Reklama

Reklama

"Znam się na filmie"

"Pornografia" Jana Jakuba Kolskiego jest ekranizacją słynnej powieści Witolda Gombrowicza. Reżyser twierdzi, że chciał zrobić obraz współczesny, przemawiający do dzisiejszego widza głosem zrozumiałym i mocnym.

Dwóch doświadczonych mężczyzn, Fryderyk i Witold, prowadząc grę ze sobą i ze światem - próbuje zrealizować błahy, jak się na początku wydaje - plan pchnięcia ku sobie dwojga młodych: Heni i Karola. Gra zyskuje nowy wymiar, kiedy okazuje się, że nie można wziąć w nawias toczącej się dookoła wojny. Zepsuci przez wojnę, skażeni wojną, protagoniści przemieniają się pod jej wpływem. Patriotyzm Hipolita zamienia się w okrucieństwo, młodzieńcza żarliwość Karola zamienia się w potrzebę zbrodni, naiwność Heni zamienia się w akceptację dla zła. Paradoksalnie, tylko Fryderyk i Witold mają formę wystarczająco silną i skończoną, by nie ulegać przemianie.

Reklama

"Pornografia" zadebiutowała w polskich kinach 17 października 2003 roku. Krakowskiej konferencji prasowej z udziałem Jana Jakuba Kolskiego przysłuchiwała się Magdalena Voigt, która później rozmawiała z reżyserem.

Tworzył pan bardzo wyraziste, rozpoznawalne, autorskie kino i nagle dwa ostatnie pana filmy to już nie obrazy robione według własnych scenariuszy, inspirowane własnymi opowiadaniami, ale sięgnięcie w inne rejony – sięgnięcie po twórczość kogoś innego. Skąd ten zwrot?

Jan Jakub Kolski: Z bezrobocia. Tak jednym słowem można odpowiedzieć na to pytanie. Propozycja realizacji filmu "Daleko od okna" zastała mnie w momencie, kiedy rozmaici producenci odpowiadali "nie" na pytania o plany sfilmowania moich kolejnych scenariuszy. Nie było po prostu pieniędzy na moje ówczesne projekty. Zgodziłem się więc na to, co wprawdzie cudze, ale obrobione moją wyobraźnią, dawało szansę na dobry film. I powstało "Daleko od okna".

W przypadku filmu "Pornografia" propozycja realizacji zastała mnie na kolejnym bezrobociu, więc mimo że prehistoria tego projektu nie zachęcała do zajęcia się nim, to się nim zająłem. Prehistoria, czyli zaniechania wybitnych twórców ze świata – amerykańskiego scenarzysty, który odłożył pracę nad "Pornografią" po roku, panów Gérarda Bracha i Luca Bondy, którzy też po roku odłożyli pracę, oraz panów Jarzyny i Mossakowskiego, którzy również po roku zakończyli pracę nad "Pornografią". Ta cezura roku jest znamienna. Po roku pracy nad tą adaptacją rzeczywiście coś takiego dzieje się z adaptatorem, że musi na chwilę to odłożyć. I albo nie wraca do projektu, jak wymienieni panowie, albo pokonuje tę niemożność, jak ja.

Czy zgodzi się pan z opinią, że pana "Pornografia" nie jest ekranizacją Gombrowicza "strona po stronie", a jest to raczej Gombrowicz "przetrawiony" przez pana wrażliwość?

Jan Jakub Kolski: Zgodzę się i nawet opatrzę to stwierdzenie komentarzem. Adaptacja Gombrowicza "po literkach" jest materiałem na katastrofę. Dowody na to twierdzenie miałem w postaci scenariuszy otrzymanych od wspomnianych powyżej panów. Natomiast adaptacja zrobiona "na kolanach" jest materiałem na jeszcze większą katastrofę. Niezwykle malowniczą, ale jednak katastrofę.

Opowiem, jak ja mierzyłem się w Gombrowiczem.

Po roku proces adaptowania zastał mnie mniej więcej w takim momencie, w jakim zastał – jak mi się wydaje - pozostałych adaptatorów, czyli momencie bezradności. I wtedy pojechałem do Witulina, w pejzaż serdeczny Gombrowicza, w miejsce, gdzie do dziś stoją ruiny fabryki tektury, którą jego rodzice ufundowali mu zamiast stypendium, z tego łożyli na jego kształcenie. I tam z fundamentów wydłubałem taki wielki kamień, z pięćdziesiąt kilo – mało który adaptator mógłby sobie z nim poradzić, bo to duży kamień – włożyłem go do samochodu i powiozłem do Wrocławia, paręset kilometrów, i wyjąłem u siebie na podwórku. I usiadłem na nim.

Żonisko moje wychodziło z domu i pytało: "A co ty robisz? Czyś ty zwariował?". Bo tak to wyglądało - jakbym zwariował. A ja mówiłem: "Wysiedzę Gombrowicza. Nie wysiedzę głową, może wysiedzę inną częścią ciała". I wysiedziałem. Coś zaczęło mi się "otwierać" w tej powieści, jakieś "prześwity", które doprowadziły do decyzji zuchwałych, ale takich, które poskutkowały scenariuszem dającym się przełożyć na film.

Czy można zatem zapytać o problemy interpretacyjne?

Jan Jakub Kolski: Mogę oszczędzić trudu zadawania takich pytań, bo odmówię odpowiedzi.

Nie chce pan mówić o swoim filmie?

Jan Jakub Kolski: O filmie bardzo chętnie. Po to tu przyjechałem paręset kilometrów. Natomiast nie będę opowiadał o czym on jest, ani dawał wykładni sensu, ponieważ ja już swojego wysiłku dokonałem. Widać go na ekranach. Trzy lata z życia.

Ale jest pan scenarzystą tego filmu i może na poziomie scenariusza, a nie reżyserii, uda się zapytać o wprowadzenie – dość ostentacyjne – wątku przeszłości Fryderyka. Jak ten wątek pojawił się w scenariuszu?

Jan Jakub Kolski: To pytanie wartościujące i z tezą, z którą się nie zgadzam. "Ostentacja" to jest ocena.

Ktoś, kto zna powieść, od razu rozpozna, że tego wątku nie ma w "Pornografii". Stąd "ostentacja". To pana wybór i ciekawi mnie, dlaczego zdecydował się pan na taki krok, dlaczego taki wątek pojawia się w filmie?

Jan Jakub Kolski: A dlaczego nie? Takie pytania stawiają mnie w trudnej sytuacji, w pozycji nieuprawnionej - kogoś, kto opisuje swoje dzieło. Ja dzieło wykonałem. I tak pozycja pomiędzy pomiędzy tymi, którzy wykonują dzieło, a tymi, którzy je opisują, jest nierównoprawna. Wysiłek jest mniejszy, kiedy się opisuje. Daję słowo, bo czasem próbowałem w wyobraźni opisywać sobie cudze dzieła, chociaż nie dzieliłem się rezultatami tych przemyśleń. Trzy lata poświęciłem temu filmowi. I oddaję go z całym zaufaniem i całą serdecznością.

Można z nim robić, co się chce. Na miarę własnej wrażliwości, której nie odważę się oceniać. Na miarę własnego uwikłania w życie, którego nie odważę się oceniać. Podejrzewam tylko, mam nadzieję, że jest z grubsza podobne do mojego, ponieważ jesteśmy sobie współcześni i z grubsza to samo nas dotyka. I przecież nie będę opowiadał, o czym jest mój film, ponieważ to jest nieeleganckie.

Dlaczego taki wątek? Znalazłem u Krzyśka Majchrzaka na stole pamiętnik Parachodnika. Pomyślałem, że znalazł się na tym stole – gdzie zwykle leżały bułki – nieprzypadkiem. Przeczytałem. Wstrząsnął mną.

A przy okazji refleksja, na marginesie. Pytają mnie czasem moi mądrzy koledzy: "Ile jeszcze o tych Żydach?". A ja odpowiadam: "Codziennie, po tysiąc razy, do końca życia".

Wątek semicki pojawia się od początku w pana twórczości, nie tylko w filmach, ale i w powieści "Kulka z chleba". Na ile osobiście dotyka pana ten problem?

Jan Jakub Kolski: Od momentu, kiedy zacząłem być człowiekiem świadomym, takim, który może opatrzyć świat refleksją, zdefiniować go dla siebie i opatrzyć refleksją, to zadałem sobie pytanie, co mnie najbardziej obraża na tym świecie? I najbardziej obraża mnie antysemityzm. Czuję się osobiście obrażony antysemityzmem, ponieważ antysemityzm jest szkodliwą głupotą, jest nienowoczesny, urąga postawie współczesnego człowieka. I dlatego tak chętnie się z nim sprawiam w mojej twórczości, siebie z kolei lokując jako kogoś, kto ma po troszku świat naprawiać. Artysta, z definicji bezinteresowny, artysta wymyślony przez pana Boga do naprawiania świata, żeby przeciwdziałać tym "psuczom" politykom, powinien się zając sprawami ważnymi. Rozmawiam z tym, co mnie najbardziej obraża. Obraża mnie antysemityzm i rozmaite inne ksenofobie.

"Pornografia" oparta jest na tekście Gombrowicza. Często najlepsze adaptacje powstają wtedy, kiedy reżyser "kłóci się" z tekstem, polemizuje. Gdzie są jednak granice tego "sporu" z oryginałem, gdzie są granice polemiki: reżyser-autor tekstu literackiego? Czy gdyby w "Pornografię" włożył pan jeszcze więcej siebie, więcej nowych pomysłów, czy nadal nazywałby się "Pornografią"? Gdzie jest granica, gdzie kończy się Gombrowicz, a zaczyna Kolski?

Jan Jakub Kolski: To nie jest pytanie do mnie. To jest pytanie "w ogóle".

To jest pytanie do scenarzysty.

Jan Jakub Kolski: Nie wiem, gdzie są granice. Ponieważ nie próbowałem się tym zajmować. Próbowałem zrobić dobry film. Opiszę ten proces niezwykle prostymi słowami. Miałem ambicje zrobić dobry film z materiału nie nadającego się na dobry film. Z materiału opatrzonego jeszcze takimi wskazówkami samego autora, które prowadzą w maliny. Bezwzględnie. Jak choćby wskazówki wynikające z rozmowy Gombrowicza z Kotem Jeleńskim. Nie było to publikowane, mnie udało się do tego dotrzeć, a później, po miesiącach, pan Andrzej Wajda dał mi ten sam tekst, ponieważ na jego podstawie, czy zaordynowanych tam wskazówek, chciał robić swoją adaptację "Pornografii". I otóż tam Gombrowicz mówił, że trzeba sfotografować karki, zetlałą skórę, włoski na przedramionach u młodych ludzi, i tym się głównie zająć, bo to jest najwłaściwsze w filmie, który miałby nazywać się "Pornografia". Nie skorzystałem z tych wskazówek.

Nie skorzystałem też z sugestii wartościujących, robionych przez rozmaitych egzegetów, jak choćby pana Michała Głowińskiego, przy całym szacunku, ponieważ oni się nie znają na filmie! Ja się znam na filmie. I umiem wypreparować z książki to, co jest przekładalne na żywioł filmu. To jest przekład intersemiotyczny - z systemu znaków jednego języka, na system znaków innego języka. Inter-semiotyczny. Gombrowicz znał się na pisaniu, ja znam się na filmie. Wziąłem z Gombrowicza, z "Pornografii", to co dało się przełożyć na film, ale było tego bardzo, bardzo niewiele. Bardzo, bardzo niewiele, powiadam, Udało mi się, ponieważ kocham Gombrowicza jako czytelnik. Udało mi się jednak "znieczulić" na narkotyk jego języka. To jest bardzo trudne, ponieważ odczuwa się przyjemność zgoła fizyczną, kiedy obcuje się z tym językiem. To mi się udało. Zacząłem udawać, że nie ma języka, że są tylko zdarzenia. I wypreparowałem je jak preparator, z tkanki, z osocza powieści.

I co mi się pokazało? Trup. Trup. Tam nie było nic ciekawego. Kiedy się odrzuciło to, co działo się w głowach, co się "myślało" bohaterom, to materiał na film okazał się byle jaki. I pomyślałem, że trzeba to o coś uzupełnić, a głównie o to, co "robi" bohatera filmowego. A co robi bohatera filmowego? Co powoduje, że się z nim spajają emocje widza? To, że on po pierwsze jest skądś, a po drugie, że działa w jakiejś sprawie. W takiej chociażby, którą trzeba odkrywać po drobiazgach przez cały film, ale jednak w jakiejś sprawie. Takiej, którą choćby porządkiem suspensu trzeba odkrywać - widz wie więcej, a ja mniej, ale jednak w jakiejś sprawie. U Gombrowicza, w powieści, to się pięknie pisze panu pisarzowi – Fryderyk pojawia się znikąd, działa na zasadzie deux ex machina. Z tego, powiadam, nie da się zrobić filmu. Tego nie wie ktoś, kto nie jest filmowcem. A ja wiem. I albo mi się uwierzy, albo nie.

A gdzie są granice Gombrowicz-ja? Nie wiem, jeszcze się nad tym nie zastanawiałem, nie to uczyniłem celem mojej aktywności przy Gombrowiczu. I tak przyznać trzeba, że trzy lata to dość sporo czasu w życiu. To są trzy lata odebrane córce, to są trzy lata odebrane żonie, to są trzy lata odebrane matce, a poświęcone Gombrowiczowi. Obsługuję filmy całym sobą. Bez prowadzenia rachunku opłacalności, czy na przykład jeszcze jeden wysiłek nie zakończy się zawałem serca. Całym sobą obsługuję filmy. Robię je osobiście i - w jakimś sensie - intymnie. Moje poglądy są w moich filmach. Mój charakter jest w moich filmach.

Powiadam, robię je osobiście. Jako niezwykle osobistą rozmowę ze światem. Nawet wtedy, kiedy nie ma miejsca na prowadzenie takiej rozmowy, dalej prowadzę osobistą rozmowę ze światem. Nawet kiedy to się nie opłaca, ja nadal prowadzę osobistą rozmowę ze światem, za pomocą filmów. I słyszę głos: "No dobrze, powiedziałeś o sobie coś bardzo intymnego, a teraz prosimy o intymność po raz drugi". A ja już nie chcę. I po raz trzeci, przy takich spotkaniach: "Proszę powiedzieć, co intymnego jeszcze się zdarzyło?". Wszystko jest w filmie. Wszystko jest na ekranie. I nic więcej na ten temat nie mam do powiedzenia.

Ale dlaczego w takim razie podjął się pan zrobienia "Pornografii"? Nie "wyciągnął" pan z tej powieści tego, co jest jej istotą. To nie jest zarzut, tylko wydaje się dziwne, że to właśnie Kolski podjął się zrobienia filmu "Pornografia". Wydaje się, że wziął pan na warsztat powieść, która panu nie odpowiada.

Jan Jakub Kolski: Dwie tezy – z obiema się nie zgadzam. Sporu ciąg dalszy. Proszę zrozumieć, że ja ponoszę pewien koszt ludzki za moje wybory zawodowe. Nie zgadzam się z tezą, że nie odpowiada mi Gombrowicz. On stawiał opór, był trudny, ale odpowiadał mi dlatego, że stawiał opór i że był trudny. Nie ma sprzeczności. Lubię czuć się jak odkrywca Indian nad rzeką Rio Alto Madre de Dios. Byłem nad tą rzeką i odkrywałem tam Indian. Lubię się tak czuć. I specjalnie opowiadałem o prehistorii tego projektu. Dlaczego wziąłem na warsztat tę powieść? Dlatego, że byłem na bezrobociu, nikt nie chciał kilkunastu moich scenariuszy i dlatego, że znalazłem pokusę w znalezieniu odpowiedzi na pytanie: "Czemu ulegli inni autorzy przede mną, ba, tacy wielcy autorzy?". To jest męska przygoda, to jest wyzwanie,w tych kategoriach to traktowałem, opisywałem nawet malowniczość tego procesu. Dlatego właśnie.

"W sztuce nie na miejsca na wstyd" - mówi jeden z bohaterów "Pornografii". Pana filmy rzeczywiście obnażają naturę człowieka, jednak pan także w nich się obnaża. I tu znów pojawia się problem decyzji o realizacji "Pornografii". Jeśli trzeba się tak mocno obnażyć, to nie wierzę, żeby jedynym powodem byłą chęć sprawdzenia, dlaczego adaptacja nie udała się pana czterem poprzednikom. Musiało być coś więcej!

Jan Jakub Kolski: Obnażanie się boli bardzo. Boli, ale ma boleć. A proces adaptacji mnie wciągnął. Ten proces mnie "wessał". To, że się nie udał wcześniejszym adaptatorom, było iskrą, która zapaliła lont, który doprowadził do wybuchu pod tytułem "Pornografia". To był zaczyn. Zaczyn procesu, który już nie wypuścił mnie ze swoich objęć. Można powiedzieć metaforycznie, że to może Gombrowicz nie wypuścił mnie ze swoich objęć. Zdefiniować parametry tego świata wypełnionego "Pornografią", tego trzyletniego wysiłku, nie da się. Nawet nie wszystko pamiętam. To był bardzo dojmujący proces z poważnymi kosztami ludzkimi, aleper saldo opłacalny. Dlatego, że ktoś wychodzi z kina i płacze, a pod koniec seansu słychać trzaskające, jak suche jabłka, serca widzów. To jest zapłata. Powiadam, per saldo to się opłaca.

W ogóle opłaca się być artystą. Wszystko wraca. Danina z siebie, ten serdeczny komunikat, on wraca. Wraca lepszym światem, wraca uśmiechem córki, wraca łzami o oczach pana Passenta, którego felietony kiedyś czytywałem. To wszystko wraca. To zresztą moja teoria, "teoria powrotności". Natomiast zdarzają się ludzie "niereformowalni", z którymi rozmawia się bardzo trudno, choć podejmuję ten wysiłek. Z reguły są to osoby, których skronie wieńczy już siwy włos, którzy czują się "strażnikami pieczęci", czują się depozytariuszami wiedzy tajemnej, o tym, w jak jedynie słuszny sposób zaadaptować Gombrowicza na film. Nie da się rozmawiać. Nie ma szans na rozmowę. Ja otwieram tę drogę do siebie, podaję serce na dłoni i próbuję rozmawiać, i nie da się. To są ortodoksyjne postawy, i z tym jest mi strasznie trudno dyskutować.

Czy zanim trafił do pana scenariusz, "Pornografia", Gombrowicz, byli w ogóle w kręgu pana zainteresowań?

Jan Jakub Kolski: Nie, absolutnie nie. To ma taką urodę jako literatura, że nie myślałem, że jest jakaś potrzeba, żeby to zamieniać na film. Stanąłem wobec takiej potrzeby - wydaje się, że na drodze pewnego przypadku, choć coraz mniej wierzę w to, że jest to przypadek.

Często współpracuje pan z tą samą ekipą – Krzysztof Majchrzak gra w pańskich filmach, Zygmunt Konieczny robi do nich muzykę. Czy na etapie pisania scenariusza już myśli pan o konkretnej obsadzie, kompozytorze?

Jan Jakub Kolski: Jestem w Krakowie i to, co powiem, będzie pewnie odebrane, jako komplement, ale porządkiem, który najlepiej opisuje moje decyzje dotyczące ekipy za i przed kamerą, jest "porządek Kraków". Chciałbym podjąć hasło rzucone przed laty: "Nie przenoście nam stolicy do Krakowa". I do Wrocławia, bo kocham swoje miasto. "Porządek Kraków", ponieważ w "Pornografii" pojawili się Krzysztof Globisz, Jan Frycz, Zygmunt Konieczny. Ale w moich filmach jest też inny porządek, "porządek serdeczny". Lubię robić filmy z ludźmi, których lubię. I których mam "rozpoznanych". To otwiera "skrzynkę" z ofertą człowieka. Jeśli się go zna dobrze prywatnie, bliżej, droga do takiej oferty, jaką można uczciwie przenieść na ekran, jest krótsza. Per saldo to się opłaca. Zaprosić do pracy tych, których ma się "rozpoznanych". Ale z drugiej strony zapraszam też kompletnie "nierozpoznanych", bo proceder "rozpoznawania" też się odkłada w masie filmu i jest czymś, co owocuje ciekawymi odkryciami.

Czy korzysta pan z castingów podczas realizacji swoich filmów?

Jan Jakub Kolski: Zdjęcia próbne. To się u mnie nazywa zdjęcia próbne. Stanowczo protestuję przeciwko kojarzeniu słowa "casting" ze mną. Tak się nie da. To zbyt "nieprzyklejalne" do mnie. Zdjęcia próbne. Na castingu jest tak, że przyjeżdża aktor z Krakowa, Katowic, Lublina, Kielc do Warszawy, potem jadąc taksówką, psika dezodorantem pod pachami, potem wyskakuje na plan i ktoś stawia go przed jakąś kamerą i mówi: "Tu masz tekst, powiedz parę zdań". I to jest casting. U mnie są zdjęcia próbne. U mnie kandydaci, choćby miały ich być tysiące, są zaopatrzeni w wiedzę, w jakiej sprawie stają przed kamerą, a przedtem są "zaopiekowani". Jest przyjaźnie. A więc nie casting, a zdjęcia próbne.

I tak poszukiwałem odtwórców ról młodych. Kiedy filmowa Henia, czyli Sandra była u mnie na zdjęciach próbnych miała czternaście lat, a piętnaście kiedy kręciliśmy film. Tak samo filmowy Karol. Weronika - Ania Baniowska - była trochę starsza. A z Krzysztofem Majchrzakiem pracowałem wcześniej i miałem go "wyobrażonego" na postać Fryderyka. To był pierwszy filar tego świata wyobrażonego. Drugim filarem była Grażyna [Błęcka-Kolska – przyp. red.], a trzecim - Krzyś Pieczyński, który w rezultacie nie zagrał w tym filmie. Ale tak te parametry tego świata wyobrażonego, zanim wyszliśmy z kamerą na plan, wyglądały. I potem precyzował się ten pejzaż ludzki. Coraz bardziej, coraz bardziej, zaprosiłem Jasia Frycza, Adama Ferencego, a po zdjęciach próbnych zaprosiłem Sandrę i jeszcze dwoje młodych aktorów.

Jakie ma pan plany na przyszłość. W którą stronę pan pójdzie?

Jan Jakub Kolski: Nie wiem, w którą stronę pójdę. Artysta, który projektuje swoją drogę twórczą? Przecież to idiota. Nie można zaprojektować drogi twórczej w dziedzinie tak ulotnej, tak nie dającej się objąć kryteriami, jak film. Ja nie projektuję swojej drogi twórczej. Otwieram się na to, co daje los, co los zdarza. Próbuję zachęcić swoimi scenariuszami rozmaitych producentów, żeby dali pieniądze i tyle. To jest kraj, w którym jest mało pieniędzy na filmy, nie można udawać, że jest inaczej.

Nie wiem, co stanie się moim kolejnym projektem. Być może "Jasminum", film według własnego scenariusza, o zapachach. Mówię być może, ponieważ ta perspektywa jest dość odległa. Na razie telewizja kupiła scenariusz i mówi, że jest gotowa dać część pieniędzy. Ale droga od takiej deklaracji do filmu jest zwykle bardzo długa.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Jan Jakub Kolski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje