Andrzej Konopka: Czarne charaktery są sexy

Andrzej Konopka /Piotr Molecki /East News

Uważa, że bohater lub filmu jest interesujący, jeśli ma „podwójną duszę” – tak jak komisarz Trela, którego gra w „Znakach”.

Reklama

Wystąpił w ok. 50 filmach, serialach i spektaklach Teatru Telewizji - grał m.in. u Andrzeja Wajdy, Agnieszki Holland i Wojciecha Smarzowskiego (ostatnio w "Klerze"). Ma dystans do siebie, swojego zawodu i rzeczywistości w ogóle.

Czym są tytułowe "Znaki"?

Andrzej Konopka: - To przede wszystkim mistyczne symbole, które rysuje jeden z bohaterów, Jonasz. Inny dziwny znak odkrywa pod godłem państwowym w swoim nowym gabinecie komisarz Trela, którego gram. Właśnie takie znaki będą przez cały czas prowadzić bohaterów tej historii.

A co to za historia?

Reklama

- Policjant Michał Trela przyjeżdża do małej miejscowości na Dolnym Śląsku, Sowich Dołów. To fikcyjne mia steczko, w serialu "udaje" je Nowa Ruda, gdzie kręciliśmy zdjęcia. Trela przyjeżdża tam z Krakowa do nowej pracy. Nie jest to awans, raczej został zesłany z Krakowa, gdzie sporo nabroił. To facet po przejściach, który na tym etapie życia szuka po prostu spokoju. Ma nadzieję, że na prowincji powolutku, bez wysiłku dowlecze się do policyjnej emerytury. Nie wziął jednak pod uwagę, że 10 lat temu w Sowich Dołach popełniono morderstwo - do tej pory niewyjaśnione.

Ale początkowo Michał chyba dobrze odnajduje się w nowym miejscu?


- Całkiem nieźle. Przyjeżdża w Góry Sowie z nastoletnią córką Niną i wprowadza się do pokoju w gospodarstwie agroturystycznym prowadzonym przez jego podwładną, policjantkę Adę i jej męża. Ada , jak zresztą wszyscy bohaterowie serialu, skrywa parę sekretów.

Nie tylko ona - zdaje się, że scenarzyści większości bohaterów dali tajemniczą przeszłość.

- Rzeczywiście, nie są to postaci ze świata glamour. Podobnie jak Trela - oczywiście jest szlachetny, heroiczny i szalenie przystojny, ale w jego h istorii pojawia się sporo brudów. To go czyni tylko bardziej ludzkim i ciekawszy m. Ktoś kiedyś powiedział, że bohater jest interesujący, dopiero gdy ma "podwójną duszę". Mój komisarz jest właśnie taki trochę podwójny: chce dojść do prawdy, ale bywa też nieprzewidywalny, brutalny i chamski. Można przy puszczać, że właśnie ten porywczy charakter sprawił, że przeniesiono go do Sowich Dołów. Miał też k edyś problemy z alkoholem.

"Znaki" to klasyczny kryminał?

- Nie. Powiedziałbym, że to jest mieszanina gatunków: kryminału, thrillera, produkcji obyczajowej, trochę tajemnicy jak z innego świata. Jonasz wnosi właśnie takie elementy mistyczne. Poza tym miejsce, gdzie toczy się ta historia - Góry Sowie - mają taką magiczną, zagadkową aurę.

Po raz kolejny w karierze gra pan mundurowego. Pan wybiera takie role czy filmowcy tak pana widzą?

- Kiedyś miałem okres w zawodowym życiu, że grałem przeważnie lekarzy. Teraz z kolei nastąpił czas policyjny. W sumie jestem zadowolony, bo moja młodsza córka regularnie pyta: "Tato, co teraz grasz? Jesteś w końcu dobry?".

I jest pan?

- No w końcu jestem. Trela to w gruncie rzeczy uczciwy mężczyzna. Po latach grania czarnych charakterów znalazłem się więc wreszcie po jasnej stronie. Chociaż wolę chyba grać łobuzów, bydlaków - jak większość aktorów. Czarne charaktery są bardziej sexy, w ogóle zło jest bardziej sceniczne, atrakcyjne, efektowne. Ludzie chcą patrzeć właśnie na nie.

Zanim pan zaczął w ogóle grać, był pan nauczycielem.

- Przez rok po ogólniaku nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Skończyłem dwuletnie studium wychowania fizycznego. Zdawałem kilka razy do szkół teatralnych, ale się nie dostałem, więc zostałem nauczycielem wychowania fizycznego. Szybko zrozumiałem, że naturalne potrzeby dzieci w podstawówce są inne niż przewidywała metodyka nauczania. Dzieci chcą przyjemności, dynamiki, biegania, gry w piłkę, krzyczenia, upuszczenia pary. Nauczyciel ma za to konkretne zadania pedagogiczne do wykonania, schematy, do których uczniowie muszą pasować. Trudno wtłoczyć dzieciaki w tabelki, czasem trzeba stosować wojskowy rygor. Ja nie miałem odpowiedniego charakteru, żeby trzymać je w ryzach. Zresztą ta warszawska szkoła, w której uczyłem, w tym roku zostanie chyba zburzona...

Dlatego, że porzucił ją pan dla aktorstwa?

- Nie, moje odejście przetrwała, nawet podejrzewam, że niektórzy się ucieszyli, że odszedłem. Wykończył ją natomiast deweloper, bo kupił niezwykle atrakcyjny teren, na którym stoi - niedaleko hotelu Marriott. W każdym razie wyniosłem z pracy nauczyciela jedną bardzo ważną lekcję - zrozumiałem, jakie to piekło, kiedy się robi coś, czego się nie lubi. Nie przepadałem za tym po pierwszych paru minutach w charakterze wuefisty. Po ponad 20 latach w zawodzie aktora jeszcze jakoś tak nie mam.

- Wprawdzie niemal co miesiąc mam fazę, że chcę wyjechać - może nie w Bieszczady, ale pod Warszawę - kupić stadninę koni i zacząć nowe życie, ale to szybko mija. Moja żona dzielnie przeczekuje te kryzysy.

Powiedział pan kiedyś o sobie, że jest komediantem. Co to znaczy?

- Jestem zwolennikiem tezy, że aktorstwo ma bardzo konkretną, wręcz użytkową rolę w społeczeństwie. Dlatego wolę siebie nazywać rzemieślnikiem niż artystą. Sporadycznie pojawiają się chwile, w których bywam artystą - najczęściej w teatrze. Natomiast nie jestem kapłanem sztuki, który wpaja ludziom wyższe wartości - zwłaszcza w naszej wolnorynkowej, przyziemnej rzeczywistości.

Ale "Duszpasterzem hipsterów" już tak - w spektaklach satyrycznych. To przedstawienie w duchu "Pożaru w burdelu", kabaretu, w którym pan występuje.

- Dobrze się tam czuję, bo to jest bardzo moje, zaczynaliśmy sześć lat temu z Michałem Walczakiem. Nigdzie indziej nie spotkałem ludzi, którzy tak zabawnie i inteligentnie piszą o rzeczach ważnych.

Kiedy "Pożar..." pojawił się w TVN-ie ze spektaklem "Fabryka patriotów", nie wszystkim spodobały się żarty z dumy narodowej albo aborcji. Niektórzy dosadnie dali temu wyraz w internecie.

- Nie było to przyjemne, ale na szczęście jestem człowiek iem analogowym. Wolę papier, internet służy mi tylko do sprawdzania poczty i newsów ze świata . Jestem więc odporny na hejt w sieci. Nie uważam, żeby opinie internautów były reprezentatywne dla ogółu i wiążące. Autorzy anonimowych wpisów czują się bezkarni i pozwalają sobie na znacznie więcej niż osoby znane z imienia i nazwiska. Jeśli ktoś mówi mi w twarz, że to, co robię, jest kiepskie, mogę z nim podjąć dyskusję. W necie to nie ma sensu.

W państwa kabarecie są tematy tabu?

- Nie ma, bo nie powinno być. Chociaż nie wszystkich bawi to samo, warto żartować ze wszystkiego. Spójrzmy na Amerykę - tam satyrycy szydzą z najpoważniejszych kwestii. Jeśli jakiś problem jest szczególnie aktualny i nabrzmiały, humor może tylko pomóc, spuścić powietrze, odrzeć z patosu. Dlatego wszelcy dyktatorzy jak ognia boją się żartów, bo za ich sprawą tracą swoją wielkość, dostojeństwo, siłę. Zostają wtedy mali ludzie, którzy tupią nogami, gdy zabiera im się władzę.

Jeszcze w październiku zobaczymy pana w kolejnym serialu - szpiegowskich "Nielegalnych" na podstawie powieści Vincenta V. Severskiego.

- Nie wolno mi na razie wiele mówić na ten temat, ale akcja będzie toczyć się wokół ataku terrorystycznego na polskiego premiera.

Trwają już zdjęcia do drugiej serii. Z panem?

- Tego nie mogę zdradzić, bo jednocześnie ujawniłbym, co spotka postać, którą gram. Obowiązuje mnie tajemnica, jak to w opowieści o szpiegach.

Anna Bugajska


Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Konopka

Reklama

Reklama

Reklama