Dominika Ostałowska: Życie dopisuje historie do fabuły "M jak miłość"

Stęsknieni za nią fani powinni być usatysfakcjonowani – Dominika Ostałowska gra w dwóch serialach, a jesienią aktorka rusza na teatralne tournée po Polsce.

Pracuję w różnych projektach i dzięki temu zawsze znajdzie się miejsce, gdzie spotkam dobrych, ciekawych ludzi i interesujące zadania - mówi Dominika Ostałowska

Informacja o tym, że wraca pani do "M jak miłość" wywołała falę entuzjastycznych wpisów w internecie. A z jakimi uczuciami pani wraca na plan?

Reklama

- Nie czytam tych wpisów, bo jeszcze bym się doczytała... Jeśli jednak były one faktycznie entuzjastyczne, to jest mi bardzo miło. To sympatyczne przeżycie spotkać znowu osoby, z którymi spędziłam tak wiele lat na planie i z którymi również wspólnie przechodziłam przez najróżniejsze życiowe zawirowania. Komfortowo jest też znaleźć się na planie, gdzie nie trzeba uczyć się wszystkiego od nowa: ludzi, zasad, przyzwyczajać się do nowego klimatu, a tak przeważnie jest, kiedy wchodzimy w nową produkcję.

Ale wraca pani do całkiem innej ekipy.

- Wracam do częściowo zmienionej. Przez 17 lat mojej pracy w serialu cały czas zmieniały się wątki, obsada, członkowie poszczególnych pionów realizacyjnych. To dość naturalne i charakterystyczne dla tego zawodu. Ciągłe zmiany sprawiają, że nie sposób się nudzić. Prawdą jest jednak, że pewne stałe elementy dają poczucie bezpieczeństwa.

Co w nowych odcinkach będzie się działo z Martą?

- Marta, nawet jeśli wie, powiedzieć tego nie może. Bo te małe tajemnice i niedopowiedzenia dotyczące postaci stanowią tak naprawdę sedno serialu, sprawiają, że widzowie mają powód, żeby co tydzień usiąść przed telewizorem. Poza tym scenariusz takich produkcji rzadko bywa formą zamkniętą, pisany jest na bieżąco i nawet sami scenarzyści losy bohaterów w pełni znają na jakieś 5 odcinków do przodu w stosunku do tego, co obecnie nagrywamy. Nie da się ukryć, że również realne życie dopisuje pewne historie
do fikcyjnej fabuły "M jak miłość". Czasem piękne, a czasem bardzo smutne.

Po wakacjach zobaczymy panią także w "Przyjaciółkach". Zagra pani... prawniczkę.

- Zaskakujące, prawda? (śmiech) Na szczęście charakterologicznie te postaci będą się jednak trochą różnić. Bohaterce "Przyjaciółek" odrobinę bliżej będzie do tej "ciemniejszej strony Mocy". A to jest przeważnie bardziej pociągające do grania dla aktorów. Dobro na ekranie wydaje się, niestety, nudne. W życiu wolimy spotykać na swojej drodze pozytywnych ludzi, choć na sali kinowej ulegamy czasem urokowi złych charakterów.

Pojawiły się informacje, że zagra pani siostrę Anki, czyli Magdy Stużyńskiej.

- Nie, łączyć je będą sprawy zawodowe i na tej płaszczyźnie pojawią się pewne konflikty.

A jestem ciekawa - oglądała pani wcześniej ten serial?

- Tak, jeśli dostaję propozycję grania w serialu, to byłoby niezawodowe nie obejrzeć żadnego odcinka. Myślę jednak, że aktorzy oglądając swoich kolegów w serialach, mają trudniej niż przeciętny widz z wciągnięciem się w akcję. Zawsze do pewnego stopnia kontrolują, sprawdzają, jak coś zostało nagrane, zmontowane, jakimi środkami zagrane. Co poprawiliby, a czego mogą się nauczyć. Chyba łatwiej jest oglądać seriale zagraniczne, kiedy - niestety - przeważnie nikogo nie znamy prywatnie.

Zdarzyło się pani żałować, że nie dostała jakiejś roli?

- Chyba nigdy nie zazdrościłam konkretnej roli, raczej scenariusza, klimatu filmu, przewrotnego poczucia humoru i takiej samej mądrości życiowej płynącej z opowiadanej historii. Mam wiele ulubionych filmów. Ale skoro jesteśmy już przy serialach, dałabym się pokroić za to, żeby zagrać w "Dexterze".

A niektórzy mogą zazdrościć pani sukcesu komediowego przedstawienia "Cudowna terapia".

- Przyjęłam tę propozycję z ogromną przyjemnością, właśnie m.in. z powodu scenariusza. Sztukę napisał Daniel Glattauer, który - oprócz tego, że jest dramaturgiem - był również terapeutą małżeńskim. Niewątpliwie więc wiedział, o czym opowiada, i mimo że sztuka jest komedią, skłania do wzruszenia i refleksji. To kocham na scenie najbardziej, kiedy widzowie mogą śmiać się, płakać i myśleć niemal w tym samym momencie.

O czym jest ta sztuka?

- W "Cudownej terapii" w reżyserii Dariusza Taraszkiewicza gram z Darkiem Kordkiem i Andrzejem Młynarczykiem. To opowieść o parze małżeńskiej ze sporym stażem, która przychodzi do terapeuty, żeby ratować związek. Okazuje się, że terapeuta jest z pewnością nietuzinkowym psychologiem, jego metody są niekonwencjonalne i ryzykowne, a czy skuteczne - po odpowiedź na to pytanie zapraszam serdecznie na przedstawienie, z którym od września będziemy pojawiać się praktycznie w całej Polsce.

A co dla pani prywatnie jest taką cudowną terapią?

- Nie wiem, czy to właściwa odpowiedź, ale dla mnie terapią jest praca. Nawet kiedy mam w niej jakieś problemy, jest dla mnie odskocznią. Pracuję w różnych projektach i dzięki temu zawsze znajdzie się miejsce, gdzie spotkam dobrych, ciekawych ludzi i interesujące zadania. To, co także sprawia mi przyjemność, uczy patrzeć na życie z dystansem i ucisza tego wewnętrznego zamartwiającego się we mnie krasnoluda, to czytanie książek popularnonaukowych, głównie psychologicznych.

To porozmawiajmy teraz o pani synu, który też próbuje sił na ekranie. Zdarza się, że panią recenzuje i czy przyjmuje pani jego uwagi?

- Mój syn na szczęście mnie nie recenzuje, ale jego uwagi przyjmuję z ogromnym zaciekawieniem, bo są zwyczajnie celne. Jest naprawdę spostrzegawczy i ma aktorski instynkt (nie waham się tego powiedzieć), więc mogę mu zaufać.

Chciałaby pani kiedyś z nim zagrać?

- Kiedy miał 10 lat, zagrał w "M jak miłość" nieślubnego syna Andrzeja Budzyńskiego. Cieszył się, więc i ja się cieszyłam, ale bycie jednocześnie mamą i aktorką na planie nie było dla mnie komfortowe. Aktor powinien się jednak skupić na sobie, a ja skupiałam się na nim. I to wcale nie na jego grze, tylko na tym, czy się dobrze czuje, czy jest zadowolony, czy się nie stresuje. Ogromnie dużo mnie to kosztowało. Myślę, że jak będzie starszy, to będzie to dla mnie łatwiejsze przeżycie.

Od dziecka przejdźmy do Facebooka - słyszałam, że choć ma pani swoją stronę, to jednak niechętnie się nią zajmuje.

- Żeby to zrobić pomysłowo, to trzeba się do tego przyłożyć i jeszcze to lubić. To wieczne fotografowanie się w różnych sytuacjach nie jest dla mnie, ja wciąż czuję się zażenowana. Nie mam nic przeciwko, ale mnie to nie bawi tak bardzo jak innych. No i  zapominam, że tego Facebooka mam, przypominam sobie po fakcie, ale uczestnicząc w życiu, przeżywając, nie mam czasu, żeby je jeszcze dokumentować. Choć czasem tego żałuję.

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekarska

Dowiedz się więcej na temat: Dominika Ostałowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama