Zobacz również:
Najbardziej wyczekiwany polski film Netfliksa w ostatnich miesiącach - "Znachor" to kolejna już adaptacja powieści Dołęgi Mostowicza. To jeden z naszych rodzimych evergreenów, który kochamy nawet bardziej niż Kevina pozostawionego w domu na święta. Netflix, biorąc na warsztat ten kanon polskiej literatury, wywołał w sieci niemały zamęt. Na ustach wszystkich zagościły pytania: "Czy to się może udać? Czy nie za wcześnie na nowego 'Znachora'? A co, jak to nie wypali?". Leszek Lichota jest świadomy reakcji widzów, a powodów burzliwej reakcji internautów dopatruje w braku tradycji wielokrotnych adaptacji w polskim kinie.
"Nie jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni do tego, że powstają kolejne adaptacje znanych nam dzieł. Nie wiem, czy to wynika z niedojrzałości czy z faktu, że dopiero wchodzimy do światowego show-biznesu. Na świecie, jak ktoś bierze się za kolejną adaptację Sherlocka Holmesa, to nikt nie ma z tym problemu. U nas dopiero zaczynamy się brać za kolejne opowiadania historii, które już znamy" - komentuje Lichota.
Zobacz też: "Znachor": Ta historia tylko brzmi znajomo [recenzja]
"Znachor": Uniwersalność historii
Leszek Lichota i Maria Kowalska, spytani o to, jak opisaliby najnowszą produkcję Netfliksa, podkreślają uniwersalność tej historii i fundamentalnie pozytywny przekaz. Faktycznie, netfliksowy "Znachor" to cieplutki kocyk idealny na jesienne wieczory, bo piękna historia miłości ojca i córki rozczuli nasze zmęczone jesienią serca. Wrzesień to naprawdę trafny czas na premierę.
"To jest absolutnie uniwersalna historia i myślę, że my bardzo potrzebujemy takich historii, które opowiadają w prawdziwy sposób o cennych wartościach. W takim zabieganiu i codziennym przebodźcowaniu potrzeba nam takich historii, dzięki którym można się na chwile zatrzymać, w pozytywny sposób uziemić, przemyśleć i przewartościować pewne istotne kwestie. Przy tym też wspaniale się bawić, odkrywając wspaniałość polskiej wsi czy też przyglądając się odległej nam już epoce. Ten film znajdzie szeroko grono odbiorców" - komentuje Marysia Kowalska.
W "Znachorze" mamy do czynienia z bezkompromisowym i autentycznie dobrym bohaterem, niosącym wszystkim bezinteresowną pomoc. Taka szlachetność nieczęsto jest cechą charakterystyczną głównej postaci męskiej. Profesor Rafał Wilczur jako poważany, bogaty mieszczanin i jako wiejski włóczęga, mimo drastycznie różnego kontekstu, pozostaje tak samo fundamentalnie pozytywną postacią.
"To nam dobrze zrobi, aby obejrzeć historię, w której bohaterowie są po jasnej stronie mocy i budzą w nas najlepsze uczucia. Może nawet oglądając, sami będziemy chcieli takimi być. To jest historia, która ma potencjał łączyć ludzi w świecie pełnym podziałów" - mówi o filmie Lichota.
"Znachor": Zgodność z prawdą historyczną
Kostiumy, scenografia i całościowa jakość produkcyjna filmu jest na bardzo wysokim poziomie. Od czasów, w których osadzony jest "Znachor", minęło 100 lat. Podczas realizacji zatrudniono konsultantów historycznych, żeby wszystko, co widać w obrazku, było realne. Konsultanci doradzali twórcom, jak powinien wyglądać proces sądowy lub jak wyglądała operacja w tamtych czasach, aby był zgodny z prawdą historyczną.
Podobnie konsultowano kostiumy i weryfikowano scenografię - tak, żeby zgadzał się każdy detal. Niektóre kostiumy były szyte, jednak w większości były sprowadzane z zagranicy - z Londynu, z Madrytu i z Czech. Wszystkie te zabiegi pomogły aktorom odnaleźć się w wykreowanym na planie świecie.
"Zawsze strój, kostium - jeśli jest dobrze dobrany - jak i scenografia i charakteryzacja tworzą pewną całość, którą uwiarygodniają dla nas ten świat, który mamy wykreować. Jeśli to wszystko jest spójne i dobrze zrobione, to nas niesie i pomaga w odgrywaniu roli. I tak było w tym przypadku. Ja nie mam dużego doświadczenia z kinem kostiumowym, więc nie powiem, że czułem się jak ryba w wodzie. Ale tutaj, kiedy mnie przyodziano, ucharakteryzowano i wszedłem na plan, to nie obawiałem się o to, co mnie czeka. Od razu uwierzyłem w ten świat" - zdradza Lichota.
"Znachor": Maria Kowalska skradła serca widzów
Oprócz Leszka Lichoty, który z pewnością skradnie serca widzów, na uwagę zasługuje też jego filmowa córka. Razem tworzą bardzo udany duet aktorski, a ich bliska i przyjacielska relacja widoczna jest na ekranie i poza nim. Marysia Kowalska zdecydowanie zasługuje na miano aktorskiego odkrycia roku i jak sama mówi, rola córki Znachora była dla niej stworzona.
"Rzadko zdarza się takie przeczucie, że właśnie ta konkretna rola jest dla ciebie. Przy "Znachorze", wiedziałam, że jadę po swoje. Miałam tą kartę przetargową, że mam na imię tak jak grana przeze mnie bohaterka. Kto inny jak Marysia może zagrać Marysię. Dowiedziałam się, że dostałam tę rolę, kiedy byłam w Dubaju. Miałam bardzo duży problem z połączeniem internetowym i nawet nie byłam w stanie odpisać mojej agentce. Ale pamiętam, że rozpętał się we mnie emocjonalny huragan. Czułam ten projekt i wiedziałam, że chce w nim być."
Zobacz też:
"Znachor": Zośka skradła serca widzów. Anna Szymańczyk podbija ekran
"Znachor": Obsada produkcji po latach! Jak dziś wyglądają gwiazdy filmu Hoffmana?
Maria Kowalska powtórzy w "Znachorze" Netfliksa kultową rolę Anny Dymnej


































