Reklama

Barbara Wrzesińska: Nic nie jest po nic

Barbara Wrzesińska twierdzi, że każde życiowe doświadczenie jest lekcją, którą należy przekuć w pozytyw. Jak stosuje tę zasadę w praktyce, zdradza w rozmowie swojej przyjaciółce - Lidii Stanisławskiej.

Tak Barbara Wrzesińska wyglądała w młodości

Jako artystka i kobieta  dojrzała robisz czasem résumé swojego życia? Czy mogłabyś jak Édith Piaf zanucić: "Nie żałuję niczego"?

Reklama

Barbara Wrzesińska: - Jak każdy człowiek miałam życiowe potknięcia. Robiłam błędy czy dokonywałam złych wyborów, ale jak mawiał starożytny myśliciel: "nic nie jest po nic". Miałam bardzo mądrego ojca, który od wczesnych lat wpoił mi zasadę, żeby to, co niedobre, przekuwać w pozytyw, gdyż wszystko, co nam się zdarza, jednocześnie nas edukuje. Tata był m.in. pedagogiem, więc wiedział, co mówił. Czy czegoś żałuję? Może... pierwszego, na szczęście krótkiego, małżeństwa. Człowiek, który miał pozornie dużo osobistego uroku, okazał się damskim bokserem.

Do tej pory boli?

- Nie, ale uczuliło mnie to na przemoc. Jak wiesz, dzieciństwo, mimo trudnych czasów, miałam "sielskie i anielskie". Dziadkowie i rodzice mnie kochali, rozpieszczali. Nie dostałam nigdy nawet klapsa! Do dziś z siostrami, które mieszkają daleko, mam częste i pełne serdeczności kontakty. Nic dziwnego, że agresja w relacjach międzyludzkich mnie przeraża.

Zawód cię nie rozczarował?

- Ależ skąd! Cały czas mnie fascynuje, bo umożliwia wielokrotną reinkarnację. Pomyśleć, że do Szkoły Teatralnej zdawałam, żeby się gdzieś przechować przez rok, ponieważ zainteresowania miałam inne. Takie nastawienie pozbawiło mnie tremy przy egzaminach. Potem ogromnie mnie to wciągnęło. Zajęcia, etiudy były tak ekscytujące! Kojarzyły mi się z dzieciństwem, zabawą, choć wcale nie były łatwe. Czasem naprawdę zmordowana padałam na twarz.

Krótko byłaś studentką.

- Tak, tylko półtora roku. Dostałam propozycję angażu do Teatru Współczesnego. Musiałam dokonać trudnego wyboru, gdyż wtedy studentom nie wolno było grać w filmach czy teatrach. Wybrałam praktyczną formę nauki aktorstwa. Zwłaszcza że w tym miejscu zetknęłam się z teatralną "arystokracją". Grałam na jednej scenie ze swoimi profesorami! Przypomnę choćby Aleksandra Bardiniego, Jana Kreczmara czy Erwina Axera. Taka gratka mogłaby mi się już nie zdarzyć. (...)

Zauważyłam, że rzadko bywasz z siebie zadowolona. Z czego to wynika? Czy są role, które zagrałaś, według siebie, optymalnie? Na sto procent?

- Pewnie są, nie mogę już zweryfikować tych teatralnych, ale ostatnio widziałam powtórkę "Lalki". Nie odrzuciło mnie od pani Wąsowskiej. Taka moja krytyczna postawa, że można było lepiej, pewnie wynika ze stałego powtarzania przez ojca: "Stać cię na więcej". (...)

W najbliższej rodzinie otaczają cię sami faceci. Masz dwóch przystojnych, mądrych synów i dwóch wnuków. A tak marzyłaś o córce...

- I mam jedną przyszywaną, ale kochaną wnuczkę! Do tej pory wydawało mi się, że córki są bardziej troskliwe. Tymczasem okazało się, że na swoich chłopców zawsze mogę liczyć. Zwłaszcza jak mam słabszą formę. Zwrot "słaba płeć" traktują na serio.  

Pomagają ci w tym trudnym czasie, jaki obecnie mamy?

- Bardzo! Wykazują wręcz nadmierną opiekuńczość. Sprawdzają, czy gdzieś nie wychodzę. Wzrusza mnie to i trochę śmieszy. Mam zaległe lektury, gazety i filmy. Stawiam na rozwój intelektualny. Czuję się jak w raju. Bawię się też z kotką Zuzią, która cieszy się, że pani nie wychodzi z domu. Nie poddaję się panice. Czego wszystkim życzę!

Cała rozmowa z aktorką w najnowszym numerze "Tele Tygodnia" 14/2020.

Rozmawiała: Lidia Stanisławska.

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Barbara Wrzesińska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje