Jurek Kapuściński, producent "Sali samobójców". W 2016 r. wyczuł wiatr zmian i zaproponował mi, żebyśmy kontynuowali myśl zawartą w tamtym filmie. Powiedział, że mogę zrobić cokolwiek, tylko niech to się nazywa "Hejter" i dotyczy internetu, płatnego hejtu, który wtedy już był biznesem. Praktycznie od razu napisałem zarys historii chłopaka, który pochodzi z małej miejscowości i chce być częścią dużej, wielkomiejskiej rodziny, bo jest w niej zakochany jako koncepcie. Miał pracować w agencji, która niszczy, hejtuje osoby publiczne. Później pojawił się Mateusz Pacewicz, z którym pracowałem nad "Bożym Ciałem". Dałem mu ten szkic, a on przerobił go w scenariusz.

- W trakcie prac Mateusz wymyślił szefową agencji, w której pracuje Tomek. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej kierowałem się w stronę Agaty Kuleszy, z którą pracowałem już kilkakrotnie, m.in. przy "Sali samobójców" i która szalenie mnie inspiruje. Agata przypomina mi moje siostry i mamę. To silna kobieta, która - jak chce - jest przebojowa, ma w sobie rodzaj agresji, ale potrafi też być czuła, flirciarska. Umie uśmiechnąć się w odpowiedniej chwili, uwodzić. Słowem, doskonale wie, jak zdobyć pewne rzeczy. Doskonale pasowała mi do tej postaci. Dni mijały, pojawiły się sceny z gier. Wtedy zaświtało mi w głowie, że to zupełnie jak "Sala samobójców" i właściwie czemu nie? "Hejter" to nie jest druga część, ale to samo uniwersum, podobna mechanika świata.

Twój film w pewnym sensie koresponduje też z "Bożym Ciałem" - na zasadzie awersu i rewersu. "Boże Ciało" opowiada o złożoności dobra, "Hejter" - o złożoności zła. Lubisz patrzeć w ten sposób na te dwie opowieści?

- Tak, wszędzie tam, gdzie bohater "Bożego Ciała" chciał dobrze, bohater "Hejtera" chciał źle. To pozwalało mnie i Mateuszowi widzieć czyściej oba te projekty, bo powstawały praktycznie jednocześnie. Są dwiema połówkami tego samego jabłka. Żeby je rozróżnić, pracowałem z dwoma różnymi operatorami, toteż ich wygląd jest kompletnie inny. W "Bożym Ciele" stworzyliśmy surowy, analogowy obraz rzeczywistości, a w "Hejterze" bardzo kolorowy obraz współczesności, wypełniony technologią i muzyką - od Kylie Minogue do Chopina. Te filmy różnią się też ładunkiem cynizmu. W "Bożym Ciele" prawie go nie ma, a w "Hejterze" wylewa się ze wszystkich stron. I oczywiście: podział na miasto i wieś. "Boże Ciało" powstało w zupełnie innej bańce i - jak teraz o tym myślę - te filmy korespondują ze sobą w bardzo ciekawy sposób, bo bohaterowie "Hejtera" nigdy nie pojechaliby do Jaślisk, w których kręciliśmy "Boże Ciało".

- Dlatego ludzie w "Bożym Ciele" czują się pozostawieni przez elity, które nie chcą Tomków z Jaślisk. Tomek przyjeżdża do nich i co się dzieje? To niby jest ten sam kraj, ale kompletnie różne światy. Tu ludzie myślą o tym, żeby być częścią wspólnoty w kościele, a tam, żeby każda z córek dostała się na Oxford czy do Cambridge. Oczywiście, są osoby z Jaślisk, które na pewno sobie poradzą, ale generalnie te dwa systemy wartości są nieprzystawalne. W tym sensie łatwiej nam się pracowało nad jednym i drugim filmem. I główne postaci - w "Bożym Ciele" Daniel, który chce łączyć, a tu bohater, który na co dzień zajmuje się dzieleniem. Ich motywacje mają przeciwne wektory. Za tym poszedł kompletnie inny typ aktorów, sposób grania, dynamika.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Komasa | Sala samobójców. Hejter

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje