Adam Woronowicz: Oscar za ojcostwo

Adam Woronowicz uważa, że seriale są dziś równie ważne jak filmy. Chętnie w nich gra i nałogowo je ogląda.

Gdybym nie został aktorem, chciałbym być chirurgiem - mówi Adam Woronowicz

Ten rok może uznać za wyjątkowo udany - jego rolę w "Kamerdynerze" na festiwalu w Gdyni uznano za najlepszą, zagrał w obsypanej nagrodami "Zimnej wojnie", wkrótce zobaczymy go też w serialu "Nielegalni". W trzecim sezonie "Diagnozy" sporo czeka też prof. Artmana, w którego się wciela.

Reklama

Na początku trzeciego sezonu "Diagnozy" prof. Jan Artman, którego pan gra, pokazuje znowu bardziej mroczne oblicze niż to z finału drugiej serii. A widzowie już zaczynali go lubić...

Adam Woronowicz: - W jego przypadku przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. W nowym sezonie staraliśmy się cofnąć w czasie, żeby odkryć więcej prawdy o Artmanie: dlaczego taki jest, co nim powoduje, w co jest uwikłany. Będzie się więc sporo działo: mamy w serialu gorący romans z Bogną Mróz, którą gra cudowna Danusia Stenka, ale zdarzy się też coś, co mocno odbije się na tej relacji, późniejszych wydarzeniach i całym życiu Artmana. Z jednej strony znów dowiemy się o nim czegoś niepokojącego, ale z drugiej - mam nadzieję, że widzom zrobi się go chociaż trochę żal.

Poprzednio akcja toczyła się wokół niezgodnego z prawem testowania leków, teraz w centrum uwagi są nielegalny handel narządami i pokątne przeszczepy...

- Od razu muszę zaznaczyć, że w żaden sposób nie sprzeciwiamy się przeszczepom, przeciwnie - wspieramy transplantologów i zależy nam, żeby w Polsce coraz więcej było takich operacji. W "Diagnozie" pokazujemy natomiast wąski wycinek rzeczywistości, rzucamy okiem za kulisy przestępczej działalności w tej dziedzinie. Pojawia się więc prywatna klinika prowadząca podejrzane interesy, a w całą tę sytuację jest uwikłanych kilka postaci z serialu. Ale to tylko jeden z wielu wątków trzeciego sezonu.

Zanim zagrał pan księdza Popiełuszkę w filmie "Popiełuszko. Wolność jest w nas", spędził pan kilka tygodni w seminarium. Przed wejściem na plan "Czerwonego pająka" dużo rozmawiał pan z psychologiem na temat seryjnych morderców. A jak przygotowywał się pan do roli Artmana?

- Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie byłem na sali operacyjnej. Razem z kolegami, z którymi tworzymy personel medyczny serialowego oddziału chirurgicznego, byliśmy w szpitalu, by obserwować procedury i zabiegi medyczne. Oczywiście nie wszędzie mogliśmy wejść, ale "koledzy" lekarze bardzo nam pomogli. Zresztą ogromnie podoba mi się zawód chirurga, jest piękny, bardzo męski...

Co to znaczy?

- Nie wiedziałem, że praca chirurga jest aż tak trudna, również fizycznie. Zdarzają się operacje, przy których chirurg musi spędzić wiele godzin na nogach, siły fizycznej wymaga przeprowadzenie niektórych zabiegów. Do tego dochodzi stres. Mimo to - gdybym nie został aktorem, chciałbym być chirurgiem. Myślę, że z napięciem bym sobie poradził - jako aktor też jestem w grupie podwyższonego ryzyka wystąpienia stresu (śmiech).

Na planie "Diagnozy" nadal jest tak krwawo jak w poprzednich seriach?

- O, tak! W serialowym szpitalu tyle się dzieje, że sztuczna krew leje się hektolitrami. Ekipa zna więc na pamięć jej specyficzny zapach.

Nieprzyjemny?

- Nie, ale charakterystyczny. Do końca życia rozpoznam go bez wahania. Na dodatek ta ciecz ma to do siebie, że się bardzo klei, co jakiś czas trzeba ją rozcieńczać wodą, po nagraniu sceny trudno ją z siebie zmyć. Zaręczam - wbrew temu, co mogą myśleć niektórzy, nie używamy na planie ketchupu (śmiech).

21 października wejdzie na ekrany serial "Nielegalni", w którym również pan gra. To kolejna polska kryminalna produkcja telewizyjna.

- Moją ambicją jest to, żeby polski serial mógł w najbliższym czasie zawojować przynajmniej europejskie rynki. Marzy mi się nawet, żebyśmy kiedyś stworzyli produkcję na miarę "Gry o tron". W każdym razie mam nadzieję, że kiedyś polskie seriale będą mogły z powodzeniem konkurować z najlepszymi skandynawskimi, brytyjskimi albo hiszpańskimi. Żeby tak się stało, trzeba mieć świetne pomysły, a producenci, scenarzyści, reżyserzy i aktorzy muszą uwierzyć, że to możliwe. Przecież dzisiaj serial staje się równie ważny - jeśli nie ważniejszy - jak kinowe filmy fabularne. Widzowie czekają na premiery seriali bodaj bardziej niż na nowy hit kinowy. Na dodatek teraz, dzięki platformom streamingowym i usługom VOD, możemy tworzyć swoją własną telewizję. To stawia seriale w zupełnie nowym świetle.

Ogląda pan seriale?

- Tak, pasjami. Zarywam noce, jeśli coś mnie wciągnie. Czasem muszę coś obejrzeć, żeby się zainspirować i trzymać rękę na pulsie - powinienem się orientować, co się w tej dziedzinie dzieje na świecie. Jeśli o jakiejś produkcji jest głośno, chcę ją obejrzeć, żeby wiedzieć, na czym polega jej fenomen. Zwykle najważniejszy jest pomysł. Zafascynował mnie "Westworld", teraz z niecierpliwością czekam na ostatni sezon "House of Cards".

Wróćmy do "Nielegalnych"...

- Sam jestem ciekaw, jak został sfilmowany bardzo interesujący scenariusz do tego serialu. Intryga jest naprawdę zajmująca - rozgrywa się w naszej części Europy i dotyczy bardzo aktualnych spraw, m.in. terroryzmu i migracji. Gram tam drugoplanową rolę.

Tak jak w "Zimnej wojnie", która zdobyła Złote Lwy w Gdyni i jest polskim kandydatem do Oscara.

- Bardzo się cieszę, że mogłem wziąć udział w tej produkcji, nawet jeśli pojawiam się tam w epizodzie. Ta historia jest niezwykle piękna, przejmująca i jakoś szczególnie mnie dotknęła. To taka nasza polska "Casablanca" (śmiech). Wiem, że film robi wrażenie na widzach na całym świecie, miał już premierę w Wielkiej Brytanii, wkrótce obejrzą go widzowie w Stanach Zjednoczonych i innych krajach. Kto wie, czy nie mamy szansy na kolejne Oscary - dla Pawła Pawlikowskiego, Joasi Kulig albo Tomka Kota. Czasem zastanawiam się, jakie filmy, w których grałem, będą aktualne albo zostaną z widzami za jakieś 20-30 lat. O " Zimną wojnę" jestem dziwnie spokojny.

Marzy się panu Oscar?

- Chciałbym kiedyś zasłużyć na Oscara za całokształt... ojcostwa. Nie ma dla mnie nic ważniejszego niż rodzina.

Póki co dostał pan nagrodę za najlepszą rolę męską w "Kamerdynerze" na festiwalu w Gdyni. Gra pan tam Niemca mieszkającego na Kaszubach.

- Tak, hrabiego Hermanna - głowę pruskiego rodu von Kraussów. Akcja toczy się w latach 1900-1945, w tle są dwie wielkie wojny, tragiczne dzieje Kaszubów, Polaków i Prusaków, narodziny i upadek II Rzeczpospolitej. Ten film bardzo mi się spodobał, obrazy z niego towarzyszą mi codziennie. To głęboka, miejscami wstrząsająca historia o współistnieniu ludzi wielu narodowości na Kaszubach. Kiedy kręciliśmy film, mieszkaliśmy m.in. w pałacu w Galinach na Mazurach. Do dziś przyjeżdżają tam potomkowie dawnych właścicieli, Niemców - ludzie, którzy tam się urodzili. Ze wzruszeniem obserwują, jak zrujnowany majątek odzyskuje dawny blask, ma nowe życie. Przy jednym stole siada kilka pokoleń Polaków i Niemców. W parku pałacowym stoi tablica upamiętniająca rodzinę Eulenburgów, do których kiedyś Galiny należały. Nikt nie ma do nikogo pretensji, za to wszyscy mają świadomość wspólnej historii, którą dziś również tworzą. Myślę, że właśnie tak powinna wyglądać nasza rzeczywistość, a nie tak jak wtedy, gdy odcinamy się od przeszłości i zamykamy na innych.

Rozmawiała Anna Bugajska


Dowiedz się więcej na temat: Adam Woronowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje