Reklama

Daniel Lindsay i T. J. Martin o filmie "Tina": Zbliżyć się do prawdziwej Tiny Turner

Archiwalne nagrania, które wykorzystali twórcy dokumentu "Tina", pozwalają widzowie zbliżyć się do prawdziwej Tiny Turner

Pod powierzchnią jej niemal szesnastoletniego małżeństwa i współpracy zawodowej z Ikiem Turnerem kryło się przecież prawdziwe piekło. Tina utraciła kontrolę nad swoim życiem, była wielokrotnie bita, zastraszana, przez ten cały czas doświadczyła przemocy psychicznej i seksualnej. A jednak odważyła się - już na początku lat 80. - szczerze powiedzieć o swoim życiu prywatnym i o tym, co kryło się pod kochanym przez miliony wizerunkiem gwiazdy. Można stwierdzić, że swoją postawą Tina Turner wyprzedziła ruch #metoo o całe dekady.

Reklama

D.L.: - W nasz film faktycznie wpisuje się opowieść o przetrwaniu i stawianiu czoła przemocy domowej. Tina znalazła w sobie wielką odwagę, aby o swoich traumach powiedzieć publicznie, ale nie sądzę, żeby było to dla niej wówczas związane z tak szerokim kontekstem jak #metoo. Możliwe, że jej postawa dodała odwagi kobietom, które przeżyły coś podobnego, ale jak wiemy, większość z nich przez lata żyła w milczeniu i nie potrafiły tego zmienić. W naszym filmie pokazujemy natomiast coś innego - jakie ślady zostawia po sobie doświadczenie przemocy. Tina nigdy się od tego nie wyzwoliła, wspomnienia wracają do niej nieustannie. Blizny po czymś takim nie da się zasklepić. Tak naprawdę codziennie musi szukać w sobie sposobu na to, żeby przetrwać.

Więcej jest jednak w waszym filmie wątków, które widocznie w życiu Tiny również was poruszyły. Bierzecie pod lupę kilka tematów i zagadnień jednocześnie, a przy tym opowiadacie o nich w bardzo dynamiczny sposób.

T.J.M: - Tak już jest, że nas jako dokumentalistów, zawsze musi złapać historia, która w pewien sposób współgra z filmowym medium. Akurat w życiorysie Tiny kumuluje się mnóstwo doświadczeń i wątków, które automatycznie przekładają się na różnorodne gatunki filmowe. W jej biografii znaleźliśmy zarówno ucieleśnienie amerykańskiego mitu "od pucybuta do milionera", jaki i historię coming-of-age z segregacją rasową w tle. Katori Hall, autorka musicalu o Tinie, mówi przecież w naszym filmie, że szybki kurs dojrzewania spotkał ją już w wieku czterech lat. Poza tym mamy tu opowieść o pokonywaniu licznych przeciwności losu, a także historię w stylu "fish out of water", czyli taką, w której bohaterka zostaje wyrwana ze swojej strefy komfortu i musi poradzić sobie w nowym środowisku. Tych tematów było tyle, że po raz pierwszy w naszej karierze stworzyliśmy jakieś sześćdziesiąt różnych wersji scen otwarcia. Po prostu nie mogliśmy się zdecydować, jak wejść w tę historię. Widzisz zatem, że nie patrzymy tylko w jedną stronę, życie Tiny rozpatrujemy przez pryzmat tych przecinających się doświadczeń. Żadnego z nich nie mogliśmy pominąć czy zatracić w naszej narracji.

- Natomiast drugą, równie istotną sprawą, było wypracowanie odpowiedniego języka do opowiedzenia tej historii i znalezienie wyrazistej warstwy wizualnej. Zależało nam, by użyć do tego materiałów Boba Gruena, legendarnego fotografa muzycznego, który na początku lat 70. spędził dwa lata w trasie z Tiną i Ikiem. Trafiliśmy więc na jego fotografie z tego okresu, ale takim najciekawszym odkryciem okazały się nagrania wideo wykonane przez niego kamerą w systemie Portopak. Te taśmy to prawdziwy skarb, znakomite materiały archiwalne - surowe, niezwykle intymne, które są czymś więcej niż tylko zapisem prób, występów na żywo czy sesji nagraniowych, a przede wszystkim pozwalają zbliżyć się do prawdziwej Tiny. Postanowiliśmy pójść tym tropem. Nie chcieliśmy jednocześnie niczego upiększać, obrabiać, wygładzać, zrezygnowaliśmy z użycia dodatkowych filtrów czy efektów. Chcieliśmy, żeby te materiały były jak najbliższe jej osobistego spojrzenia.

I jak myślicie, czy faktycznie wam się to udało?

D.J.: - Tina widziała film i - nieskromnie mówiąc - była z końcowego efektu zadowolona. Za największą wartość uznała to, że nie ograniczyliśmy się do najważniejszych, "higlihtowych" klipów, ale pokazaliśmy, jak jej życie wyglądało naprawdę. Szczerze powiedziawszy, mieliśmy wielkie obawy przed pokazaniem Tinie tego filmu. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że ten seans wyzwoli w niej całą paletę wspomnień, również tych najbardziej bolesnych. Na początku myśleliśmy więc o zaprezentowaniu jej zaledwie kilku fragmentów, ale powiedziała stanowczo, że chce się z tym zmierzyć, obejrzeć całość. I co ciekawe - przyznała, że obraz ten nie wywołał w niej tak silnych emocji, jak mogłaby się spodziewać.

A może to znaczy, że w końcu pogodziła się z przeszłością? Mnie się po waszym filmie wydaje, że Tina jednak odnalazła spokój, a przede wszystkim miłość i poczucie bezpieczeństwa. Przecież mamy swoisty happy end.

D.J.: - Na pewno, ale zwróć uwagę, jak długi był to proces. W rozmowie z Kurtem Loderem, dziennikarzem muzycznym i współautorem jej głośnej biografii "Ja, Tina: Historia mojego życia", stwierdziła, że "nigdy w życiu nie doświadczyła miłości". Był rok 1995. Tina była wówczas u szczytu sławy, zapełniała stadiony, miała już na koncie miliony sprzedanych płyt i najważniejsze nagrody branży. Innymi słowy, była na ustach wszystkich. A mimo to nie ukrywała, że czuła się nieszczęśliwa i samotna. Małżeństwo z Erwinem Bachem faktycznie było takim punktem przełomowym. Wreszcie poznała mężczyznę, przy którym mogła poczuć się komfortowo. Który nie zamierzał sprawować nad nią kontroli.

T.J.M.: - A poza tym wreszcie mogła usunąć się w cień, powiedzieć: "Mam dość". Tina wraz z premierą naszego filmu zdecydowała się definitywnie zakończyć karierę. Myślę, że po tylu latach należy jej się odrobina wytchnienia. Teraz powinna skoncentrować się przede wszystkim na "chillowaniu" całymi dniami w swoim pałacu w Zurychu.

My tak ciągle o życiu prywatnym, ale przecież jest też przecież mnóstwo materiału muzycznego w waszym filmie. W końcu chyba przekonaliście się do twórczości Tiny? 

D.L.: - Jak już wspominałem, nie należymy do fanklubu. Ale myślę, że podczas pracy nad tym filmem doceniliśmy jak fantastyczną wokalistką i showmanką była na scenie. Opowiem ci taką anegdotą. W trakcie researchu trafiliśmy na utwór "Help!" Beatlesów w wykonaniu Tiny. Ta wersja była tak inna i zaskakująca, że postanowiłem puścić to nagranie mojemu dobremu znajomemu, który jest największym fanem Beatlesów jakiego znam. I wiesz, że on po przesłuchaniu całości nie był w stanie powiedzieć, co to za utwór! To chyba najlepiej świadczy o jej wyjątkowym stylu i artystycznej randze.

---------------------------------------------

Daniel Lindsay i T. J. Martin - amerykańscy twórcy filmów dokumentalnych, współpracujący od 2007 roku. W 2012 roku otrzymali Oscara za dokument "Niepokonani" opowiadający o Billu Courtneyu, biznesmenie, zagorzałym wielbicielu futbolu amerykańskiego, trenerze szkolnej drużyny w Memphis. W 2017 roku zdobyli nagrodę Emmy za film "LA 92", będący surową analizą policyjnej brutalności i zamieszek społecznych, które wybuchły w Los Angeles po uniewinnieniu czterech policjantów od zarzutu pobicia Rodneya Kinga. Ich najnowszy dokument "Tina" (2021) był pokazywany w ramach 71. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Tina | Tina Turner

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje