Reklama

Reklama

Aleksandra Potoczek: Film, który powinno się oglądać w ciszy

W jednej z pierwszych scen filmu "xABo: Ksiądz Boniecki", który od 24 lipca będzie można oglądać na ekranach polskich kin, główny bohater dokumentu Aleksandry Potoczek pokazany zostaje podczas telefonicznej rozmowy, z której dowiaduje się, że zapomniał zapłacić za paliwo na stacji benzynowej. "Ściga mnie policja" - mruczy pod nosem ksiądz Boniecki.

Reżyserka Aleksandra Potoczek na planie dokumentu "xABo: Ksiądz Boniecki"

- Te najbardziej ryzykowne sceny najbardziej się księdzu podobały, zaśmiewał się - przekonuje w rozmowie z Tomaszem Bielenią reżyserka filmu, Aleksandra Potoczek. Dodaje jednak, że mimo iż widz będzie świadkiem wielu zabawnych anegdot z życia krakowskiego duchownego, jej dokument powinno oglądać się w ciszy.

Producentem filmu "xABo: Ksiądz Boniecki" jest Fundacja "Tygodnika Powszechnego", jako "inspiracja" w czołówce filmu figuruje zaś osoba obecnej wiceprezes wydawcy "TP" Mai Kuczmińskiej. Jak w ogóle doszło do powstania dokumentu o księdzu Bonieckim?

Reklama

Aleksandra Potoczek: - Może wytłumaczę się z tej "inspiracji". Szukałam dobrego słowa, które pozwoliłoby mi podziękować Mai za to, że mnie zaprowadziła do księdza oraz dała mu gwarancję, że jestem w porządku i można ze mną rozmawiać. W związku z tym, że Maja jest bliską współpracowniczką księdza Bonieckiego, opowiadała mi też o nieustannych podróżach księdza po Polsce. Wtedy jeszcze nie sądziłam, że to będzie tak duża część filmu. W słowie "inspiracja" nad nazwiskiem Mai Kuczmińskiej mieści się więc miks poręczenia i opowieści o księdzu.

- Jeśli chodzi o "Tygodnik Powszechny", to przez długi czas robiłam ten film sama i nawet przez myśl mi nie przeszło, że Fundacja "Tygodnika Powszechnego" zostanie w końcu producentem mojego dokumentu. Przyszłam do "Tygodnika..." po roku pracy - była to głównie dokumentacja prowadzona siłami przyjaciół oraz ludzi dobrej roli. Na pewnym etapie zaczęłam się jednak zastanawiać nad tym, że właściwie chciałabym, żeby ten film był zrobiony trochę lepiej od strony produkcyjnej. Czułam, że przez tą chałupniczą, niezależną produkcję dużo temu filmowi odbiorę. Chciałam raczej, żeby to był pięknie zrobiony, kinowy film. Po prostu zrozumiałam, że potrzebuję producenta, ponieważ sama tego nie uciągnę.

- Na początku był jeszcze TVN, który wsparł mnie logistycznie i sprzętowo, dopiero później pojawił się "Tygodnik Powszechny". Zdecydowałam się na "Tygodnik..." z bardzo prostego względu - bardzo chciałam pójść do miejsca, w którym nie będzie się ode mnie wymagało zrobienia filmu zgodnego z oczekiwaniami i medialnym wizerunkiem księdza Bonieckiego. Przyszłam z materiałami, które wtedy miałam - z całym dyskiem nagrań - pokazałam im, a oni powiedzieli: "Zróbmy to".

Czy znałaś wcześniej księdza Bonieckiego?

- Słuchałam jego wykładów, czytałam książki, ale nie znałam go osobiście.

Dlaczego Boniecki?

- Cały czas tłumaczę się swoją intuicją. Na pewnym etapie słuchając go, przyglądając się księdzu podczas publicznych wystąpień, jakoś poczułam, że poprzez tę postać mogę coś opowiedzieć o człowieku, jego drodze i podróży. To nie było tak, że od początku miałam jasny plan na ten film, raczej intuicyjnie go przeczuwałam. Przez długi czas robiliśmy go bez kamery, to były wspólne podróże i obserwacje - wtedy właśnie utwierdziłam się jednak w tej mojej intuicji.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie z twoim bohaterem?

- Było chłodne. Zaczęło się od Mai, która poprosiła księdza, żeby mnie przyjął, wysłuchał i był wyrozumiały. Ksiądz Boniecki dostosował się do tych zaleceń, ale oczywiście odmówił. Uważał, że to nie jest dobry pomysł. Takich rozmów, podczas których próbowaliśmy dojść do tego, czy zrobienie filmu to jest dobry czy zły pomysł, było jeszcze kilka - ksiądz Boniecki oczywiście twierdził, że zły. W końcu doszliśmy do takiego momentu, że się do nas przekonał i ostatecznie zgodził się na film, a do tego bardzo uczciwie i otwarcie zaangażował się w jego powstanie. Początki były jednak chłodne i trudne.

Niedługo po rozpoczęciu przygotowań do filmu ksiądz Boniecki dostał kolejny zakaz wypowiadania się w mediach. Echa tej decyzji pobrzmiewają w twoim dokumencie, chociażby w scenie rozmowy z profesorem Bogdanem de Barbarro, aspekt medialnego skandalu zostaje jednak zepchnięty na dalszy plan.

- Bardzo chciałem, żeby to było uczciwie postawione od początku. Zanim zaczęliśmy normalne zdjęcia, zgłosiłam się do przełożonych księdza - Marianów - i zapytałam o taką możliwość. Wszystko było więc jasne - dostałam zgodę.

- Nie interesował mnie jednak w ogóle temat medialnej sensacji. Chciałam odwrócić kamerę od tego, czym wówczas żyły media. Od początku czułam, że nie o tym ma być mój film. Wiedziałam, że nie w tym objawia się siła tej postaci. Pozostałam temu wierna od początku do końca.

W filmie "xABo: Ksiądz Boniecki" nie uświadczymy tak zwanych "gadających głów". W świat bohatera wprowadzeni jesteśmy raczej poprzez jego relacje z innymi ludźmi, nie zaś dzięki opowieściom jego przyjaciół i bliskich.

- Ten film przechodził w mojej głowie ciągłą transformację, ale od początku wiedziałam, że chcę zrobić kameralną i uniwersalną opowieść o człowieku. Wystrzegałam się hagiograficznej narracji, w ogóle nie brałam pod uwagę, że to będzie film, w którym ktoś się o księdzu wypowiada. Chciałam postawić kamerę przy konkretnym bohaterze. Pamiętam, że w finalnym skrypcie, który złożyłam w Szkole Wajdy, znalazł się właśnie ten pomysł dokumentalnego kina drogi.

Niebagatelną rolę w uzyskaniu dostępu do wewnętrznego świata księdza Bonieckiego odegrały zdjęcia Adama Palenty.

- Założyłam sobie na samym początku, że to będzie z jednej strony kino drogi, z drugiej zaś film-rozmowa. Film o dialogu? Spotykałam się z zastrzeżeniami, że to wybitnie niefilmowa narracja. Adam był tą osobą, która mi bardzo pomogła w tym, że upewniła mnie w mych intuicyjnych wyborach. Poza tym bardzo się w ten film zaangażował.

- To, w jaki sposób ten film jest filmowany, wynika z naszych długich dyskusji z Adamem i drugim pracującym ze mną operatorem Szymonem Sinoffem na temat osobowości księdza Bonieckiego. Od początku chciałam pokazać kontrast dwóch światów: chaosu, szybkości i międzyludzkiej dynamiki z jednej strony oraz refleksyjnej natury księdza, wyrażającej się poprzez tożsamościową osobność i wewnętrzną ciszę. Chciałam też jakoś uczłowieczyć ten medialny wizerunek księdza jako osoby ekstrawertycznej i bardzo otwartej.

Jeśli mówimy o kontraście dwóch światów... Przez większą część filmu obserwujemy bohatera w przestrzeni publicznej - spotkania z czytelnikami, rozmowy z przypadkowo napotkanymi ludźmi. Mnie jednak ujęła niepozorna scena w mieszkaniu księdza Bonieckiego, w której pokasłuje po zakończeniu palenia fajki. Dopuszczani byliście do tej prywatnej przestrzeni?

- Śmiejemy się, że to jest scena dla pulmonologa... Wielokrotnie byliśmy w mieszkaniu u księdza, ale raczej staraliśmy się zachować proporcje w prezentacji nagranego materiału, a życie księdza Bonieckiego jest w jednak w nieustannym ruchu i ciągłej drodze, w związku z tym momenty, które spędza w swym mieszkaniu, należą właśnie do tych rzadkich chwil samotności.

- Jeśli zaś chodzi o nasze relacje z księdzem Bonieckim, myślę, że mocno ewoluowały od "ekipy cieni", jak na nas mówił na początku, po zgraną drużynę. Wydaje mi się, że wspólnie z operatorami Adamem Palentą i Szymonem Sinoffem udało nam się wypracować metodę, która pozwoliła nam o nim opowiedzieć to, co chcieliśmy, ale chroniła nas przed przekroczeniem granicy komfortu księdza.

- Bardzo nam zależało, żeby nie być w tym naszym filmowaniu natrętami. Ta obserwacyjna kamera wydawała nam się najbardziej odpowiednia zarówno dla nas, jak i naszego bohatera.

Biorąc pod uwagę wielomiesięczny proces realizacji filmu oraz talent twojego bohatera do opowiadania smacznych anegdot, 70-minutowy metraż twojego dokumentu każe zadać mi pytanie: ile wspaniałych ujęć nie znalazło się w ostatecznym montażu?

- To były trudne decyzje. Mam takie sceny, których strasznie żałuję. O jedną walczyłam z montażystą jak lwica do ostatniego dnia montażu, aż w końcu zrozumiałam sama, w czym tkwi niebezpieczeństwo - żeby nie "zaśmiać" tego filmu anegdotkami. Myślę, że wypełniliśmy nagraniami kilkanaście terabajtów... Oczywiście nadal wielu scen żałuję, ale w formule, którą przyjęliśmy, mam poczucie, że wystarczy to, co znalazło się w ostatecznym montażu.

Ścieżkę dźwiękową filmu wypełnia intymna muzyka Hani Rani.

- Jak popatrzyłam na mojego bohatera, od razu przypomniałam sobie muzykę Hani i uznałam, że świetnie pasuje klimatem. Wydało mi się, że emocjonalność Hani i sposób jej opowiadania przez muzykę będzie idealne dla tego typu bohatera. Sama praca nad muzyką była niezwykle intensywna, a polegała głównie na redukcji. Musieliśmy sprawić, by była bardziej ascetyczna, ponieważ siła emocji w muzyce Hani i wyrazista osobowość księdza Bonieckiego tworzyły zbyt mocny ładunek emocjonalny. Chodziło więc o to, by jej muzyka była skromna, jak to tylko możliwe. Dodam tylko, że cała muzyka była oryginalna, Hania w pocie czoła każdy z utworów napisała specjalnie z myślą o filmie.

Wspomniałaś na początku rozmowy, że od początku marzył ci się kinowy format filmu o księdzu Bonieckim. Nieczęsty to przypadek, że polski dokument trafia do regularnej dystrybucji kinowej.

- Od początku czułam, że to jest film, który powinno się oglądać w ciszy - kameralna historia na kinowy ekran. Zanim jednak wymarzyłam sobie dystrybucję kinową, martwiłam się raczej o to, żeby ten film w ogóle powstał. Gutek Film pojawił się, kiedy kończyliśmy montaż filmu, zostaliśmy wtedy poproszeni przez Kubę Duszyńskiego, który wierzył w ten projekt, o zaprezentowanie pierwszej wersji - tak się zaczęła ta współpraca. Bardzo cieszę się, że mój film dystrybuuje właśnie Gutek Film i jestem szczęśliwa, że te mało realne marzenia w wypożyczonym samochodzie z wypożyczoną kamerą znajdą taki piękny finał na dużym ekranie.

Jak ksiądz Boniecki zareagował na pierwszy seans filmu? Zastanawiam się też, czy w jakiś sposób starał się cenzurować wybór scen, które znalazły się w filmie. Zaskoczyło mnie ujęcie, w którym okazuje się, że w roztargnieniu nie zapłacił na stacji benzynowej i teraz "ściga go policja".

- Lubię to pytanie, bo mam wrażenie, że te najbardziej ryzykowne sceny najbardziej się księdzu podobały - zaśmiewał się. Generalnie z tym pierwszym pokazaniem filmu - udaliśmy się do niego z Adasiem Palentą i jego psem. Byłam w stanie przedzawałowym, ale - o dziwo - film bardzo się księdzu spodobał. Kiedy skończył się seans, powiedział, że ma poczucie, jakby nie oglądał filmu o sobie.

- Co zaś do cenzury, to muszę przyznać, że był osobą, która w sposób niemal absolutny nie ingerowała w to, co znajdzie się na ekranie. Jedyna poprawka, o jaką poprosił, to żeby dodać dwa zdania w scenie chrztu. Było to dla niego ważne w kontekście dokonania się tego sakramentu, więc z radością spełniliśmy jego prośbę. Poza tym żadnych ingerencji.

Bohater marzeń.

Bohater marzeń - tak... ale nie było znowu tak łatwo. Pierwsze pół roku to była jednak droga krzyżowa.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje