Dominika Kluźniak: Oglądam siebie z zamkniętymi oczami

​Lubi pracę w "M jak miłość", ale z jednym wyjątkiem. W scenach kręconych przed domem w Grabinie zawsze marznie!

Nawet jeśli inni mówią, że jest dobrze, to i tak oglądam siebie z zamkniętymi oczami - wyznaje Dominika Kluźniak

Co pani sądzi o reaktywacji "BrzydUli"?

- Nie słyszałam o tym, ale wiele osób pyta mnie, czy będą nowe odcinki. Ludziom podobał się ten serial. Nie wiem, czy bym tego chciała, bo to jest jednak wyzwanie. Nie wiadomo, czy nowa część będzie równie dobra, minęło 8 lat, każdy z nas się zmienił... Ale lubiłam grać Izabelę.

Była ciepła i sympatyczna, podobnie jak grana przez panią w "M jak miłość" Ewa, która na dodatek wszystkim pomaga. Prywatnie też pani się wszystkimi opiekuje?

- Ewa i Marek rzeczywiście stali się opoką dla wszystkich, szczególnie dla dzieci. Ja mam po mojej mamie poczucie odpowiedzialności. Ona jest osobą, na którą zawsze można liczyć, i jak coś obieca, to na pewno to zrobi. Też staram się taka być. Chcę, żeby moi bliscy o tym wiedzieli.

Reklama


Zdarzyło się pani ingerować w tę postać, prosić scenarzystów o zmiany?

- Nie, ale przyznam, że czasami mówię, że Ewa w danej sytuacji w taki sposób by się nie zachowała. Przy tak dużej produkcji scenarzyści nie są w stanie wszystkiego dopilnować, a ja po tylu latach już wiem, jak moja postać funkcjonuje.

Ma pani też na pewno ulubionych bohaterów i miejsca, w których lubi lub nie lubi grać?

- Tak! Nie lubię, kiedy gramy sceny przed domem w Grabinie, bo zawsze jest zimno. Ten dom stoi blisko Wisły i tam zawsze wieje. My zaś pracujemy zwykle rano, kiedy jest jeszcze zimniej. Natomiast bardzo lubię grać z Kacprem Kuszewskim, Małgosią Rożniatowską, Tamarą Arciuch, z moimi dziewczynami... To nie tylko przyjemna praca, ale i fajne spotkania towarzyskie. Ale są też dni, kiedy jest trudno, bo wszystkie sceny kręcimy w jednym pomieszczeniu, mamy wątki zebrane z różnych odcinków i trzeba się bardzo pilnować, żeby o tym pamiętać. Muszę jednak zaznaczyć, że uwielbiam ekipę, z którą pracuję - scenografów, panie od kostiumów, technicznych - oni są za mało chwaleni, a to są naprawdę fajne i dobre osoby.

Kacper Kuszewski został jurorem w "Twoja Twarz Brzmi Znajomo", więc pani, jako serialowej żony, raczej już w tym show nie zobaczymy.

- Gdy Kacper śpiewał, siedziałam przed telewizorem i trzymałam kciuki i cieszyłam się, mogąc na niego patrzeć. Ja się do tego nie nadaję, nawet nie chodzi o wokal, ale nie mam drygu do naśladowania innych. Chyba bym do tego programu nie pasowała. Nie umiem też parodiować ludzi i oglądając np. "Ucho Prezesa", podziwiam kolegów za kunszt w portretowaniu różnych osób.

Wydaje mi się pani energiczną osobą, dla której nie ma rzeczy nie do załatwienia. Podobno, kiedy chciała pani dołączyć do zespołu Teatru Narodowego, przyszła pani do dyrektora Jana Englerta i mu o tym powiedziała. Czyli umie się pani bić o swoje?

- To był wyjątek w moim życiu. Do dziś nie wiem, jak się na to odważyłam, ale udało się. Ja się wielu rzeczy wstydzę, nie umiem pewnych spraw załatwiać. Na szczęście tak mi się zawodowo układało, że nigdy nie musiałam o nic zabiegać. To szczęście, bo nigdy nie byłam w sytuacji, kiedy nie miałam pracy i musiałam o nią walczyć. Po urodzeniu pierwszego dziecka trochę wolniej się wszystko rozkręcało, ale to była chwila.

Boi się pani krytyki?

- Raczej nie. Jestem do niej przyzwyczajona. Ale też do tej pory nic takiego, co by mi podcięło skrzydła, się nie zdarzyło... Była jednak współpraca, której miło nie wspominam, i faktycznie, trochę mnie to doświadczenie zniechęciło do całej branży. W żadnym zawodzie nie jest zawsze fantastycznie - zdarza się zwątpienie, myśl, żeby to wszystko rzucić i jechać w Bieszczady, ale to mija. Miałam też pomysł, żeby zrobić sobie przerwę, ale po pierwsze nie umiem odmawiać, a po drugie - kiedy byłam na urlopie macierzyńskim, trochę od zawodu odpoczęłam.

A chodzi pani na castingi?

- Czasami, ale często ktoś mnie sobie w jakiejś roli wyobraża i wchodzę w projekt bez castingu. Castingi to nic przyjemnego, jest stres, poddanie się ocenie. Zresztą, ja przy każdej premierze zastanawiam się, czy to jeszcze umiem, czy dam radę? Ale myślę, że jeśli wciąż mam takie objawy, to znaczy, że ten zawód mnie porusza i jest dla mnie ważny.

Andrzej Saramonowicz specjalnie dla pani napisał rolę w "Jak się pozbyć cellulitu". To chyba fajne uczucie?

- Bardzo, bardzo miłe. Kiedy potem czyta się taki scenariusz i swoją rolę, od razu czuć, że ktoś pisał, znając moje możliwości i warunki, uchwycił mój temperament. To naprawdę miłe i nobilitujące. Łatwiej też wtedy się gra. No i łechce to. Staram się, żeby moja próżność za często się nie pojawiała, ale jednak...


Bywa pani kiedykolwiek z siebie zadowolona?

- Bywam, ale zwykle podchodzę do siebie mocno krytycznie i tak naprawdę podobało mi się niewiele rzeczy, które do tej pory zrobiłam. Nawet jeśli inni mi mówią, że jest dobrze, to ja i tak oglądam siebie z zamkniętymi oczami. Człowiek sam siebie zupełnie inaczej widzi... Szczerze mówiąc, to może ze dwie rzeczy obejrzałam i powiedziałam: "No, dobra, może być!".

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekarska.

Dowiedz się więcej na temat: Dominika Kluźniak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje