Reklama

Zbigniew Zapasiewicz: Jak aktor nie przychodzi na spektakl, to znaczy że nie żyje

Zbigniew Zapasiewicz

Tak jak "Pan Cogito" z wierszy Zbigniewa Herberta, które po mistrzowsku interpretował, był bezkompromisowy, wierny zasadom. Dał tego dowód w 1968 r., gdy trwała antysemicka nagonka. Młody Zbigniew Zapasiewicz siedział w SPATiF-ie z aktorem i muzykiem Juliuszem Pilplem i dyrektorem Teatru Żydowskiego Juliuszem Bergerem. Przy stoliku obok biesiadowali ubecy. Na ich uwagę: "Jeszcze tych dwóch Żydków zostało", podniósł się Berger, ale powstrzymał go Zapasiewicz: "Tobie nie wolno, ja pójdę". Przewrócił ich stolik i krzyknął do nich: "Wynocha stąd", a do kierownika SPATiF- -u: "Kto tu wpuścił tych bandytów?".

Reklama

W styczniu 1983 r., gdy po zawieszeniu stanu wojennego odwołano Gustawa Holoubka ze stanowiska dyrektora Teatru Dramatycznego, Zapasiewicz znalazł się w gronie aktorów, którzy odeszli z nim. Teatr traktował zawsze bardzo poważnie. "Jak aktor nie przychodzi na spektakl, to znaczy, że nie żyje" - mawiał. Grał nawet w dniu, gdy umarła mu matka. Na przedstawienie nie stawił się tylko trzy razy, gdy leżał w szpitalu z powodu zawału serca.

Tej żelaznej dyscypliny nie naruszył nawet alkohol, który zaczął stawać się coraz większym problemem aktora. "Od czasu do czasu bywał bankieciarzem - wspominała Izabela Cywińska. - Gdy mu się odmawiało wódeczki, bywało groźnie". Ale po zakrapianych bankietach zjawiał się nazajutrz w teatrze pierwszy: wypachniony, pod krawatem, szczególnie elegancki.

W latach 60. i 70. dużo pracował, ale zaniedbywał życie prywatne. Po latach tego żałował: "Nie mam dzieci, mam za sobą dwa nieudane małżeństwa, popadałem w jakieś przypadkowe związki" - mówił gorzko. Nie umiał załatwić sobie mieszkania, wynajmował jedno po drugim, dziewięć lat przemieszkał w hotelu pracowniczym. Nigdzie nie czuł się u siebie. Nic dziwnego, że dużo czasu spędzał w SPATiF-ie, gdzie za kołnierz nie wylewano.

Pod koniec lat 70. zamiłowanie do alkoholu stało się już chorobą. Leczył się, ale nałóg powracał. Przezwyciężył go dopiero dzięki miłości swojego życia, Oldze Sawickiej, która była jego studentką.

Bezskutecznie próbowała się bronić przed uczuciem do 27 lat starszego profesora. Ich pierwsze wspólne lata nie były sielanką. Nie mieli gdzie mieszkać. Kiedyś, wracając samochodem z urlopu, nie wiedzieli nawet, gdzie się zatrzymają w Warszawie. W końcu Zapasiewicz kupił mieszkanie i uwili wspólne gniazdko. "Zyskałem w tym związku bardzo wiele, uspokoiłem się, wreszcie mam dom, normalne życie - wyznał aktor. - Ale te zyski są niewspółmierne do strat, które poniosła Olga. Nigdzie nie używano jej nazwiska, była żoną Zapasiewicza, jakby sama z siebie nic nie znaczyła".

Życie na Gorąco Retro

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Zapasiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje