Hollywoodzka aktorka i aktywistka. 20 lat temu oczarowała świat

America Ferrera na rozdaniu Oscarów w 2024 roku /Sarah Morris/WireImage /Getty Images

Świat poznał ją blisko 20 lat temu jako "Brzydulę Betty". Młodziutka dziewczyna nie tylko oczarowała widzów swoim talentem i pozytywną energią, ale też szybko udowodniła, że jest empatyczną, elokwentną osobą, wrażliwą na świat i ludzi. Najmłodsza z sześciorga, wychowana przez pochodzącą z Hondurasu samodzielną mamę-imigrantkę, America Ferrera wiedziała, jak ważne są ciężka praca, wytrwałość i szacunek. Te wartości zaprowadziły ją daleko. Dziś jest nie tylko pracującą aktorką ("Jak wytresować smoka", "Bogowie ulicy", "Barbie"), ale także zaangażowaną w rozmaite działania charytatywne aktywistką. Działa na rzecz dzieci, osób wykluczonych ekonomicznie i szeroko pojętych inicjatyw otaczających opieką społeczności Latynoską i imigrancką.

Jej najnowszy film "Zaginiony autokar" (dostępny na Apple+) także można uznać za obraz społecznie zaangażowany. Reżyser Paul Greengrass ("Krwawa niedziela", "Lot 93", "Ultimatum Bourne’a") opowiada historię kierowcy szkolnego autobusu (Matthew McConaughey), który w obliczu nagłego, niszczycielskiego pożaru zaryzykuje wszystko, by uratować nauczycielkę (America Ferrera) i jej uczniów przed zabójczym pożarem.

Reklama

Film został zainspirowany bohaterskimi czynami prawdziwych ludzi, a w obliczu niedawnych pożarów, które strawiły wielką część Los Angeles, tylko zyskuje na aktualności. Z Americą Ferrerą rozmawiała Anna Tatarska.

Anna Tatarska: Bardzo często w swojej karierze grasz postaci, które walczą ze społecznymi nierównościami czy przeciwnościami losu, a ich niezłomność inspiruje widza. Jaka jest według ciebie wartość w graniu kogoś pozornie zwyczajnego, kto jednak ma w sobie wiele determinacji i empatii?

America Ferrera: - Moja mama samodzielnie wychowywała sześcioro dzieci, pracując na dwie zmiany, żeby móc opłacić rachunek za elektryczność czy postawić na stole ciepły posiłek. To, co wydawało mi się niemożliwe, stawało się w moim życiu możliwe, dzięki takim ludziom jak nauczyciele, rodzice koleżanki, sąsiedzi. Ktoś kto dostrzegł we mnie potrzebę czegoś i mi pomógł, wsparł. Także moimi bohaterami zawsze byli zwyczajni ludzie, robiący zwyczajne rzeczy po to, żeby stworzyć możliwości. Dlatego dla mnie jest oczywiste, że zwyczajni ludzie mogą być bohaterami. 

- Wiem, że każdy z nas jest w stanie zmienić czyjeś życie, nie potrzeba do tego milionów na koncie czy politycznego wpływu. Oczywiście, że istnieją ideały czy autorytety, na które patrzymy, które nas inspirują i sprawiają, że nasze marzenia stają się jeszcze większe. Dlatego kiedy trafił do mnie ten scenariusz, naprawdę potrafiłam zrozumieć, dlaczego Kevin i Mary zajmują się dziećmi w otoczonymi przez pożar autobusie, a nie zostawiają je pośrodku ognia, żeby biec ratować swoich - co, umówmy się, również byłoby logiczne. Bohaterowie żyją wśród nas.

Poznałaś prawdziwą Mary, pierwowzór swojej bohaterki. Co ci powiedziała o swoim doświadczeniu? Co najbardziej cię poruszyło?

- Powiedziała mi oczywiście bardzo wiele poruszających rzeczy, ale coś, co szczególnie utkwiło mi w głowie, to w jak wiele różnych ról musiała się wcielać, gdy płomienie uwięziły ją w autobusie. Była matką, która nie jest w stanie skontaktować się z dwójką własnych dzieci, i nie wie, czy one są bezpieczne. Jej własne życie było zagrożone. Ale czuła, że jej zadaniem jest stłumić swoje własne obawy i wspierać swoich uczniów tak, jak jest to w danym momencie potrzebne. 

- W momencie pożaru Mary miała już ćwierć wieku stażu w szkole, do której woził dzieciaki autobus. Każdy z tych dzieciaków doskonale ją znał, znali ją ich rodzice, rodzeństwo. Była częścią tamtej społeczności. Zależało jej nie tylko, by dzieciaki przeżyły, ale też, by wyszły z tego bez traumy. Opowiadała mi, jak śpiewali piosenki, opowiadali sobie dowcipy. Jak rozdawała dzieciakom słodycze, które miała w torebce. Była pełna lęku, ale musiała dać jak najlepszy występ po to, żeby dzieci choć trochę mniej się denerwowały. Poruszyło mnie to do głębi. No i aktorsko było to utrudnienie, bo musiałam widzowi pokazać wszystkie wątpliwości, wahanie, strach, które ukrywa przed dzieciakami w autobusie moja bohaterka.

Emocje towarzyszące postaciom były niezwykle silne, ale dysponowaliście ograniczoną przestrzenią - większa część zdjęć rozgrywa się w otoczonym przez płomienie autobusie. Jak to wpłynęło na proces przygotowań?

- Wraz z Matthew i Paulem, reżyserem, spędziliśmy w tym autobusie naprawdę dużo czasu. Nie tylko podczas zdjęć, ale też na etapie przygotowań, bo wszystkie nasze próby odbywały się również tam. Nigdy wcześniej nie grałam w tego typu filmie akcji. Było dużo ruchu, precyzyjna choreografia dotyczyła nie tylko pierwszoplanowych postaci, ale też setek statystów, samochodów w tle, fruwających nad nami dronów i rozpalonego na potrzeby zdjęć, kontrolowanego przez specjalistów, ognia.

- Decydując się na udział w filmie dowiedziałam, że moja praca będzie miała w związku z tym dwa wymiary. Będę musiała wykonać wszystkie zadania, przejść z punktu A do punktu B, sprawić, żeby ruch mojej bohaterki wyglądał na ekranie realistycznie. Z drugiej strony ani na chwilę nie mogłam "puścić" tych wewnętrznych emocji Mary, duchowej podróży, jaką odbywa na oczach widza.

- Na początku bardzo koncentrowałam się na tej ograniczonej przestrzeni i stresowało mnie to. Bałam się, że nie będę w stanie emocjonalnie zróżnicować scen, skoro wszystkie rozgrywają się w podobnej przestrzeni. Ale im lepiej rozumiałam emocje mojej bohaterki, jej relacje z synem oraz z uczniami, tym mniej przejmowałam się, że mamy tak mało miejsca na granie.

- To było spore wyzwanie, ale wspierał mnie w tym wspaniały reżyser. Takie kino to specjalność Paula. On doskonale wie, jak zrobić film, który trzyma w napięciu, gdzie akcja jest na najwyższym poziomie realizacyjnym, a jednocześnie serce postaci jest zaopiekowane a jej portret psychologiczny pogłębiony.

Kilka miesięcy po tym, jak zakończyliście zdjęcia do "Zaginionego autokaru", znaczną część Los Angeles strawiły pożary. Czy to było przeżycie z gatunku surrealnych?

- Urodziłam się, wychowałam i całe życie mieszkam w Południowej Kalifornii, zatem dzikie pożary są czymś, z czym mam styczność od najmłodszych lat. Ale jak dobrze wiemy sezon suchy staje się coraz bardziej suchy i coraz dłuższy, a pożary coraz większe i "głodniejsze". Kiedy wybuchł styczniowy pożar, właśnie jechałam do studia, żeby nagrać postsynchrony do "Zaginionego autokaru". Wiele osób z naszej ekipy, w tym nasz montażysta czy producenci, musieli opuścić swoje domy i kończyli nasz film jednocześnie codziennie drżąc o to, czy będą mieli do czego wracać. To było surrealne uczucie - pracować nad filmem, kiedy prawdziwy pożar zagraża dobrostanowi połowy tworzącej go ekipy...

- To, co się wydarzyło w Los Angeles, było szokujące, głównie ze względu na skalę - ale nie zaskakujące. Katastrofy naturalne stają się naszą rzeczywistością. Dla mnie tegoroczne pożary tylko podkreślają, jak ważny jest podejmowany przez nasz film temat i mam nadzieję, że widzowie poczują i docenią tę adekwatność. Ten temat nie stanie się mniej ważny, wręcz przeciwnie.

Czy udział w tym projekcie jakoś zmienił twoje przekonanie na temat tego, czym jest człowieczeństwo? Jak jako ludzie, zachowujemy się w chwilach najcięższej próby?

- Jak już wspominałam, pierwsze wersje montażowe filmu oglądaliśmy w czasie, gdy ogień trawił kolejne dzielnice Los Angeles. Nie tylko zarządcy miasta, ale także jego mieszkańcy desperacko usiłowali znaleźć sposoby, by poradzić sobie z tą bezprecedensową sytuacją. W tamtej chwili wszyscy byliśmy członkami Ochotniczej Straży Pożarnej, ratownikami. I nie mam wątpliwości, że taka będzie nasza przyszłość. Już niedługo umiejętność gaszenia pożaru czy opatrywania poparzeń będzie, przynajmniej dla mieszkańców mojego regionu, wiedzą całkowicie podstawową. I o tym też mówi nasz film.

- Mówiłam wcześniej o tych zwyczajnych bohaterach i jeszcze do tego chciałabym wrócić. Mary i Kevin nie obudzili się pewnego dnia z pomysłem, że to właśnie dzisiaj zostaną bohaterami, że będą ratować ludzi. Moja bohaterka nie wyrywa się przed szereg, ona naprawdę dużo czasu spędza siedząc i czekając, aż systemowe procedury zadziałają. Nie zdaje sobie sprawy, że gdzieś niedaleko decydenci właśnie rozmawiają o tym, że nic, co miało pomóc, nie działa, że nic nie mogą zrobić. Ważną częścią tej opowieści jest moment, w którym nasi bohaterowie zdają sobie sprawę, że by uratować siebie i dwadzieścioro dwoje dzieci, które wiozą w autobusie, muszą wziąć sprawy w swoje ręce, bo na nikogo innego nie mogą liczyć.

- Nasz film podkreśla, jak bardzo potrzebujemy siedem nawzajem i że potrafimy o siebie wzajemnie dbać. Potrafimy zajmować się dziećmi innych ludzi, potrafimy okazywać innym miłość. To daje nadzieję, że gdy zapali się dom sąsiada, a w środku uwięzieni będą jego bliscy lub pies, to nie będziemy najpierw pytać, na kogo głosował. A kiedy to my znajdziemy się w sytuacji, w której sami nie będziemy w stanie dotrzeć do naszego dziecka w potrzebie, znajdzie się ktoś, kto będzie mógł to zrobić. Pozwala wierzyć, że jesteśmy w stanie znaleźć w sobie człowieczeństwo bez względu na wszystko.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: America Ferrera | Paul Greengrass
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL