Mary Bronstein po długiej przerwie wraca na reżyserski fotel, by sportretować macierzyństwo z niespotykaną w Hollywood odwagą - naturalistycznie, szczerze i bez cenzury.
Wyprodukowany przez Josha Safdiego komediodramat "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" oferuje widzom i widzkom przeżycia, o jakie niełatwo dzisiaj w kinie. Gwarantem mocnych wrażeń jest tu nie tylko brawurowa forma, ale także surowa i odsłaniająca wnętrze rola Rose Byrne ("Agentka", "Druhny", "Sąsiedzi", "Układy", "Powiedzmy sobie wszystko"), która ostrzega, co może przydarzyć się kobiecie w kryzysie, gdy ta zostaje pozbawiona wsparcia najbliższych.
O iluzji panowania nad chaosem, czarnym humorze oraz tym, dlaczego dzisiejsze matki przypominają strusie, rozmawiamy z nominowaną do Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą Rose Byrne.
Daria Sienkiewicz: Co przyciągnęło cię do scenariusza Mary Bronstein? Czy pamiętasz jakąś konkretną scenę albo dialog, które sprawiły, że pomyślałaś: "Muszę zagrać Lindę"?
Rose Byrne: - Pamiętam, że już samo czytanie scenariusza było dla mnie niesamowicie katarktycznym doświadczeniem. Dosłownie nie mogłam uwierzyć w to, co trzymałam w dłoniach. Tekst czytało się jak gotowy film - był wybuchowy, ognisty, bezkompromisowy - nigdy wcześniej nie natrafiłam na coś podobnego. Pochłonęłam go w kilka godzin, a gdy dotarłam do ostatniej strony pomyślałam: "Wow. Od czego powinnam zacząć?". Zastanawiałam się, w jaki sposób odnaleźć pierwszy supełek i rozplątać postać Lindy. Chciałam "obrać" ją jak cebulę - zdjąć kolejne warstwy i dotrzeć do tego, kim była, zanim znalazła się w tym potężnym kryzysie psychicznym.
Reżyserka otwarcie przyznaje, że "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" to w dużej mierze historia autobiograficzna. Podczas 17-letniej przerwy w karierze Mary zmagała się z różnymi trudnościami jako matka wychowująca chorowitą córkę. Czy czułaś na sobie presję, wiedząc, że powierza ci tak mocną i poniekąd osobistą opowieść?
- Zdecydowanie. Ta spoczywająca na barkach odpowiedzialność była mi już całkiem znana, bo wcześniej grałam prawdziwe postacie, na przykład Glorię Steinem w serialu "Mrs. America". Tutaj miałam natomiast do czynienia z bardzo przetworzoną, abstrakcyjną wersją tego, co Mary przeżyła na własnej skórze. Z jednej strony chciała oddzielić się od tej bohaterki grubą kreską, z drugiej - ofiarować jej cząstkę siebie. Wspólnie zastanawiałyśmy się więc, kim jest Linda - zarówno w odniesieniu do doświadczeń Mary, jak i poza nimi. W końcu postawiła pewną granicę, wokół której okazała się bardzo opiekuńcza i czujna. Dzięki temu praca nad tym filmem była dla mnie wyzwalająca: nie czułam się skrępowana ani nadmiernie obciążona. Kiedy jesteś na planie, wszystko inne przestaje mieć znaczenie - po prostu grasz sceny i wczuwasz się w postać.
Słyszałam, że przed rozpoczęciem zdjęć dużo razem ćwiczyłyście. Jak wyglądały próby dialogowe?
- Tak, to było trochę jak praca nad spektaklem teatralnym. Przez pięć-sześć tygodni spotykałyśmy się niemal codziennie przy kuchennym stole Mary, by wspólnymi siłami przejść kolejno przez każdą stronę scenariusza i linijkę dialogu. Rozmawiałyśmy bardzo otwarcie o naszych macierzyńskich przeżyciach i przemyśleniach dotyczących tekstu. Bardzo się do siebie zbliżyłyśmy - to był niesamowicie twórczy i radosny czas, który zostanie w mojej pamięci na długo.
W jakich aspektach odnajdujesz w Lindzie siebie - chociażby jako pracująca kobieta, matka, partnerka - a w jakich zupełnie się z nią nie utożsamiasz?
- Film Mary oczywiście dotyka macierzyństwa i rodzicielstwa, ale dla mnie jest też opowieścią o byciu opiekunem i wsparciem dla drugiej osoby. A to doświadczenie jest uniwersalne - niezależnie od płci, wieku i tego, czy ma się własne dzieci. Można opiekować się rodzeństwem, babcią, przyjaciółką czy zwierzęciem - kimkolwiek. Film komunikuje się z widzem w języku lęku i niepokoju związanego właśnie z tą rolą. Wszyscy mamy za sobą jakieś traumy, wszyscy miewamy złe dni i granice cierpliwości - "Kopnęłabym cię…" funkcjonuje na obu tych poziomach. Łatwo było mi się z tą historią utożsamić jako matka, ale myślę, że będzie mógł to zrobić każdy, kto się o kogoś w życiu szczerze troszczy.
Linda bardzo chce być wysłuchana - jako styrana matka i psychoterapeutka z problemami osobistymi pragnie sensownej rady albo po prostu pocieszenia. Gdybyś mogła dodać jej otuchy, co byś jej powiedziała?
- Linda jest prawdziwą agentką chaosu i niejako sama sprowadza na siebie całą tę lawinę kłopotów. Wszystko w jej życiu stopniowo się rozpada, przez co zupełnie traci kontakt z własnym "ja". W bohaterce, którą gram, tkwi ogromna potrzeba uznania, której niestety nie otrzymuje - ani od męża, ani od psychoterapeuty, ani od córki. Myślę, że Linda czułaby ulgę, gdyby ktoś po prostu uznał jej emocje za prawdziwe, wysłuchał i potwierdził, że to co czuje, ma sens. Ale jednocześnie jest tak kłująca i defensywna, że bardzo trudno jej pomóc. To jak chodzenie po cienkiej linie - Linda z każdej strony ryzykuje upadkiem. W gruncie rzeczy niewiele można zrobić, by ją przed nim uratować.
Jest w tym też coś tragikomicznego. Im częściej Linda mówi, że ma wszystko pod kontrolą, tym bardziej traci grunt pod nogami.
- Tak, dla mnie chyba najbardziej zabawnym i przerażającym momentem w filmie jest ten, kiedy uświadamiamy sobie, że ta skrajnie dysfunkcyjna osoba udziela rad innym ludziom.
Zastanawiam się, jak twoje doświadczenie w komedii wpłynęło na zagranie tej roli? Jest tu dużo czarnego humoru, który zderza się z tematami traumy i lęku.
- W scenariuszu i postaci Lindy jest faktycznie dużo komizmu - takiego wisielczego, mrocznego humoru, który lubię. Nie brakuje też elementów grozy. Horror i komedia w gruncie rzeczy są do siebie bardzo podobne, bo opierają się na swoistym rytmie i wyczuciu czasu. Gdy pojawia się strach albo śmiech, nie ma miejsca na przypadek - to przemyślane połączenie intuicji i techniki. Myślę, że moje ostatnie doświadczenia komediowe, nawet podświadomie, bardzo mi pomogły, kiedy przyszło mi zagrać w tak intensywnym i dramatycznym filmie jak ten.
Kamera jest tu bardzo klaustrofobiczna, oparta głównie na zbliżeniach twojej twarzy. Jak to jest grać, mając świadomość, że kamera widzi każdą twoją mikroekspresję i niedoskonałość?
- Zdecydowanie to było coś, do czego musiałam się z czasem przyzwyczaić. Już pierwszego dnia kamera podchodziła do mnie coraz bliżej i bliżej, aż w końcu nie wytrzymałam i zapytałam: "Naprawdę będziecie tak blisko!?" (śmiech). A Mary Bronstein odpowiedziała: "Tak, właśnie tak blisko". I wtedy zdałam sobie sprawę, że tego nie przeskoczę, a oswojenie się z kamerą jest zadaniem, które należy tylko do mnie. Musiałam znaleźć sposób, by zagrać w zbliżeniach, zrozumieć, co dokładnie będzie widać na ekranie i czego wymaga to od mojego aktorstwa. Prawdziwą trudnością było więc pozostanie spokojną i zrelaksowaną, grając wyprowadzoną z równowagi kobietę, i to w bardzo specyficznych warunkach technicznych.
Dzięki jednej z pierwszych scen, w której oko kamery lustruje Lindę pożerającą w pośpiechu pizzę, wiadomo już, że mamy do czynienia z bardzo ludzką bohaterką. To było dla ciebie ważne?
- Tak, bo Linda jak my wszyscy składa się z niedoskonałości. Naszym celem było, żeby z każdą kolejną sceną wyglądała coraz bardziej jak odłączone od rzeczywistości zombie (śmiech).
Mary przyrównuje figurę matki do chomika z ADHD. Myślę, że ta analogia świetnie wchodzi w dialog z filmem Marielle Heller "Nocna suka", w którym macierzyństwo przyjmuje bardzo pierwotną formę, a matka zamienia się w wyjącego do księżyca psa husky. Do jakiego zwierzęcia ty porównałabyś bycie rodzicem?
- Świetnie, że o tym wspominasz, bo naprawdę cenię zarówno ten film, jak i książkę Rachel Yoder, na podstawie której Heller go nakręciła. Myślę o jakimś zwierzęciu, które ciągle się rusza i robi wiele rzeczy naraz… Może struś? Bywają agresywne i nieufne, także zdecydowanie pasowałyby do Lindy (śmiech).
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" raczej nie zachęca do posiadania potomstwa, a mimo to łączy widzów w różnym wieku i różnych pragnieniach związanych z założeniem rodziny. Jak myślisz, dlaczego?
- Myślę, że Mary Bronstein świetnie to ujmuje: jednym z głównych tematów filmu jest trauma i próba ucieczki od tego, co nas prześladuje. Możemy udawać, że się nie wydarzyła, a ona i tak nas dopadnie. To uczucie okazało się dla mnie ważniejsze niż konkretne doświadczenia bycia kobietą i matką, które oczywiście też stanowią fundament tej historii. Do tego dochodzą lęk, presja perfekcjonizmu i życie w stanie wrzenia. Każdy z nas był kiedyś w momencie, w którym wszystko wydawało się wymykać spod kontroli. Film dotyka bardzo konkretnego doświadczenia, a jednocześnie trafia w coś uniwersalnego. Czasem przecież nawet dziura w suficie może być dla nas totalną i ostateczną katastrofą.














