Andrzej Gałła: Niech żyje prezes Kozłowski!

Każdy kojarzy jego twarz, choć nie zawsze potrafi do niej dopasować nazwisko. Dla wielu jest prezesem ze „Świata według Kiepskich”.

Andrzej Gałła na planie serialu "Świat według Kiepskich"

Nieczęsto udziela pan wywiadów. Dlaczego?

Andrzej Gałła: - Bo rzadko ktoś mnie o nie prosi. A dlaczego? Proszę spojrzeć na mnie - facet spoza Warszawy, zwyczajny, normalny, żadnych skandali. Ukrywa swoje życie prywatne, ubiera się tradycyjnie, nie pije, nie pali, nie podrywa, ma ciągle tą samą żonę... O czym tu pisać? Kogo to interesuje? I niech tak zostanie...

To dlatego w internecie można znaleźć o panu jedynie szczątkowe informacje?

- Na początku chciałbym od razu zastrzec, że bardzo rygorystycznie i zdecydowanie oddzielam swoje życie zawodowe od prywatnego. Nie udzielam wywiadów na zadany temat, nie opowiadam, co jem, gdzie się ubieram oraz jaką pastą myję zęby, bo ja na takie tematy z nikim publicznie nie rozmawiam. Tak, jestem aktorem starej daty, cokolwiek miałoby to znaczyć. Dla widzów jestem dostępny w teatrze, na estradzie, na ekranie czy na spotkaniach z nimi. Dom jest moją prywatną twierdzą i nie widzę powodów, żeby opowiadać, co się w nim dzieje. Nie jestem więc zbyt wdzięcznym obiektem do opisywania.

Nie przepada pan za błyskami fleszy?

- Wiem, że niektórzy zrobią wszystko, żeby być w centrum uwagi, ale ja nigdy nie pokażę się publicznie w podartych spodniach, nie założę tenisówek do fraka czy garnituru, ani nie wsadzę sobie piórka w tyłek, żeby zwrócić na siebie uwagę. Raz, że nie ten wiek, a dwa - to nie ta szkoła. Mam już 65 lat i nie muszę niczego nikomu udowadniać, nikogo udawać ani zwracać na siebie uwagi jakimiś wizerunkowymi trikami.

Czyli nie jest pan łasy na komplementy?

- Pewnie, że lubię, kiedy słyszę: "Fajnie pan to zagrał", albo "Lubię pana w tej roli". To chyba normalne i ludzkie. Jedna z garderobianych w teatrze powiedziała mi kiedyś: "Panie Andrzeju, pan jest aktorem, ale takim... normalnym". I to była najlepsza recenzja w moim życiu!

A czyta pan w internecie komentarze na swój temat?

- Tak, zdarzyło mi się kilka razy. Robię to zazwyczaj wtedy, kiedy jest premiera jakiegoś filmu, w którym zagrałem, i są wypowiedzi widzów na ten temat. Robione są wówczas jakieś rankingi popularności i oceny gry. Wpisy są różne. Na szczęście tych dobrych bywa więcej i chyba dlatego jeszcze uprawiam ten zawód. Ale żeby mi się we łbie nie poprzewracało, są też niepochlebne. I dobrze. Takie jest życie. Nie można się wszystkim podobać.

Swoją przygodę z aktorstwem rozpoczynał pan jeszcze w czasach PRL-u. Czy życie w tamtych czasach było weselsze, a podejście do zawodu i pieniądze inne?

- Życie codzienne było smutne, ale my byliśmy wszyscy weseli, bo dużo młodsi, imprezy bardziej spontaniczne i huczne. A podejście do pieniędzy? Jak je mieliśmy, to nie było co kupować, a jak już było co kupować, to ich nie mieliśmy. Taka polska kwadratura koła. Ale dawaliśmy radę!

Reklama


Ciekawe, co ma pan na myśli?

- Do zawodu podchodziliśmy chyba bardziej serio. Rygory i wymagania były większe, ale wyglądało to bardziej profesjonalnie i przejrzyście. W teatrze mogli grać ci, którzy mieli dyplom lub zdobyli uprawnienia po zdaniu egzaminu eksternistycznego. Owszem, byli też i tacy, którzy nie mieli uprawnień, ale to nie byli aktorzy tylko adepci. Nie nazywano ich aktorami, mieli inne uprawnienia, stawki, musieli mieć maturę, no i obowiązek zdania egzaminu eksternistycznego przed państwową komisją egzaminacyjną. Dzisiaj aktorem, zarówno w teatrze jak i filmie, może być właściwie każdy, nawet ten, który nie powinien nim być. I to niestety widać. To jest smutne.

A pan? Co uważa za swój największy zawodowy sukces?

- To, że przepracowałem w tym zawodzie ponad czterdzieści lat i nie dałem nigdy żadnej wielkiej plamy. Że dałem ludziom trochę uśmiechu, trochę wytchnienia, czasami zadumy nad tym światem i ludźmi. Że mogę, goląc się, spojrzeć sobie w lusterku prosto w oczy. Że mimo wieku, jest na mnie jeszcze zapotrzebowanie. Wiem, brzmi to bardzo patetycznie, ale ja tak to właśnie czuję. Mniej patetyczne są natomiast moje marzenia. Chciałbym zagrać w "Uchu Prezesa" prof. Rzeplińskiego. Podobno jesteśmy do siebie bardzo podobni. I to nie jest żart.

Jestem ciekawy, czy dla większości widzów nadal jest pan prezesem Kozłowskim ze "Świata według Kiepskich"?

- Bardzo często. Najczęściej wygląda to tak: "Ooo! Prezes Kozłowski! Dzień dobry, a co pan tu robi?!" "A zakupy robię" (albo: tankuję, jem obiad, jadę pociągiem, lecę samolotem). "I co - kręcicie jeszcze "Kiepskich"? "A kręcimy, kręcimy". "To fajnie, bo lubię was oglądać! Zdrówka życzę, do widzenia!".

Artur Krasicki

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Gałła | Świat według Kiepskich

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje