Dwayne Johnson jako Maui w aktorskiej wersji słynnej "Vaiany"
Dwayne Johnson znany z ról twardzieli w hollywoodzkich blockbusterach tym razem wciela się w zupełnie inną postać - to on musi prosić o pomoc. Maui, którego gra w "Vaianie", został zainspirowany jego dziadkiem. - Jest tu wiele osobistych elementów, które sprawiają, że ten projekt jest dla mnie naprawdę wyjątkowy - przyznaje.
Dla aktora powrót do tej postaci po niemal dziesięciu latach [to jego głosem przemawiał animowany Maui - red.] nie był jedynie kolejnym kontraktem z Disneyem. Stał się podróżą do własnych korzeni, próbą opowiedzenia światu o kulturze Polinezji i jednocześnie okazją do rozliczenia się z samym sobą.
Johnson nie ukrywa, że dziś jest zupełnie innym człowiekiem niż wtedy, gdy po raz pierwszy użyczył głosu Mauiemu. - Jestem dziś innym ojcem, innym mężem i także innym aktorem - mówi. W jego przekonaniu właśnie dlatego aktorska wersja "Vaiany" mogła powstać dopiero teraz.
Wierzę, że wszystko dzieje się we właściwym momencie. Gdybym grał tę rolę dziesięć lat temu, byłaby to zupełnie inna kreacja
"Vaiana" w polskich kinach od 10 lipca, a z aktorem rozmawiał Artur Zaborski.
Artur Zaborski, Interia: Wciela się pan w Mauiego ponownie niemal dziesięć lat po premierze pierwszej "Vaiany". Jak przez ten czas zmieniła się pańska relacja z tą postacią?
Dwayne Johnson: - Jestem dziś zupełnie innym człowiekiem niż dekadę temu. Innym ojcem, innym mężem i także innym aktorem. Naturalnie więc moja relacja z Mauim również się zmieniła. Dopóki nie wszedłem na plan, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ogromną siłę ma ta postać. Ktoś wcześniej zapytał mnie, jak zdefiniowałbym Mauiego. Czy jeśli zestawić go z innymi granymi przez mnie postaciami, jest antybohaterem?
- Odpowiedziałem, że Maui funkcjonuje w zupełnie osobnym świecie. Przede wszystkim dlatego, że ta historia jest już kochana przez widzów dzięki dwóm filmom animowanym. Nie próbujemy więc pokazać światu czegoś zupełnie nowego. Poza tym Maui został zainspirowany moim dziadkiem, Peterem Maivią. Jest tu więc wiele osobistych elementów, które sprawiają, że ten projekt jest dla mnie naprawdę wyjątkowy.
- Przez te lata bardzo się zmieniłem. Wierzę, że wszystko dzieje się we właściwym momencie. Nawet jeśli chcielibyśmy, żeby wydarzyło się wcześniej, później albo wcale. W tym przypadku mam poczucie, że możliwość zagrania Mauiego w wersji aktorskiej przyszła dokładnie wtedy, gdy byłem na to gotowy. Codziennie czułem to na planie. Gdybym grał tę rolę dziesięć lat temu, byłaby to zupełnie inna kreacja.
Czy ten film jest dla pana sposobem na ponowne połączenie się z własnymi korzeniami i przodkami?
- Zdecydowanie tak. Ten film to także okazja, żeby pokazać światu kulturę Polinezji. Umożliwia nam uświadomienie sobie, że wartości obecne w kulturze polinezyjskiej są wspólne dla wielu kultur na świecie - europejskiej, azjatyckiej czy latynoamerykańskiej. Łączy nas podobny system wartości i podobne spojrzenie na to, co w życiu jest naprawdę ważne. Wszyscy wiemy też, jak to jest, kiedy odchodzą nasi bliscy, ci najstarsi. Fizycznie już ich z nami nie ma, ale w pewnym sensie nadal są obecni, tyle że w inny sposób.
- Dlatego ten film był dla mnie sposobem na ponowne odnalezienie więzi z własną kulturą. Pomysł aktorskiej wersji "Vaiany" przedstawiono mi już w 2019 roku. To wtedy pierwszy raz usłyszałem pytanie, czy chciałbym w niej zagrać. Odpowiedziałem, że bardzo, ponieważ ta historia niesie ze sobą ważne życiowe lekcje, które w wersji z aktorami mogą wybrzmieć jeszcze mocniej.
- Mamy młodą dziewczynę, która pragnie czegoś więcej od życia, podczas gdy jej ojciec mówi: "Kocham cię i chcę cię chronić. Nie możesz wypływać poza rafę". Z drugiej strony jest wspierająca matka. Jest także babcia, która odchodzi, ale jednocześnie mówi wnuczce: "Jesteś przeznaczona do czegoś więcej".
- Jeśli dodamy do tego muzykę i kulturę Polinezji, to otrzymujemy naprawdę wyjątkową mieszankę, z której powstał niezwykły film.
Dzięki piosence "You're Welcome", która stała się jedną z najbardziej ikonicznych piosenek Disneya, trafił pan na listę Billboard Hot 100. W aktorskiej wersji filmu nie tylko pan ją śpiewa, ale też wykonuje całą choreografię na ekranie. Jak się pan czuł jako musicalowy showman?
- Byłem śmiertelnie przerażony, kiedy mieliśmy nagrywać tę część filmu. W wersji animowanej śpiewałem piosenkę w studiu. Lin-Manuel był wtedy obok mnie i prowadził mnie podczas nagrania. Byłem jednak zamknięty w kabinie i pracowałem wyłącznie głosem. Teraz wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Byłem na planie jako żywy człowiek. Musiałem jednocześnie śpiewać, grać, tańczyć, wykonywać choreografię i budować relację z drugą aktorką. Maui przez całą scenę próbuje ją oczarować i zwabić do jaskini, więc to było naprawdę spore wyzwanie. Jednocześnie czułem, że jestem w bardzo dobrych rękach Tommy'ego [Kaila, reżysera - przyp. red.]. Jako reżyser, który wywodzi się z teatru i pracował przy "Hamiltonie" oraz "In the Heights", wniósł na plan fantastyczną energię.
- Wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że "You're Welcome" to utwór oparty na nieustannym ruchu. A Lin-Manuel [Miranda, kompozytor - przyp. red.] pisze teksty w taki sposób, że kiedy naprawdę wsłuchasz się w słowa, one dokładnie podpowiadają ci, co czuje dana postać i kim jest. W tym przypadku Maui właściwie mówi: "Nie ma za co - za wszystko, co dla ciebie zrobiłem".
- To było bardzo stresujące doświadczenie, ale otaczało mnie wielu świetnych ludzi. A tak przy okazji - tę jedną piosenkę kręciliśmy przez dwa tygodnie. To naprawdę ogromny numer i jego realizacja zajęła mnóstwo czasu. Ale kiedy zobaczyłem efekt, byłem naprawdę zadowolony.
Mówi się, że wykonuje pan ogromną pracę na rzecz nowego spojrzenia na męskość. Jaki model męskości pokazuje pan w tym filmie i dlaczego uważa pan, że jest on dziś potrzebny?
- Chciałem pokazać taki rodzaj męskości, który - szczerze tak myślę - wielu z nas, mężczyzn, próbuje na co dzień prezentować. Chcemy przecież pokazać się od jak najlepszej strony. Chcemy sprawiać wrażenie ludzi kompetentnych, takich, którzy potrafią wykonać zadanie, poradzić sobie z problemami, pracować, utrzymać rodzinę i zapewnić jej bezpieczeństwo.
- Ale równie ważne jest to, żeby w chwilach, kiedy wszystko zaczyna się sypać i życie nagle robi się szare, a proszę mi wierzyć, takie momenty przychodzą do każdego, umieć się do tego przyznać. Czasami nie da się tego nawet wyjaśnić. Mówię czasem mojej żonie, że możesz obudzić się rano i mieć wokół siebie wszystko, o czym marzysz, a mimo to po prostu nie czujesz się dobrze. Czujesz smutek. Czasem niewielki, a czasem bardzo głęboki.
- Dorastałem jako jedynak w przyczepie kempingowej. Nie wychowywałem się w domu, w którym ojciec powiedziałby: "Jeśli coś cię boli, opowiedz mi o tym. Jestem przy tobie". Dziś mówię to swoim córkom, ale ja takich słów nie słyszałem. Dlatego wszystkie emocje tłumiłem i chowałem głęboko w sobie.
- W przypadku Mauiego chciałem pokazać, że nawet najsilniejsi i najbardziej kompetentni mężczyźni odkrywają, jak wielką siłę daje otwartość i podatność na zranienie.
Pokazywanie słabości jest oznaką siły.
- Kiedy Maui opowiada, że jako niemowlę został porzucony do oceanu, bo rodzice go nie chcieli, jest to niezwykle bolesna historia. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej traumatycznego. I właśnie w tym momencie Maui staje się, moim zdaniem, jeszcze silniejszy. Nie dlatego, że walczy czy demonstruje swoją moc, ale dlatego, że otwiera się jako człowiek. To jest dla mnie bardzo ważny element męskości.
- Mam wrażenie, że dziś samo słowo "męskość" bywa demonizowane. Ja się z tym nie zgadzam. Męskość sama w sobie nie jest niczym złym. Możemy ją akceptować i pielęgnować. Dla mnie oznacza ona przede wszystkim autentyczność. Otwieranie się wtedy, kiedy jest to potrzebne, i umiejętność powiedzenia: "Nie wiem".
- To są słowa, których mój ojciec nigdy nie wypowiedział. Nigdy nie powiedział: "Nie wiem, ale się dowiem". Ja mówię to dziś bardzo często, bo wielu rzeczy po prostu nie wiem. Jeżeli przez całe życie próbujesz sprawiać wrażenie człowieka, który zna odpowiedź na wszystko, prędzej czy później trafiasz w ślepą uliczkę.
- Moja definicja męskości jest więc taka: możesz być silny, odpowiedzialny i pewny siebie, ale jednocześnie powinieneś nauczyć się otwartości, podatności na zranienie i proszenia o pomoc, kiedy jej potrzebujesz. To coś, co my, mężczyźni, wciąż robimy zbyt rzadko. Bardzo rzadko mówimy: "Jest mi ciężko. Czuję się przygnębiony. Możesz mi pomóc?". Ja sam dopiero się tego uczę. I uczę się tego przede wszystkim dzięki moim córkom.
W filmie jest wzruszająca scena, w której Maui musi zaakceptować pokorę, przyznać się do błędu i postawić kogoś ponad sobą. Jakie doświadczenia z własnego życia przywoływał pan, żeby dotrzeć do miejsca, w którym emocjonalnie znajduje się pański bohater?
- W moim życiu wydarzyło się z czasem coś bardzo ważnego. W końcu otoczyłem się właściwymi ludźmi. Ludźmi, przy których czuję się bezpiecznie. Jeden z moich ulubionych wokalistów powiedział kiedyś, że szuka "miękkiego miejsca, na które można upaść". Dla wielu mężczyzn, w tym dla mnie, to nigdy nie było naturalne. Dziś mam wokół siebie kilka osób, mogę je policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze kilka palców zostanie wolnych, przy których wiem, że jestem bezpieczny. Mogę się przed nimi otworzyć i po prostu "upaść na miękkie miejsce". To właśnie wtedy najbardziej się rozwinąłem jako człowiek.
- Przez wiele lat moją pierwszą reakcją była obrona. Zawsze chciałem udowodnić, że mam rację. Przekonać drugą osobę do swojego punktu widzenia. Aż w końcu przyszedł moment, kiedy powiedziałem sobie: "Zaraz, bądźmy szczerzy. Przecież potrzebuję pomocy". W końcu podszedłem do drugiego człowieka z otwartymi ramionami i powiedziałem: "Nie znam odpowiedzi. Możesz mi pomóc?". Te słowa: "Czy możesz mi pomóc?" zmieniły moje życie. Nigdy ich nie wypowiadałem ani jako dziecko, ani jako nastolatek, ani mając dwadzieścia czy trzydzieści kilka lat. I właśnie to, między innymi, doprowadziło do mojego rozwodu. Bo nie potrafiłem powiedzieć: "Pomóż mi".
- Od tamtej pory ogromnie pomogło mi to w życiu prywatnym. Dotyczy to także relacji z moimi córkami. Z młodszymi jeszcze nie prowadzę takich rozmów, choć wiem, że kiedyś przyjdzie na to czas. Ale z moją najstarszą córką, Simone, która ma już ponad dwadzieścia lat, rozmawiam w ten sposób. Mówię jej czasem: "Słuchaj, denerwuję się tym, co przede mną. Nie wiem, jak to się skończy. Chyba trochę się boję. Możesz mi pomóc? Możemy o tym porozmawiać?". I proszę mi wierzyć, wszystko zmienia się w jednej chwili. To ogromna siła, kiedy mężczyzna potrafi powiedzieć: "Stary, potrzebuję pomocy".













