Kevin Bacon to zresztą aktor mocno utożsamiany z tym gatunkiem, mający w swoim dorobku takie klasyki, jak "Piątek 13-go", "Wstrząsy" czy "Opętanie". Jego filmografia jest jednak dużo bardziej różnorodna, czego przykładem świetne role w "JFK", "Ludziach honoru", "Apollo 13", "Uśpionych", "Rzece tajemnic" czy popularnym serialu "The Following". Aktorką jest też jego żona Kyra Sedgwick, znana chociażby z serialu "Podkomisarz Brenda Johnson", który przyniósł jej Złoty Glob i Nagrodę Emmy.
O horrorach, aktorskich wyborach, rodzicielstwie i śpiewaniu dla kóz z Kevinem Baconem i Kyrą Sedgwick rozmawia Kuba Armata.
Kuba Armata, Interia Film: Kevin, od wielu lat grasz w horrorach, teraz wraz z całą rodziną nakręciliście "Family Movie", który jest slasherem z komediową nutą. Z tego typu filmami związane są też wasze dzieci - Sosie jako aktorka, a Travis współtworzy wytwórnię Slashtag Cinema, specjalizującą się w tych produkcjach. Czy ten gatunek stał się czymś w rodzaju wspólnego języka w waszej rodzinie?
Kevin Bacon: - Myślę, że jest nim od bardzo dawna. Choć pamiętam, że kiedy w 1980 roku zagrałem w "Piątku 13-go" Seana S. Cunninghama, a to była moja druga rola w karierze, nie wynikało to z faktu, że byłem wielkim fanem gatunku, ale po prostu potrzebowałem pracy. Z czasem jednak bardzo polubiłem horrory. To jeszcze były czasy, kiedy ten gatunek traktowano po macoszemu. Poważni aktorzy raczej starali się unikać takich filmów, miały one niewielkie budżety i nie najlepiej je oceniano od strony realizacyjnej. Nie było jeszcze wtedy arthouse'owych horrorów, które dzisiaj cieszą się ogromną popularnością. Zawsze jednak ceniłem ten gatunek, bo fabularnie była tam bardzo wysoka stawka. Chodziło przecież o życie i śmierć. Oglądałem zatem horrory z dużą przyjemnością, a Travis od małego się do nich garnął. Lubił emocjonalny rollercoaster i uczucie strachu. Do niczego nie musiałem go namawiać. Sosie z kolei zagrała w horrorze, zatem kiedy szukaliśmy czegoś, co moglibyśmy zrobić wspólnie jako rodzina, ten gatunek wydawał się naturalnym wyborem.
Często wcielałeś się w postaci, które początkowo wydają się być zupełnie zwyczajne, ale zwykle mają w sobie coś mrocznego. Pociąga cię ta dwuznaczność?
K.B.: - Bycie po prostu uroczym na dłuższą metę jest nudne. Dwuznaczność jest niezbędna dla interesującego bohatera. Pierwszy przykład, który przychodzi mi do głowy - Michael Corleone z "Ojca chrzestnego" Francisa Forda Coppoli. Jeśli postać wydaje się mroczna, zawsze staram się znaleźć w niej odrobinę człowieczeństwa. Nie jestem pewien, czy lubię słowo "zło", ale nawet jeśli bohater jest skrajnie odpychający i sprawia wrażenie najgorszego drania, próbuję pokazać jego ludzkie oblicze. W innym wypadku wychodzi z tego karykatura. Z drugiej strony, jeśli postać jest wyłącznie dobra, to też nie jest proste. Przecież wszyscy mamy jakieś ciemne zakamarki, pokusy czy ukryte pragnienia. Dlaczego zatem tego nie pokazać?
Czy wraz z wiekiem i doświadczeniem twoje podejście do wyboru ról zmieniło się?
K.B.: - Myślę, że tak. Nie jestem typem, który z góry zakłada, że teraz chce zagrać to czy tamto. Nigdy nie myślałem w tych kategoriach. Jedną z pozytywnych rzeczy związanych z procesem starzenia się, a jednocześnie możliwością dalszej pracy, jest to, że problemy i zmagania dojrzałego mężczyzny są zupełnie inne od tych z czasów młodości. Masz przed sobą nowe wyzwania, musisz przepracować inne rzeczy. To dało mi bardzo ciekawe zawodowe możliwości. Jestem wdzięczny za role, jakie dostaje, bo nigdy nie są schematyczne.
Grasz w na tyle różnych filmach, że horror, mimo że pojawiłeś się w wielu takich dziełach, nie zdominował twojej kariery.
K.B.: - Jak wspomniałem, był taki czas - kiedy pojawiłeś się w horrorze, nie miałeś szans na nic innego. Ci nieliczni, którym się to udało, uciekali z tego gatunku i nigdy nie wracali. Horror traktowany był jako miejsce dla słabych aktorów. Kiedy byłem młodszy, panowało przekonanie, że rola w takim filmie jest równoznaczna z tym, że możesz zapomnieć o Oscarze. Teraz to się zmieniło i każdy chce grać w horrorach. A ja nadal nie mogę dostać Oscara (śmiech).
Z czego wynika obecnie ta popularność horrorów?
K.B.: - Tym, co czyni horror naprawdę wyjątkowym, jest fakt, że to prawdopodobnie jedyny gatunek, który może być wszystkim naraz. Horror może mieć bardzo romantyczny wydźwięk, być histerycznie śmieszny, przerażający, tragiczny. W żadnym innym gatunku nie da się połączyć tych wszystkich elementów. Sam uwielbiam takie tytuły, jak "Dziecko Rosemary", "Egzorcysta", "Szczęki", "Lśnienie". Jednym z moich ulubionych filmów jest "Nie oglądaj się teraz" Nicolasa Roega z połowy lat 70.
Oboje z Kyrą jesteście w zawodzie aktorskim od wielu lat. Trudno było znaleźć równowagę pomiędzy pracą a życiem rodzinnym?
K.B.: - Na pewno to było spore wzywanie. Zresztą wydaje mi się, że w wielu zawodach znalezienie tego balansu nie jest łatwe. W naszym przypadku od początku było jasne, że stawiamy rodzinę na pierwszym miejscu.
Kyra Sedgwick: - To na pewno. Z Kevinem ciągle rozmawiamy o naszych projektach. Jesteśmy strasznymi pracoholikami. Kiedy dzieci były małe, zdecydowanie więcej czasu poświęcaliśmy im. Obecnie są dorosłe i co nie jest łatwe dla każdego rodzica, już tak bardzo nas nie potrzebują. Dlatego właśnie możemy tyle czasu poświęcić na dyskusje o filmach czy serialach, które chcielibyśmy zrobić. Lubimy te rozmowy. Myślę, że byłoby o wiele trudniej, gdyby partner nie był z tej samej branży. Wtedy można by odnieść wrażenie, że jedna strona cały czas mówi o swoich sprawach. Niemniej kiedy dzieci dorastały, to je stawialiśmy na pierwszym miejscu. Choć pewnie trzeba by też je o to zapytać (śmiech).
Czego dowiedzieliście się o sobie albo rodzinie podczas pracy nad "Family Movie"?
K.B.: - Chyba przede wszystkim tego, że w tym momencie życia mamy przestrzeń i ochotę, by razem pracować. Wielką radością jest obserwowanie własnych dzieci nie tylko na planie, ale też w całym procesie - przy premierze filmu, jeżdżeniu na festiwale, udzielaniu wywiadów. Nie do końca wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądało, bo przyzwyczajeni jesteśmy, że zwykle robimy to sami. Okazało się, że takie wspólne doświadczenie jest świetne. Cieszymy się swoim towarzystwem.
K.S.: - Rzadko ma się okazję zobaczyć własne dzieci w sytuacji zawodowej. Zwykle wracają do domu i opowiadają o swojej pracy, a ty musisz im wierzyć na słowo. W tym przypadku mogłam obserwować z bliska, jak pracują przez cały dzień, jak się zachowują, jak wchodzą w interakcje i rozumieją cały proces. Jako rodzic byłam tym zachwycona i bardzo z nich dumna.

Na napisach końcowych pojawiają się zdjęcia i materiały wideo z waszego domowego archiwum. Jest w tym trochę melancholii, że to może być koniec pewnego etapu. Wasze dzieci są już dorosłe, żyją własnym życiem. Coś się kończy, a coś zaczyna.
K.S.: - Każdy rodzic doskonale wie, jak ulotna jest ta chwila. Dzieci są małe, by niemal w jednej sekundzie stać się dorosłymi ludźmi. Bycie rodzicem to ciągła, bolesna świadomość, że twoje pociechy powoli się od ciebie oddalają i musisz im na to pozwolić. Jest w tym coś strasznego.
K.B.: - Dopóki nie będziesz naprawdę stary i sam nie zaczniesz zachowywać się jak dziecko. Wtedy to oni będą musieli zmieniać ci pieluchy.
Brzmi jak kolejny horror.
K.S.: - To byłby świetny pomysł!
K.B.: - Od kiedy nasze dzieci były małe, zawsze mieliśmy pod ręką kamerę wideo i utrwalaliśmy wiele chwil z naszego rodzinnego życia. Na pewno jest w tym sporo melancholii, bo to obrazuje upływ czasu. Z drugiej strony, kiedy przeglądaliśmy stare nagrania, miałem wrażenie, że nasza rodzina jest trochę dziwna (śmiech). Nie robiliśmy niczego w standardowy sposób, a myślę tu też o wychowywaniu dzieci.
Na domowe nagrania aktorów, pokazujące ich z nieco innej strony, zawsze jest duży popyt - czy to w formie dokumentu, czy serialu dokumentalnego. Myśleliście kiedyś o czymś takim?
K.S.: - Rzeczywiście teraz prawie każdy robi taki dokument. Chyba raczej podchodzimy do tego tak, że kiedy umrzemy, a nasze dzieci będą chciały coś takiego zrobić, to droga wolna.
K.B.: - Proponowano nam reality show, ale to naprawdę nie nasza bajka. Podobnie w przypadku dokumentu. "Family Movie" to prawdopodobnie maksimum tego, na ile chcemy się odsłonić.
Myślicie, że będziecie jeszcze mieli okazję zrobić jakiś projekt w czwórkę?
K.B: - To był świetny test. Nigdy wcześniej nie pracowaliśmy w czwórkę, więc ten film był wymagającym, ale bardzo dobrym sposobem, żeby sprawdzić, czy to w ogóle jest możliwe. Myślę, że wszyscy czujemy podobnie i chętnie znaleźlibyśmy coś, żeby w przyszłości razem popracować. Nie skupiamy się jednak tylko na tym. Każdy z nas ma swoją osobną karierę i aktualnie pracujemy nad innymi projektami. Ale jeśli coś ciekawego się pojawi - dlaczego nie?
K.S.: - Bardzo ważne było dla nas, żeby z tej rodzinnej współpracy trochę pożartować. Musieliśmy podejść do tego z dużym poczuciem humoru, bo gdybyśmy byli zbyt poważni, wszyscy mówiliby: "Oho, chyba myślą, że są wielkimi artystami".
Prowadzicie nietypowe dla aktorów życie. Mieszkacie na farmie w Connecticut. Macie tam alpaki, kozy. Zresztą w mediach społecznościowych zobaczyć możemy tak zwane "Goat Songs", kiedy Kevin śpiewa dla swoich zwierząt. Kozy mają jakieś muzyczne preferencje?
K.B.: - Na początku śpiewałem kozom głównie klasyczny rock. Tolerowały to, ale dopiero kiedy sięgnąłem po repertuar Taylor Swift, Beyoncé czy Backstreet Boys, naprawdę im się spodobało.
K.S.: - Mówisz poważnie?
K.B.: - Nie (śmiech).
K.S.: - Jest tak dobrym aktorem, że nawet ja nie umiem tego wyczuć (śmiech).
Która rola drugiej osoby jest waszą ulubioną?
K.S.: - Jest ich sporo, ale powiedziałabym, że ta w filmie, którego prawie nikt nie widział - "Murder in the First" Marka Rocco. To jedna z najlepszych ról Kevina. No i oczywiście "JFK" Olivera Stone'a.
K.B.: - Trudno wybrać jedną, ale z tych ostatnich najbardziej podobała mi się ta w filmie "Caroline, Caroline" Adama Rehmeiera. Kyra co prawda pojawia się na ekranie na jakieś dziesięć minut, lecz rozwala system. Jeśli aktorka potrafi tak zagrać w jednej scenie, to jest to absolutny strzał w dziesiątkę.













