Dorota Szelągowska: Potrzeba remontu

Niedawno po raz drugi została mamą, ale to nie oznacza, że zwalnia tempo. W HGTV wystartował właśnie jej nowy program "Dorota inspiruje". Córka znanej pisarki Katarzyny Grocholi znów będzie uczyć Polaków, jak najefektywniej robić remonty.

Dorota Szelągowska zrobiła już ponad 140 telewizyjnych metamorfoz mieszkań

Chyba po raz pierwszy w swoich programach ograniczy się pani tylko do drobnego liftingu?

Reklama

Dorota Szelągowska: - Takie było początkowe założenie, ale w miarę przygotowań program po prostu się rozrósł. Na przykładzie jednego pomieszczenia pokazuję rozwiązania - zarówno te mniejsze, jak przerabianie mebli, dekoratorskie triki czy metamorfozy za pomocą dodatków, jak i większe. Wyburzamy, malujemy, podpowiadamy, jak dobrać odpowiednie materiały i prawidłowo ich użyć. Z założenia remontujemy jedno pomieszczenie, ale mogę zdradzić, że naszych bohaterów czekają różne niespodzianki. Kluczowym elementem tego programu są także porady - pokazuję, jak przygotować różne powierzchnie do zmiany, jak stosować poszczególne narzędzia i materiały, czy jak optycznie "poprawić" kształt nieforemnego pomieszczenia. Oprócz spektakularnego efektu "przed i po", tego właśnie oczekują widzowie moich programów i generalnie kanału HGTV, którego rolą jest moim zdaniem właśnie ośmielanie ludzi do zmian w swoim otoczeniu.

Wydaje mi się, że czasem drobna zmiana jest trudniejsza niż normalny remont.

- To prawda, ale nie zawsze pełen remont jest potrzebny, poza tym nie zawsze mamy na niego czas i pieniądze. Nasi widzowie szukają również inspiracji do małych zmian i my, nawet robiąc generalny remont, przemycamy proste "patenty"... Najtrudniej jest podjąć decyzję o zmianie - potem, jeśli mamy podstawową wiedzę, co i jak, możemy "ruszyć z kopyta".

Do czego najtrudniej przekonać bohaterów programu?

- Chyba jednak do pozbycia się rzeczy. Być może jest to jeszcze pokłosie PRL-u, ale trzymamy w domach masę kompletnie niepotrzebnych i nieużywanych rzeczy. Po co komu 20 kompletów pościeli? Zbieractwo jest naszym problemem. Będziemy żyć z meblościanką, której nienawidzimy, ale nie wyrzucimy jej, bo przecież jest jeszcze dobra. Tak strasznie boimy się marnotrawstwa, że nie myślimy kreatywnie. Poza tym czasem malujemy ściany na kolory, które szybko się nudzą. Nie dbamy o to, żeby mieć neutralną bazę, do której potem można niewielkim kosztem dopasować różne drobiazgi i nadać wnętrzu charakter, który będzie można zmienić. Często też moi bohaterowie zamiast patrzeć na własne potrzeby - przyjrzeć się swojemu życiu, rytuałom, zastanowić, w jakich miejscach czują się najlepiej, podążają za modą czy zdjęciami w kolorowych magazynach, albo co gorsze, rozwiązaniami, jakie widzieli u sąsiadów. Różnica jest jednak taka, że sąsiedzi nie mają dzieci i jadają na mieście, a nasi bohaterowie mają trójkę i kochają gotować.

Chce się pani jeszcze coś zmieniać u siebie?

- Oczywiście! Jestem chora, jeśli choć raz na dwa lata nie zrobię remontu, a już nie mówię o takich drobnych liftingach, jak np. zmiana koloru ścian czy dodatków.

A co pani robi z tymi rzeczami, które pani wymienia?

- Umówmy się, poszewki na poduszki nie zajmują dużo miejsca, ale jeśli np. wymieniam stolik czy lampę, to albo ją komuś oddaję, albo sprzedaję. Nie gromadzę rzeczy.

Ile tak naprawdę zajmuje przygotowanie projektu? Bo w programie wygląda to tak, że już po kilku chwilach od wejścia do mieszkania wie pani, co zmienić.

- Bohaterów programu poznaję dopiero w momencie rozpoczęcia pracy nad odcinkiem. Ale wcześniej jest casting, który prowadzi HGTV, moja asystentka jedzie do mieszkania i dokładnie je mierzy, rozmawia też z właścicielami o tym, jakich zmian oczekują. Potem siadamy w biurze, rozmawiamy i tworzę wstępny projekt. To zajmuje zwykle kilka godzin. Dopracowanie koncepcji, stworzenie ostatecznego projektu to kwestia dni. Jestem w tej branży już wiele lat, mniej więcej wiem, co jest w ofercie sklepów i nie planuję czegoś, czego nie będę mogła zrealizować. Bardzo dbam o to, żeby to, co pokazujemy, można było kupić w sklepie. Jestem na to uczulona - denerwują mnie programy pokazujące rozwiązania, których widz nie ma możliwości przenieść do swojego mieszkania. Wszystkie potrzebne materiały i elementy wyposażenia wnętrz są zwykle kupowane kilka dni przed zdjęciami, natomiast sam remont trwa od 3 do 5 dni.

Zdarza się, że ma pani blokadę?

- Bardzo rzadko, raczej cierpię na nadmiar pomysłów i potem muszę podjąć trudną decyzję, który z nich wybrać.

Od wielu lat pracuje pani z tą samą ekipą - ile czasu zajęło wam zgranie się?

- Z Darkiem Stolarzem pracowałam przez wiele lat. Poznałam go przy jednym z moich pierwszych projektów i to on właśnie polecił mi Marikę. To zabawne, bo jak się ogląda stare odcinki, widać, jak oni się zmieniali. Darek był cichutki, prawie się nie odzywał, robił "swoje". Teraz coraz bardziej się rozkręca, coraz więcej mówi, jest już pełnoprawnym członkiem ekipy. Z kolei Marika jest tak naprawdę szaloną, niezwykle kreatywną, pełną pasji dziewczyną. Ale nie lubi kamery i ta kamera ją bardzo ugrzecznia. Prywatnie jest kompletnie inna niż w telewizji. W zależności od programu skład ekipy czasem się zmienia, ale Darek i Marika to kluczowe osoby. Zdarza się im oczywiście doprowadzić mnie do szewskiej pasji, ale chwilę później ratują trzy sytuacje, które z zasady są nie do uratowania, i od razu mi mija.

Liczyła pani, ile metamorfoz już zrobiła?

- Obliczyliśmy, że około 140 w telewizji. Oprócz tego od kilku lat prowadzę biuro, w którym projektujemy domy i mieszkania, dla naszych klientów. To kolejne kilkadziesiąt projektów rocznie - mimo iż zatrudniam kilku projektantów, nadzoruję każdą realizację.

Ze wszystkich jest pani zadowolona?

- Tak, choć oczywiście są takie realizacje, które uwielbiam i takie, które po prostu lubię. Nie wolno zapominać, że projektuję nie dla siebie, ale dla ludzi. Nie zawsze nasze gusta są kompatybilne, ale to oni mają być na końcu zadowoleni. Na pewno jednak nie robię nigdy nic wbrew sobie.

Czy prywatnie jest pani często pytana o rady?

- Bardzo często. Szczególnie, kiedy moi widzowie spotykają mnie w sklepach budowlanych - zawsze zadają pytania, czy poproszą o radę. Lubię takie spotkania, dzięki nim też wiem, czego oczekują moi widzowie. Ale też często ludzie nie zdają sobie sprawy, że nie da się zrobić projektu w ciągu kilku minut, czy wymyślić koncepcji na podstawie: "mam brązową kanapę i takie meble, pokój jest wąski - co zrobić?" Projektowanie wnętrz to cudowna, ale też ciężka i odpowiedzialna praca. Jeśli ktoś chce, żebym zaprojektowała czy urządziła mu mieszkanie, może się zgłosić do programu lub do mojego biura projektowego.

Zawsze mnie interesuje, jak na te wasze remonty reagują sąsiedzi bohaterów programu?

- W 90 proc. są bardzo mili, rozmawiają z nami, czasem nawet przynoszą jedzenie dla ekipy. Ale zdarzają się wyjątki, ludzie chyba bywają zazdrośni - wzywają straż miejską, dzwonią do spółdzielni. Kiedyś jeden pan sąsiad strasznie się na nas skarżył. W końcu do niego poszłam i powiedziałam: "Proszę pana, gdyby ten remont był robiony normalnie, to trwałby co najmniej miesiąc, my to robimy w 5 dni. Chyba woli pan 5 dni hałasu niż miesiąc?". "No tak, tak, ma pani rację" - powiedział. Taka łagodna perswazja zwykle pomaga, ale przede wszystkim robimy wszystko, co się da, by nie tylko dobrze przygotować się do remontu, ale też oswoić z nim otoczenie. No i zawsze po sobie sprzątamy!

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekaska.


Dowiedz się więcej na temat: Dorota Szelągowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje