Anne Seibel ma na koncie międzynarodowe filmowe hity, takie jak "Maria Antonina", "Magia w blasku księżyca", "Paryż może poczekać" czy "O północy w Paryżu", za który otrzymała nominację do Oscara. Jej scenografię zobaczymy też w serialu "The Eddy" Damiena Chazelle'a i we wszystkich sezonach "Emily w Paryżu".
Z okazji jej wizyty w Polsce i masterclassu ze studentami Warszawskiej Szkoły Filmowej, Anne Seibel opowiedziała Interii Film o swoich filmowych inspiracjach, procesie tworzenia kultowych produkcji i podążaniu za marzeniami, które zamiast planowanej medycyny pokierowały ją do świata sztuki.
Mary Kosiarz: Scenografia to coś, o czym niekoniecznie rozmawiamy od razu, gdy mowa o tworzeniu filmów. Ale powiedziałaś kiedyś, że bycie dyrektorem artystycznym jest jak bycie dyrygentem w orkiestrze. To brzmi magicznie. Jak to postrzegasz dzisiaj? Co to dla ciebie znaczy?
Anne Seibel: - Kiedy jesteś scenografem, spoczywa na tobie ogromna odpowiedzialność, za aspekt wizualny filmu i za przekazywanie emocji poprzez obraz. Cały mój zespół jest niezwykle ważny. Jeśli jesteś dyrygentem, masz swoje pierwsze skrzypce, drugie skrzypce, całą orkiestrę. Jeśli jeden muzyk popełni błąd, wpływa to na całą kompozycję. Dlatego przede wszystkim musisz wybrać odpowiednich ludzi, odkryć ich talenty, wzmocnić je i sprawić, by stali się twoimi partnerami, bo to praca zespołowa.
Niektórzy mogą myśleć, że jako główna twórczyni zarządzasz wszystkim. Ale w rzeczywistości masz za sobą cały zespół ludzi zaangażowanych w proces tworzenia filmu. W jaki sposób go formujesz? Czy masz jakieś specjalne zasady współpracy?
- Pierwszy raz musiałam wybrać zespół przy okazji "Marii Antoniny". To było ciekawe doświadczenie. Szukałam wśród ludzi, których lubiłam prywatnie lub z którymi pracowałam wcześniej jako dyrektor artystyczny. Kiedy zostajesz scenografem, zatrudniasz tych ludzi, by pracowali dla ciebie, a nie obok ciebie. Wybrałam osoby, które znałam - architektów do rysunków i dekoracji wnętrz. Pamiętam, że po raz pierwszy poszłam do kina i analizowałam pracę dekoratorów, żeby sprawdzić, czyja najbardziej mi odpowiada. Tak trafiłam na K.K. Barrett, a potem na Véronique Melery. Dekorator wnętrz jest kluczowy.
- Moja metoda pracy opiera się na relacji przypominającej małżeństwo. Masz architekta i dekoratora wnętrz, który wybiera meble. Jeśli ta dwójka nie współgra, odbije się to na filmie. Dlatego mam tendencję do trzymania się tych samych osób i wspólnej pracy. Była taka sytuacja, że ktoś odszedł, bo sam chciał zostać scenografem. Dla mnie to nie to samo. To jest prawdziwa współpraca i to cudowne uczucie, gdy masz u boku właściwą osobę. Obecnie pracuję z kimś takim - jest architektką jak ja, ale kocha meble. Kocha pracować ze mną, a ja z nią. Do "Emily w Paryżu" otrzymuję od ludzi mnóstwo CV. Musisz wybierać, czy potrzebujesz kogoś nowego do swojego stałego zespołu, który jest mi bardzo wierny - tak jak ja im. Musisz wiedzieć, w czym dany człowiek jest dobry i zatrudnić go właśnie do tego, a nie po to, by był twoim "niewolnikiem".
- Chodzi o to, by praca była dobra dla ciebie, dla filmu i dla nich. Jeśli oni nie będą szczęśliwi, cały zespół to odczuje. Mój dyrektor artystyczny, Charles, pracuje ze mną od 12 lat. Spotkałam go, gdy był jeszcze w szkole architektury i zapytał o staż. Skończył tę samą szkołę co ja, więc pomyślałam: "Biorę go". Wracał do mnie co roku, a po studiach zatrudniłam go najpierw jako asystenta, potem jako trzeciego, drugiego asystenta, aż stał się tym pierwszym. Jesteśmy jak rodzina. Szkolę też studentów z mojej dawnej szkoły - pomagam im, gdy zaczynają.
Wróćmy na chwilę do początku. Zajmujesz się architekturą od lat, ale zanim weszłaś do branży filmowej, chciałaś zostać lekarką. Jak przebiegła ta zmiana? Przejście od nauk ścisłych do sztuki to dwa różne światy, choć architektura stoi gdzieś pośrodku.
- Wiesz, myślę, że gdy jesteś młoda, chcesz być tym, kim są twoi rodzice, dziadkowie albo ulubiony kuzyn. Tak było ze mną i medycyną. Moim najlepszym przyjacielem był mój kuzyn. Nigdy się z nim nie pokłóciłam. On chciał być aktorem, ale zdecydował się na medycynę. Powiedziałam: "Ja też! Zróbmy to razem". Niestety oblałam maturę, on ją zdał. Miałam przyjaciół, którzy interesowali się architekturą, spędzałam z nimi dużo czasu. Kiedy zdecydowali się na studia w Paryżu, stwierdziłam: "Dobra, jadę z wami".
- Bardzo łatwo mnie przekonać. Myślę, że to było przeznaczenie. Po prostu chciałam być jak mój pradziadek i mój kuzyn. W rodzinie naukowców to było oczywiste. Architektura i tak była dla nich lepsza niż kino. Ono pojawiło się w moim życiu dopiero na studiach. I to dwiema drogami. Jedną był przyjaciel mojego ojca, który pracował w rządzie i zajmował się cenzurą scenariuszy. Pewnego dnia zapytał: "Dziewczyny, chcecie zobaczyć plan filmowy?". Pojechałam do Normandii, kręcili tam musical. Kompozytorem był mój ulubiony artysta, Michel Legrand, a scenografem człowiek pracujący z Jacques'em Demy. Patrzyłam na nich i pomyślałam: "Wow, to dokładnie to, co robię dla zabawy z moim kuzynem - on grał, ja zajmowałam się całą resztą - tylko im za to płacą!". Wtedy architektura wyleciała mi z głowy. Ojciec powiedział: "Dokończ studia, zdaj egzaminy, a potem zobaczysz". Gdy tylko odebrałam dyplom, poszłam na staż. W czasie studiów dorabiałam jako opiekunka do dzieci. Czekając kiedyś godzinę w bistro na dziewczynkę, którą zabrałam do lekarza, zaczęłam rysować projekty na studia. Barman zapytał, co robię. Odpowiedziałam: "Będę architektem, ale tak naprawdę chcę robić filmy". On na to: "Naprzeciwko mieszka reżyser, właśnie coś przygotowuje. Chcesz go poznać?". I tak, w zwykłym bistro, poznałam francuskiego reżysera. Zadawał mi pytania, a po studiach zatrudnił mnie jako asystentkę. Robiłam tam wszystko. Ten konkretny film nigdy nie powstał, ale dzięki niemu poznałam kolejne osoby.
- Zaczęłam dzwonić do znanych scenografów, pytałam o możliwość pracy. Jeden z nich oddzwonił. W końcu spotkałam scenografa, do którego wcześniej bałam się zadzwonić. Pracowałam wtedy w studio nad reklamą magazynu. On popatrzył na moją pracę i zapytał, czy mówię po angielsku. Powiedziałam, że tak. Potrzebował asystenta dla ekipy przyjeżdżającej do Francji na pięć tygodni. Płacili świetnie, a ja wtedy nie miałam takich dochodów. Gdy zapytałam, co to za projekt, odparł: James Bond. Pomyślałam: Spokojnie, nie pokazuj entuzjazmu, po prostu się zgódź. Zaczęłam pracę z Angielką, Jilly Aziz, która została moją przyjaciółką. Potem zabrali mnie do Maroka na kolejnego Bonda. Od tego czasu wszyscy Anglicy, Amerykanie, Japończycy czy Australijczycy przyjeżdżający do Paryża brali mnie do ekipy, bo mówiłam po angielsku.
Twoje scenografie są przepełnione barwami, charyzmą, a zarazem bardzo nostalgiczne. Wystarczy wspomnieć o "O północy w Paryżu", "Magii w blasku księżyca". Te filmy przenoszą nas do takich wymarzonych miejsc. Oddajesz swoją miłość do Paryża w swoich pracach?
- Teraz, gdy o tym mówisz, myślę, że tak. Pochodzę z bardzo klasycznej rodziny, dorastałam w otoczeniu kultury, ludzi kochających malarstwo i Paryż. Pamiętam, jak ktoś mi powiedział: "Jeśli uda ci się stworzyć Paryż, który kocha świat, film odniesie sukces". I tak się stało. To był największy sukces Woody'ego Allena. Każdy, kto marzył o Paryżu, odnalazł go w tym filmie. Zauważyłam ostatnio, że za każdym razem, gdy w tytule jest "Paryż", trafia to do mnie: "Paryż może poczekać, "Emily w Paryżu", nawet teraz dostałam scenariusz do "Kelnera w Paryżu". Może faktycznie jestem nostalgiczna, jak Woody Allen. Uwielbiam lata 20.
A czy chciałabyś spróbować innego gatunku?
- Próbowałam wielu rzeczy, zanim zostałam scenografem - kina akcji i innych - ale nigdy nie robiłam science-fiction. To bym uwielbiała: móc wykreować wszystko od zera. Mam teraz w planach projekt - komedię akcji. Reżyser chce stworzyć unikalne środowisko, konkretny "look", a nie tylko zwykły film akcji. Wspominał o Wesie Andersonie i to mnie kręci - znalezienie sposobu na wyrażenie kina akcji poprzez silną estetykę. Nawet jeśli w to nie wierzysz, to gdy to stworzysz... Tak jak "Emily w Paryżu". To inna fantazja o Paryżu, podkoloryzowana, ale to wciąż Paryż.
Zabierz nas trochę za kulisy "Emily w Paryżu". Jesteś związana z tym projektem od początku, z każdym sezonem serial był coraz bardziej popularny, aż stał się światowym hitem. Jak zaczęła się ta przygoda? Znałaś już wcześniej twórcę serialu, Darrena Stara.
- Kręciliśmy razem dwa ostatnie odcinki "Seksu w wielkim mieście" w Paryżu. Producent "O północy w Paryżu" i "Magii w blasku księżyca" opowiedział mi o tym serialu i spytał, czy chcę w nim uczestniczyć. Powiedziałam: oczywiście. Mój menadżer nie był co do tego pewien, bo scenariusz jest bardzo "dziewczyński", Paryż jest tam bardzo symboliczny. Nikt się nie spodziewał takiego przyjęcia. Ale Darren jest tak inteligentny, pisze w inteligentny sposób. W "Emily" kładzie nacisk na różnicę między Amerykanami a Francuzami i to jest bardzo ciekawe. Podeszłam do tego projektu tak, jak do "O północy w Paryżu". To inna fantazja o Paryżu, taka, którą chciałby zobaczyć cały świat. Jest moda, pyszne jedzenie, piękne miejsca, wszystko jest piękne, ludzie są piękni. To tak naprawdę historia o jedzeniu, zdradach, romansach, o tym wszystkim. To wydało się ludziom bliskie, nawet tym, którzy nie do końca pokochali ten serial.

Jest tam tyle przepięknych scenografii, musisz mieć jakieś ulubione. Nie będę pytać o każdy sezon, ale kilku wybranych ulubieńców.
- Dziś mówiłam o tym studentom. Scenografię we Włoszech, we włoskiej firmie reklamowej, w której pracuje Emily. Na zewnątrz wszystko było piękne, ale w środku musiałam wszystko stworzyć od zera. Uwielbiam fakt, że to jest Emily, że można się z tą scenografią bawić, dodać różne elementy, nawet małe rzeczy. Świetnie się bawiliśmy. Praca mojego zespołu była szalona, bo podzielona na dwa kraje. Tworzenie apartamentu Emily jest zawsze bardzo zabawne.
Jest niewielki, ale bardzo charakterystyczny.
- I tak jest większy niż powinien. Naprawdę mi się to podobało. Jest jeszcze jedna scenografia, w jednym z muzeów. Na zewnątrz było pięknie, ale też musieliśmy dużo stworzyć. W każdym sezonie mamy około 180 planów zdjęciowych. Czasem trzy hale pełne dekoracji, a czasem cztery różne lokacje jednego dnia. Odwiedzamy najpiękniejsze miejsca w Paryżu, których normalny turysta nigdy nie zobaczy. Byłam na wszystkich możliwych dachach, w najpiękniejszych pałacach. Ale to nie tylko design, to doświadczenie bycia w tej "rodzinie". Darren Star jest wspaniałym człowiekiem, producent Raphael jest dla mnie jak brat. Jest nieśmiały, niewiele mówi. Ale to przyjaźnie na całe życie.
Czy "Emily w Paryżu" to jeden z tych projektów z których jesteś najbardziej dumna?
- Jestem dumna z tego serialu. Jestem dumna z "O północy w Paryżu", jestem dumna z "Białego kruka" z Ralphem Fiennesem. Przy okazji tego filmu zbudowałam lotnisko! Jestem dumna z krótkich metraży, takich jak "Gorilla". Ostatnio zrobiliśmy film w 10 dni, bez budżetu, na dachu Muzeum d'Orsay. Mam nadzieję, że wyjdzie to bardzo dobrze, choć film jest krótki. Może godzina i 10 minut.
A co poradziłabyś studentom, którzy chcą zostać scenografami? To nie jest łatwa ścieżka.
- Powiedziałabym: przede wszystkim nauczcie się rysować. Rysować ręcznie. Komputer też jest ważny, ale ręka jest połączona bezpośrednio z mózgiem. Chodźcie do muzeów, słuchajcie muzyki, inspirujcie się naturą i życiem. Jeśli naprawdę chcecie projektować scenografię, nauczcie się rysunku technicznego i planów. Jeśli chcecie być dekoratorami - uczcie się o epokach, krajach, bądźcie ciekawi i nie wstydźcie się. Idźcie za instynktem. Ale rysunek jest podstawą w każdym dziale.
Czekamy z niecierpliwością na nowy sezon "Emily w Paryżu". Mogłabyś nam nieco zdradzić, czego możemy się spodziewać? Jakie wyzwania przed tobą?
- Dopiero zaczynam pracę, więc nie wiem zbyt wiele. Na pewno wracamy do Paryża, może pojedziemy gdzieś indziej we Francji na kilka dni. Mam nadzieję, że zobaczymy więcej Gabriela, bo końcówka poprzedniego sezonu na to wskazywała.
Czekamy na to z niecierpliwością! Bardzo dziękuję ci za rozmowę.










