Anna Starmach: Ból brzucha

W telewizji Anna Starmach pokazuje się co i rusz w nowej kreacji. Prywatnie jest minimalistką i gdy kupuje nowy ciuch, innego się pozbywa.

Anna Starmach na planie programu "MasterChef"

Przed nami już siódma edycja programu "MasterChef". Czy okazała się szczęśliwa?

Reklama

Anna Starmach: - Nawet bardzo szczęśliwa. Jesteśmy już po nagraniach, a więc i po finale. Na pewno więc była to edycja szczęśliwa dla tych, którzy w finale się znaleźli, ale myślę też, że była szczęśliwa dla całej czternastki. Była to bowiem edycja o bardzo wysokim poziomie, o dużej różnorodności, dużej ilości niespodzianek, a chyba wszyscy lubią niespodzianki.

Zdradzi pani choć jedną?

- Niespodzianki przecież są po to, żeby ich nie zdradzać, ale żeby czekać na nie z niecierpliwością (śmiech). Oczywiście największą niespodzianką dla naszych uczestników było zabranie ich aż do Singapuru. Po drodze byli też wspaniali goście specjalni i mnóstwo zaskakujących konkurencji.

Śledzę "MasterChefa" od pierwszej edycji i mam wrażenie, że poziom przygotowania uczestników rośnie z edycji na edycję.

- Bo tak rzeczywiście jest i ten poziom cały czas rośnie. To wynika z kilku powodów. Na pewno Polacy się rozgotowali, coraz bardziej otwierają się na nowe smaki - już nie boimy się ich próbować. Do tego przychodzą do nas ludzie, którzy oglądali poprzednie "MasterChefy", więc są już przygotowani na niektóre konkurencje i trudno ich zaskakiwać, nawet wymyślając coś nowego.

To otwieranie się na nowinki kulinarne to również zasługa takich programów jak wasz.

- Zgadzam się, że jest to w dużej mierze program edukacyjny. Oczywiście na zmiany w podejściu Polaków do sztuki kulinarnej wpływ ma rozwój różnych wydawnictw kulinarnych, liczne blogi, ale "MasterChef" również, jego przygoda rozpoczęła się już prawie siedem lat temu i dużo się przez ten czas zmieniło.

Pani życie też się bardzo zmieniło. M.in. poznała pani sporo znakomitych osób. W tym roku gościem był Jordi Cruz. To chyba olbrzymia frajda móc spotykać największych kucharzy świata?

- Jestem szczęściarą, że mam taką pracę, a nie inną. Rzeczywiście uczestnicy uczą się podczas nagrań "MasterChefa", ale ja uczę się razem z nimi. Poznawanie takich znakomitości i przebywanie w ich towarzystwie to jest coś najlepszego na świecie. Jordi Cruz już po raz drugi był gościem programu. Pierwszy raz spotkaliśmy się w pierwszej edycji w jego restauracji w Barcelonie. Wtedy miał dwie gwiazdki Michelina, teraz przyjechał do nas jako dumny posiadacz trzech gwiazdek. Cóż może być lepszego? On cały czas jest tak samo wrażliwy i wciąż z tym swoim cudownym uśmiechem na twarzy. Wybitny kucharz, wspaniały człowiek. Przygotował dla naszych kucharzy świetny pokaz kulinarny, a potem pięknie do nich mówił. Myślę, że każdy z nich zapamięta tę chwilę na zawsze. Tak jak ja pamiętam. Teraz był Jordi Cruz, ale nigdy też nie zapomnę Gordona Ramsaya czy Marco Pierre White'a.

Który z gości zrobił największe wrażenie?

- To chyba byli właśnie Marco Pierre White i Gordon Ramsay. Gordon Ramsay to ikona XXI wieku. Zaś Marco, jako kulinarny filozof, zabrał nas wszystkich do swojego świata, zaczarował. Aż trudno się było z nim pożegnać.

Jeśli jesteśmy przy autorytetach - kto w kuchni jest dla pani największą inspiracją?

- Ja zawsze będę mówiła, że to są ci najwięksi kuchni francuskiej - Paul Bocuse i Alain Ducasse. To są ludzie, którzy zmienili współczesną kuchnię na początku we Francji, a potem w całej Europie. Z ich książek uczyłam się gotowania, a te książki są cały czas dla mnie ważne, jak takie kulinarne biblie, które po prostu trzeba mieć w domu.

Mówi pani o sobie, że jest ubraniową minimalistką. W programie "MasterChef" tego nie widać.

- Praca na planie programu wiąże się z pewnymi wymaganiami. Pracuję ze wspaniałą stylistką Dagmarą Dziedzic, która dla mnie przygotowuje te ubrania. Ale to nie są moje ubrania, a tylko na potrzeby kręcenia programu.

Czyli na co dzień jest zupełnie inaczej?

- Prywatnie rzeczywiście stawiam na minimalizm w tym zakresie. Mam kilka sukienek, kilka par dżinsów i T-shirtów, trampek, adidasów i w tym czuję się najlepiej. Oczywiście kilka bardziej eleganckich rzeczy też się znajdzie. Jeśli jednak kupuję coś nowego, to pozbywam się czegoś, w czym już nie chodzę, tak więc moja szafa nigdy nie pęka w szwach i zawsze jest w niej dużo wolnych wieszaków.

Ile w próbowaniu potraw w "MasterChefie" jest przyjemności, a ile nie zawsze miłego obowiązku?

- To jest przede wszystkim przyjemność, ale przyjemność w nadmiarze zaczyna nam dokuczać. Gdy np. uczestnicy przygotowują torty czekoladowe, to pierwszy kawałek jest doskonały, drugi świetny, trzeci dobry, a na ostatni trudno znaleźć miejsce w żołądku, a mimo to trzeba spróbować. Na początku zdarza się więc brać duże kęsy, a potem już tylko odrobinę na widelczyku. Pamiętam odcinek, w którym uczestnicy smażyli pączki, spróbowałam ich wtedy chyba ponad sto. Potem przez cały rok nie mogłam nawet spoglądać na pączki, bo byłam nimi przejedzona. Tak więc czasami kończy się to bólem brzucha.

Rozmawiała Iwona Leończuk.

Dowiedz się więcej na temat: Anna Starmach

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje