Beata Ścibakówna: Futro za 10 milionów złotych

Beata Ścibakówna /Bartosz Krupa /East News

Wydaje się, że jej bohaterka w serialu „Diagnoza” nie będzie już dłużej samotna. Pojawi się szansa na nową miłość.

Reklama

Olga, którą gra pani w "Diagnozie", miała problemy ze sobą. Co się teraz będzie u niej działo?

Beata Ścibakówna: - W pierwszej serii były sceny, które nie weszły do emisji, a mówiły więcej o mojej postaci. Olgą po zasłabnięciu zaczęła się opiekować jej koleżanka anestezjolożka, którą gra Agnieszka Wosińska. Odwiedziła ją w domu i dawała sygnały sympatii, a nawet czegoś więcej. Gdyby pokazano te sceny, widzowie wiedzieliby, że Olgą jest zainteresowana inna kobieta...

Wow! A to zainteresowanie jest dwustronne?

- Tego zdradzić nie mogę, zwłaszcza że w drugiej serii ten wątek zostanie rozszerzony dopiero w 7. lub 8. odcinku. Na początku będę grać w scenach na sali operacyjnej, przy ciężkich wypadkach. Mój wątek będzie przykryty innymi, a dopiero później będzie więcej na ten temat. Nie jest to tyle, ile ja bym chciała, ale wiadomo, że uwaga skupiona jest przede wszystkim na głównym wątku. Do tego w drugiej serii wchodzą nowe postaci i scenarzyści się na nich koncentrują.

Wiem, że aktorzy grający w "Diagnozie" przygotowywali się do swoich ról, m.in. w szpitalu.

- To prawda. Ja miałam możliwość przyglądania się kilku operacjom, obserwowałam pracę anestezjologów. Przyznam, że wcześniej myślałam, że anestezjolodzy nie mają za wiele do roboty w czasie operacji. Bardzo się myliłam. W rzeczywistości to właśnie oni są przy pacjencie od początku aż do wybudzenia. Chorzy skupiają się zwykle tylko na tym, kto im dłubie w środku, a tymczasem to anestezjolog odpowiada za rodzaj znieczulenia, przeprowadza reanimację, czuwa w czasie operacji, by stan pacjenta był stabilny. To są bardzo ważne rzeczy.

Reklama

Operacje, w których uczestniczyliście, zrobiły na pani wrażenie?

- Olbrzymie, zwłaszcza operacja bariatryczna, czyli zmniejszenie żołądka. Na stole leżał bardzo gruby człowiek, który na dodatek został napompowany powietrzem, przez co stał się jeszcze większy. Operowano laparoskopowo, czyli zrobiono trzy otwory i lekarze nie patrzyli na pacjenta, a w monitor. Ciągnęło się to w nieskończoność. Zużyto chyba tony gazy i chust, które były umazane krwią, widać było wylewający się tłuszcz... Przez kilka dni nie byłam w stanie jeść.

A jak lekarze traktowali kręcących się po szpitalu aktorów?

- Życzliwie. Była jednak śmieszna sytuacja, kiedy poszłam pierwszy raz do szpitala. Wtedy zjawiła się tam też grupa anestezjolożek z innego miasta, które czegoś się uczyły. Wszyscy mieliśmy czepki i maseczki. Ja w którymś momencie zadałam pytanie lekarzowi, który nami wszystkimi się zajmował. Zainteresował mnie jakiś wykres. On spojrzał na mnie ze zdziwienie: "A pani skąd się wzięła"? Odpowiedziałam, że jestem aktorką i niemal usłyszałam kamień, który spadł mu z serca, bo moje pytanie było tak głupie i banalne, że wstyd byłoby, gdyby lekarz tego nie wiedział.

Zawsze tak przygotowujecie się do pracy? Czy przed "Skazanymi" odwiedzała pani więźniów?

- Nie. Ale jakiś czas przed "Skazanymi" moja córka jako wolontariuszka chodziła do więzienia na Rakowiecką w każdą sobotę przez kilka miesięcy i bawiła się z dziećmi, które czekały na widzenie, przeważnie ze swoimi ojcami. Ich mamy szły pierwsze, a maluchami ktoś w tym czasie musiał się zająć. Kiedy organizowali tam choinkę, razem z wolontariuszami mogli przyjść ich rodzice. Ja skorzystałam z tego. Poczułam atmosferę tej zabawy, która była przedziwna i odbywała się w zupełnie innym nastroju niż choinki naszych dzieci. Mało tego, dyrektor oprowadził nas potem po więzieniu. Tam w środku jest budynek oddzielony od innych, w którym siedzą ludzie oskarżani o najpoważniejsze przestępstwa. Mają inne uniformy, są inaczej pilnowani. Świadomość, że jest się tuż obok ludzi, którzy są potworami, robi wrażenie. Na planie "Skazanych" znalazłam się już po tym doświadczeniu i miałam z czego czerpać.

Mam nadzieję, że przygotowując się do roli w sztuce "Madame de Sade", nie testowała pani na sobie praktyk markiza?

- Nie. Naczytałam się za to mnóstwo o filozofii, którą stworzył, o tym jak powstał ten jego sadomasochizm. To otworzyło mi oczy na to, co działo się w tamtych czasach we Francji, jak ludzie się wtedy zachowywali. Przygotowywanie się do roli w tym przedstawieniu było więc kompletnie inne. I potwierdzało starą prawdę, że człowiek całe życie się uczy. Aktorzy w każdym razie uczą się wiele przed każdą nową rolą.

Każdy zawód ma swoje plusy. Ja poznaję ciekawych ludzi i wchodzę do miejsc, w których inni nie mogą być, wy wchodzicie w dusze innych ludzi...

- To prawda, ale i nam czasami udaje się zaglądać do ogólnie niedostępnych miejsc. Kiedyś mojego męża zaproszono do Rzymu, miał być w pewnej produkcji narratorem i przewodnikiem po miejscach, w których bywali Polacy, i związanych z Polską. Ja pojechałam z nim. Byliśmy w niezwykłych klasztorach, podziemiach, które są zamknięte dla turystów i mało kto może do nich zajrzeć. Zabawne było to, że my się tym zachwycaliśmy, a na naszym kierowcy i tak największe wrażenie zrobił Zbigniew Boniek, który tam wtedy jeszcze mieszkał. Po spotkaniu z nim nasze notowania u kierowcy natychmiast wzrosły.

Wróćmy do "Diagnozy". Ten sezon jest dla Englertów niemal jak "rodzinka.pl". Jak to jest grać całą rodziną?

- To dziwna sytuacja i zupełnie przez nas nieplanowana. Agent Heleny dowiedział się, że jest rola dla nastolatki, więc zaproponował jej, żeby poszła na casting. Minęło parę dni, zadzwoniła do nas producentka Dorota Kośmicka, powiedziała, że Helena jej się spodobała i że chce, żeby zagrała nie w jednym odcinku, ale w kilku. Do tego miała wcielić się w córkę swojego ojca, który już wcześniej dołączył do obsady. Siedliśmy w domu i zastanawialiśmy się nad tym, co z tym fantem zrobić. Uznaliśmy, że to może jedyna szansa, żebyśmy wszyscy pojawili się w jednej produkcji. Ja nie mam z nimi żadnych scen, nawet się na planie nie spotykamy, bo oni są w innym wątku. Natomiast mąż i córka grają razem i to ich pierwsze spotkanie w pracy. Mają fajne, mocne, emocjonalne sceny.

To dobry moment, by powspominać pani początki, pierwsze pieniądze i pierwszy zakup. Z tego, co wiem, dość oryginalny...

- Gdy byłam na trzecim roku, robiłam mnóstwo reklam w radiu. To nie były pierwsze zarobione przeze mnie pieniądze, ale pierwsze, które dostałam za pracę w zawodzie. Odkładałam je przez jakiś czas, żeby kupić futro. To było moje marzenie od chwili, gdy podczas jakiejś wizyty w Ateneum zobaczyłam Ewę Wiśniewską, która wychodziła z teatru w wielkim, długim i pięknym futrze z norek, które sięgało niemal do samej ziemi. To moje było z pasków, ale też pięknie wyglądało. Mam je zresztą do dziś. Zapłaciłam za nie wtedy 10 milionów złotych. Ewy kosztowało 12 milionów, ale na tyle mnie nie było stać.


Pani jeździ po Polsce i czyta poezję. Moją duszę to pieści, ale interesuje mnie, czy wciąż jest zapotrzebowanie na wiersze?

- W Teatrze Narodowym raz na półtora miesiąca organizowany jest "Ostry dyżur poetycki". Zawsze przychodzi mnóstwo ludzi, ale średnia wieku jest bardzo wysoka. Ja zrobiłam cały program złożony z wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz fragmentów jej niezwykłej biografii. Okazuje się, że ludzie kochają te wiersze i chcą ich słuchać. To szalenie budujące.

Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Beata Ścibakówna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje